Porankowy INSTAGRAM

29 grudnia 2011

operacja Gwiazdor cz. II

Na pewnym portalu społecznościowym pewna pani umieściła przed świętami następujący wpis:
Soon all the mums n dads will be waiting for the lovely sound of silence and then turn into stage 1. ninja parent mode: we go first by sneaking upstairs to check the kids are sleeping and then to get all the presents sorted - then u turn into stage 2. para parent mode: like a retard goin shhh did u hear that r they awake shhh then quick they're awake no they're not phew - then stage 3. zombie mode - at the crack of dawn when the kids decide Santa has been and they need to be awake
(pisownia oryginalna - pani jest brytyjką)

W wolnym tłumaczeniu rzecz w tym, że w okolicy świąt Bożego Narodzenia rodzice przechodzą przez 3 fazy: ninja - gdy przygotowują cichaczem prezenty, para-rodzic - gdy ukradkiem podkładają prezenty pod choinkę oraz zombie - gdy rankiem próbują razem z dziećmi udawać zaskoczenie z faktu obecności Mikołaja.


Coś w tym jest. 
My weszliśmy w stadium ninja z początkiem Adwentu, gdy zawisł na ścianie kalendarz adwentowy. W tym roku sami sobie utrudniliśmy zadanie, bo trzeba było pamiętać nie tylko o tym, by pomocnicy Gwiazdora wrzucili nocą drobiazg do odpowiedniej przegródki, ale też, by zabrali z tej przegródki list z informacją, jaki to dobry uczynek Glorie danego dnia zrobiły.
Wpadki się zdarzały. Ot, chociażby taka, że rano Glorie znalazły łakocie w dwóch przegródkach, bo jakoś tak nikomu nie przyszło do głowy spojrzeć, czy ten drugi pomocnik już czegoś nie wrzucił...

Stadium drugie przerabialiśmy dobry tydzień. Począwszy od szeptem prowadzonych rozmów z Gwiazdorem przez telefon (" Nie nie ta lalka tylko ta druga, takie długie włosy powinna mieć. Nie ma? Ma krótkie? To nie ta" itp.), przez przemycanie paczek od Gwiazdora, które zapodziały się u innych w domu, aż po nagłe olśnienie podczas przybycia na miejsce Wigilii, że gospodarze nie wzieli pod uwagę faktu, że Gwiazdor podrzuca prezenty PO kolacji i sterta pod choinka musi zostać ukryta zanim pewne dwie Glorie ją zauważą.

Z kolei stadium zombie przerobiliśmy klasycznie, jak to w krajach anglosaskich przechodzą, w dzień Bożego Narodzenia. Jakoś tak wyszło, że naszą małą tradycją jest, że niezależnie od tego, gdzie spędzamy Wigilię, pod nasżą choinką, w dzień Bożego Narodzenia, Gwiazdor zostawia drobny prezent dla Glori. Przyznaję bez bicia, że motywacja nie była szlachetna - ot, szansa na to, by choć dodatkowe piętnaście minut poleżeć w łóżku i półotwartym okiem spoglądać na bardzo zajęte dzieci. W tym roku nie było inaczej. Przez chwilkę, bo młode - tuż po otwarciu prezentu - stwierdziły:
- Mama, wstawaj już, bo przecież my kolacji wczoraj nie dostałyśmy i jesteśmy baaarrrdddzzzzoooo głodne.
Zapamiętać na przyszły rok: Wigilia w oczach dziecka to nie jest kolacja.

Święta niby za nami. Dookoła szaleństwo nocy Sylwestrowej w pełni. Jak nazwać stadium, które następuje po zombie parent?

22 grudnia 2011

operacja Gwiazdor cz. I

W przedszkolu Gloria Starsza po raz pierwszy w życiu spotkała się z namacalnym Gwiazdorem. Jak dotąd Gwiazdor był u nas zawsze poza zasięgiem wzroku i uszu, w czarodziejski sposób zostawiał prezenty pod choinką i jak ognia unikaliśmy wszelakich przebierańców (to chyba pozostałość po czasach szkolnych Gwiazdorów, którzy przychodzili z tymi czerwonymi policzkami niosąc worek nie tylko z prezentami, ale i z rózgą i wcale miło się nam nie kojarzą).
Muszę jednak przyznać że przedszkolny Gwiazdor mnie urzekł. Wyglądał jakby go wyjęli z jakiegoś świątecznego folderu. Uśmiechnięty, odpowiednio krągły, z radosnymi iskierkami w oczach, w pięknym stroju. W ogóle nie przypominał tego szkaradnego stwora z czasów PRL.
Gloria wyfrunęła z sali rozanielona, z wielką paczką pod pachą.
- To paczka od Gwiazdora? Poważnie? - zapytałam poważnie zdziwiona ogromem prezentu.
- No! Kareta z księżniczką! Bombowa! - dziecię wyjęło z torby różową karetę ciągniętą przez fioletowego rumaka z długą grzywą. W karecie siedziała księżniczka.
- I prawdziwy Gwiazdor u was był?
Dziecko spojrzało na mnie poważnie, skwasiło minę i rzekło z wdziękiem prawie pięciolatki:
- Maaaamaaaa, ty też w to wierzysz? Przecież on był udawany. Ktoś się przebrał.
Buch, magia Gwiazdora prysnęła. Gdzie popełniliśmy błąd?
- Ale prezent jest od prawdziwego Gwiazdora. Chyba.
Kamień z serca. Logistycznie opracowana i skrupulatnie przeprowadzona operacja "Gwiazdor" jednak przyniosła efekty.

30 listopada 2011

pociąg z chorobą

Postulujemy, by zmienić nazwę miesiąca listopad na choropad. Z 20 dni, które Glorie mogły spędzić w przedszkolu w tym miesiącu, Młodsza wykorzystała zaledwie 6 (w dwóch turach po 3 dni), a Starsza całe 9. A wszystko zaczęło się od chorego oka pod koniec października...

U młodszej ropa z oka rozeszła się na ucho i nos. Została potraktowana antybiotykiem i wydawało się, że wyzdrowiała. Guzik. Laryngolog podczas kontrolnego badania oznajmił, że młoda ma katar, którego nie widać.  Katar sączy się na ucho, sączy się na gardło, a to, że go nie widać to wina nieumiejętności dmuchania nosa (sic!). Co jak co, ale posądzić młodą o brak umiejętności dmuchania przez nos to przesada! Dostała leki... i w efekcie od trzech dni ma gorączkę. Dzisiaj do listy leków pediatra dorzucił antybiotyk na zapalenie zatok... Widać światło w tunelu!
U Glorii Starszej ropa z oka przeszła do nosa. Młoda ma charakter, więc ropę przegoniła i nie trzeba jej było faszerować antybiotykiem. Zaczęła jednak pokasływać i tak sobie szczeka bez powodu od jakiegoś czasu. Pediatra ustawił dla niej podwyższony stan alarmowy - jeśli pojawi się gorączka, dawać antybiotyk, bo widocznie bakcyl nadal siedzi w środku... Światło w tunelu wygląda jak pociąg, który chce nas rozjechać...
Mnie ropa ominęła, ale pani doktor przypadkiem mnie dziś osłuchała i jak to bywa w tragikomedii zwanej życiem, wręczyła mi receptę na antybiotyk. Matka nie powinna się badać, bo może się przypadkiem okazać, że jest najbardziej chora z całej gromady. Zapalenie oskrzeli, proszę państwa. Taki szczegół, którego nie zauważyłam. Mnie ten pociąg właśnie rozjechał.
Ślubny z kolei nie stoi na torach tylko odważnie wsiadł do pociągu i usiłuje zmienić jego bieg - podżera czosnek, witaminy i te leki, co to sprawiają, że jest bardziej wyraźny. Póki co się trzyma. Ktoś w końcu musi opanować ten kolejowy kryzys, prawda?

Choropad. Całe szczęście, że dziś się kończy. Przynajmniej w kalendarzu.

27 listopada 2011

święta!

Niecałe pięć tygodni zostało do Bożego Narodzenia. W telewizji  lecą już świąteczne reklamy (na Coca Colę jeszcze nie trafiłam, ale choinka już pachnie Jacobsem...). W sieci szał, bo zbliża się Dzień Darmowej Dostawy, dzięki któremu rodacy kupią  tonę prezentów (fajna sprawa, choć w zeszłym roku nasze zamówienia nie zostały zrealizowane, bo sklep z zabawkami a) nie wyrobił się, lub też b) uznał, że nasze zamówienie jest za małe, żeby sobie nim głowę zaprzątać...). Wystawy sklepowe mrugają do przechodniów światełkami licząc, że nasza zielona wyspa nie została dotknięta przez kryzys. O śniegu za oknem można wprawdzie pomarzyć, słupek termometru oscyluje między 5-10 stopniami, ale wieść niesie, że sezon narciarski rozpoczęty. Jak nic Święta!
Aż trudno uwierzyć, że dopiero dziś początek Adwentu! Że dopiero dziś w nocy na naszym korytarzowym stoliku zjawił się i zapachniał własnoręcznie robiony wieniec (tak, ZAPACHNIAŁ - zresztą zobaczcie na zdjęciu), a elfy dopiero dziś wywiesiły kalendarz adwentowy. Glorie podrosły, więc idea kalendarza uległa małej modyfikacji - drobne słodkości pojawią się w nim tylko wtedy, gdy wieczorem młode wrzucą do odpowiedniej przegródki informację o tym, jaki dobry uczynek zrobiły danego dnia. Siedzą teraz i myślą, co to są dobre uczynki. I zastanawiają się, przez które okno patrzy Gwiazdor i w jaki sposób elfy przekazują mu informacje. A ja mam czas na gotowanie grzybów do uszek.
Ach, Adwent - radosne oczekiwanie!




26 listopada 2011

takie tam

Siedzę z miską popcornu, igłą i śmierdzącym klejem oglądając Mam Talent i walkę Pudzianowskiego (to drugie z musu, bo Ślubnego naszło). Po co, pytacie? Jeśli się nie zatruję oparami kleju, wrzucę zdjęcia i wtedy zobaczycie :)
Żyjemy i nieco chorujemy - to informacja dla tych, co nas molestują pytaniami o to, dlaczego u nas tak cicho.

12 listopada 2011

sobotni poranek

Każdego wieczora w ciągu tygodnia Glorie pytają:
- Czy jutro już jest ten dzień, gdzie możemy spać dłuugggooo aż do południa?
Każdego wieczora w ciągu tygodnia odpowiadam:
- Nie, jutro was budzę do przedszkola. Ale w sobotę możecie spać ile chcecie.
Jak można przewidzieć, każdego dnia w ciągu tygodnia dzieci trzeba siłą z łózek wyciągać, a w sobotę punkt 6:30 obie lądują na mojej poduszce, pod moją pierzyną i ani myślą o spaniu.

Dziś sobota, długi weekend. Godzina 7:00 - w domu cisza. Glorie śpią. Człowiek myśli: "Jaki błogi spokój. Cud!".
I wtedy, za oknem rozlega się dźwięk, którego nie da się opisać słowami  - znalazłam więc na YouTube podobny, choć nasz był bardziej nasilony i miał większą częstotliwość:

(sami powiedzcie, czy tratatatata albo jebudududududududu oddaje ten dźwięk?)

Oczywiste jest, że chwilę później Glorie wskoczyły do mojego łóżka oczekując, że im pokażę, co się dzieje za oknem. A za oknem, moi drodzy, o godzinie 7:00, w sobotę po Święcie Niepodległości, pięciu panów ubranych w pomarańczowe ubranka nadzorowało pracę młota pneumatycznego podłączonego do koparki. Miasto know how postanowiło akurat dzisiaj bladym świtem załatać dziury na naszej urokliwej uliczce. Nie muszę wspominać, że nasza dochodząca do bloku pieszojezdnia z dziurami jak kratery nie została uwzględniona w harmonogramie napraw. Pieszojezdnia bez właściciela to już jednak zupełnie inna historia.

10 listopada 2011

odkurzacz

Telefon, który rozpoznaje osobę dzwoniącą jest bezużyteczny, gdy każdy dzwoniący rości sobie prawo do prywatności i wyświetla się na ekranie jako numer prywatny. Jak tu teraz rozróżnić, czy dzwoni babcia i odebrać trzeba, czy dzwonić obcy typ i udajemy, że nas nie ma? Nie da się.
- Rodzice. Do ciebie zapewne - oznajmia Ślubny i wręcza mi słuchawkę dzwoniącego telefonu.
- Halo? - odbieram z nadzieją, że ma rację. Nie miał. W słuchawce męski głos wyrzuca z siebie słowa jak karabin maszynowy naboje. Zrozumiałam tylko powitanie, słowo konsultant, blablablabla i odkurzacz. A na końcu pytanie: to możemy się umówić na przyszły tydzień?
- Dzień dobry, słowa nie zrozumiałam, ale nie zamierzam się umawiać z odkurzaczem.
- Blablablabla - znowu tyle zrozumiałam. - Do przetestowania najnowszy produkt. Podejrzewam, że ma pani dywany w domu.
- Nie, nie mam. Mam dzieci, co wyklucza dywan i jestem zadowolona ze swojego odkurzacza.
- O, dzieci! Jak miło. Z pewnością się pani nasz odkurzacz przyda. Wiadomo, jak są dzieci to jest bałagan. A tu pani sobie usiądzie i on sam posprząta.
Pani usiądzie. Jasne. Odkurzacz sam posprząta! Matko... 
- Dziękuję, nie jestem zainteresowana - A ja usiądę? Dobre sobie... 
- Nie rozumiem. Dlaczego pani nie chce? - dopytuje konsultant.
- Ma pan dzieci? - pytam zirytowana. Jasne jest, że nie ma. - Jak pani nie ma to pan nie zrozumie. Ostatecznie dziękuję. Nie jestem zainteresowana testowaniem odkurzacza. Nawet takiego, który mi śniadanie do łóżka będzie robił.
Poddał się. Założę się jednak, że nadal nie rozumie. Nie miałam ochoty mu tłumaczyć, że jak się ma dzieci to każdy okruszek na podłodze ma znaczenie, każda duperela na ziemi może być ważna i trzeba bardzo uważać, co się wciąga odkurzaczem, bo chwila nieuwagi kosztuje niekiedy małe trzęsienie ziemi, kataklizm na miarę zderzenia z asteroidą i dramat z chórem w tle. A ja naprawdę nie mam czasu marnować czasu na to, żeby sprzątać PRZED odkurzaczem, który niby sam sprząta. Niech będzie w pełni zautomatyzowany. Założę się jednak, że myśleć nie potrafi.

6 listopada 2011

spóźniony Blog Day 2011

Sierpień z początkiem listopada? Czemu nie? Śmignął nam koło nosa tegoroczny Blog Day 2011. Nie podrzuciłam linków do ciekawych blogów, co nie oznacza, że takowych nie znaleziono w tym roku - oto zatem spóźniona lista nowości podczytywanych w porankowym domu (kolejność bez znaczenia):

  1. z gatunku miło popatrzeć i czuć inspirację The Little People Project - sztuka uliczna rodem z Wysp; autor porzuca na ulicach "małych ludzi" w różnych sytuacjach, zmuszając widza do spojrzenia na świat z innej perspektywy; blog aktualizowany stosunkowo rzadko, ale wart polecenia!
  2. z gatunku warto posłuchać mądrego człowieka blog Michaela Hyatta - autor bardzo regularnie publikuje swoje przemyślenia na temat bycia przywódcą/liderem/szefem/człowiekiem; dużo można się dowiedzieć, nawet, jeśli się nie jest zawodowo związanym z przewodzeniem jakiejkolwiek grupie;
  3. z gatunku blogujący rodzice
  • podgatunek dobrze wiedzieć, że inni też tak mają: frustracje Frustratki, czyli F jak Frustratka - bez owijania w bawełnę, prosto z mostu, pięknie napisane prawdy o tym, jak wygląda czasem życie, szczególnie jak się jest matką po 30
  • podgatunek o rodzinie inaczej: Rany Julek! - z perspektywy taty, wierszem pisane opowieści o życiu rodziny przed i po przyjściu na świat tytułowego Julka  (perspektywa mamy do poczytania na blogu Zezuzulla
  • podgatunek uśmiać się do łez i przy okazji złapać trochę kultury: ŻelkoŻercy - rodzina 2+3, mająca uroczo normalne problemy, czytająca przeurocze książki; autorka w prologu do swego bloga napisała tak:
STARSZY: za dwa żelki wyniesie śmieciMŁODSZY: za 3 cm żelko-węża da sobie obciąć paznokcieNAJMŁODSZA: jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o... ŻELKI!
Voila! Porankowi polecają!

ps. a wiecie, że Wawrzyniec Prusky - znany z TEGO bloga - nadal pisuje w sieci? Nowy blog, nieco inny w swej formie, ale nadal klimatycznie Prusky znajduje się TUTAJ. Pisałam już o tym?

5 listopada 2011

dociekliwość

Gdy w mieszkaniu zapada nagle cisza, wiadomo, że dzieci coś kombinują. Jeśli ciszę poprzedza znajomy dźwięk zamykanych drzwi/przesuwanego krzesła/sprężyny w materacu itp., rodzic wie, co dzieci kombinują.
- Młode, wyłazić z szafy! - wołam w ciszę z kuchni.
- Nas nie ma w szafie! - krzyczą dwa głosy Z SZAFY.
- Jesteście! Widzę was!
Cisza... Dźwięk otwieranych drzwi... Tupot nóg...
- Mama, a jak ty widzisz, że jesteśmy w szafie, jak ciebie nie ma w pokoju? - pyta dociekliwe dziecko.
- No... - "ty małpo, co w genach odziedziczyłaś inteligencję" kończę w duchu - bo jestem mamą, a mamy wszystko widzą, nawet jak ich nie ma! - "tu cię mam! ha!".
Cisza... Zgrzyt myśli przesuwanych w prawie pięcioletniej głowie... Uważne spojrzenie...
- Mama. Coś kręcisz. Widzisz wszystko, a mówisz, że nie możesz kierować autem, bo nie widzisz? Coś tu się nie zgadza i ja nie kłamię.
Hmmm... Uczeń przerósł mistrza...

3 listopada 2011

jesienne lody

Kto to widział, żeby jesienią ganiać za lodami! A ja latam, gdy dzieci wracają z przedszkola, bo bezmyślnie na pytanie: mama, a kupisz mi loda na patyku? odrzekłam: jasne, w tej temperaturze to chyba tylko ciepłego...
No i masz, dwie inteligentne głowy pomyślały, zamrugały oczętami i z uśmiechem zapytały: to są CIEPŁE lody? kupisz? 
Kupisz, jasne, że kupisz... Pech chce, że akurat teraz cukiernie, całe cztery w okolicy, o ciepłych lodach jakoś zapomniały. Poszukiwania jednak zakończyły się sukcesem, bo lody znalazłyśmy na stoisku piekarniczym w naszym markecie całodobowym, na najniższej półce, wciśnięte w kąt.
- Czy te ciepłe lody z jakiegoś powodu pani ukrywa? - zagadnęłam sprzedawczynię mając w pamięci, że kilka tygodni wcześniej to od niej kupiliśmy garść cukierków znanej firmy na G., w których wesoło hasały sobie tłuste, białe robale...
- Lody? Ciepłe? A to my mamy lody ciepłe? - odrzekła zaskoczona kobieta.
Mieli. Nawet dobre. Z czekoladą. Świeże! Za jedyne 60gr sztuka! Chyba wyjedliśmy do ostatniej sztuki.

ps. ja wiem, że to sam cukier, że to nie jest zdrowe, że to bez wartości itede, itepe... ale jakie dobre! dzieciństwo się przypomina :)

21 października 2011

bo mama się nudzi... fotoreportaż

Glorie wpadły na genialny pomysł, by martwić się w przedszkolu o to, czy przypadkiem mama - czyli JA - nie nudzę się w domu w czasie, gdy one są na zajęciach. Martwią się dziewczyny tak bardzo, że aż popłakują cichaczem w czasie "przerw".
Tak, mama się nudzi... O ile nuda jest synonimem: prania, sprzątania, gotowania i innych koniecznych prac domowych, zaprawiania pomidorów i innych warzyw i owoców (kryzys da się ominąć własnymi przetworami!), wychodzenia na wycieczki przedszkolne (cholera, ktoś musi :/), pieczenia ciast na uroczystości przedszkolne (no a jak inaczej?), przygotowywania różnych niespodziewajek (na potrzeby przedszkola, rzecz jasna...), uczestniczenia w tych wszystkich wydarzeniach przedszkolnych (w myśl zasady: jak się powiedziało A...), przynoszenia 5kg książek z biblioteki (dzięcięcej, oczywiście!), pilnowania zegarka, żeby o odpowiedniej porze wyjść PO dzieci do przedszkola, odpisywania na tony maili, odbierania miliardów bezsensownych telefonów od telemarketerów, planowania i prowadzenia kulturalnych rozmów ze Ślubnym, który czasem miewa dyżury popołudniami i od rana siedzi w domu... no i w "między-czasie" wertowania kartek, karteluszek, plików i folderów, w celu ogarnięcia pewnego przeterminowanego "projektu" znanego jako Opus Magnum (gdzie te 5 wolnych godzin?!?!).

Inaczej ujmując, mama się nudzi o ile synonimem nudy jest:









A gdy do tego wszystkiego dołożyć wstawanie bladym świtem, uwijanie się jak w ukropie po godzinie 14 (czyli z chwilą, gdy Glorie zostają odebrane z przedszkola) i chodzenie spać koło północy, nikogo już nie zdziwi moje nowo obrane hasło przewodnie:



3 października 2011

bajeczki pana Przybory

" No co? no co? no co? no co ja Ci zrobiłem?" pyta niejaki Jeremi Przybora głosem Wiesława Gołasa w Kabarecie Starszych Panów. Ten fragment każdy pamięta, z dalszym ciągiem piosenki gorzej. Gdybym pamiętała ten dalszy ciąg, zastanowiłabym się nieco dłużej akceptując wybór Glori w osiedlowej bibliotece.

Glorie upodobały sobie ostatnio wypożyczanie książek-adaptacji filmów Disneya. Nie wiem, co takiego Disney ma w sobie, że dzieci, mimo że filmów nie znają, książki na podstawie tych filmów kilogramami do domu biorą. W zeszłym tygodniu wylądowały w domu: Piotruś Pan oraz Arielka - Mała syrenka. Obie z tekstem autorstwa wspomnianego Jeremiego Przybory...


Zaczęłyśmy czytanie od Arielki. Dziewczyny bohaterów tej bajki znają aż za dobrze. Pierwszy zgrzyt pojawił się więc, gdy na pewnej stronie przeczytałam: " A tymczasem Fabiusz..."


Tak, FABIUSZ. Glorie jednogłośnie na mnie wrzasnęły, że się pomyliłam. Przecież Fabiusz to nie Fabiusz lecz FLOREK! I basta. No dobra, przyznaję bez bicia, że nie jestem pewna, czy Fabiusz jest Florkiem... Przyznałam im rację, bo przecież dzieci w kwestii bajek mają zawsze rację.

Przeszłyśmy do Piotrusia Pana a tam....


A tam to ja aż krzyknęłam ze zdziwienia, gdy moim oczom ukazała się Skierlinka i Nibywalencja! JA zostałam wychowana przez Dzwoneczka (znanego też jako Cynka) i Nibylandię...

Imiona to "pikuś". Gorzej z tekstem. O ile u Arielki tekst jako tako był napisany w języku polskim, zrozumiałym i przeznaczonym dla dzieci, poprawnym gramatycznie i z ładną składnią, o tyle Piotruś Pan był trudny nawet do przeczytania na głos. Kilka fragmentów (proszę je spróbować przeczytać na głos w sposób przeznaczony dla dzieci):




Szczególnie fragment z córką wodza Indian  rozłożył mnie na łopatki... Fragment o cholernie męskich chamach, którym w mordy nie należy patrzeć pominęłam...

Panie Przybora, pyta Pan, co mi zrobił? Zabrał się Pan za swobodne tłumaczenie Andersena i Barriego. Wystarczy, by Pana przeklnąć i porzucić!

* obie książki wydane zostały przez Wydawnictwo EGMONT. Piotruś Pan w 2004 roku, Arielka - nie podano.

28 września 2011

dialogi po-przedszkolne

Glorie opowiadają, co się dziś działo w przedszkolu.
- Spotkałyśmy się, jak wychodziłam z dużej sali zabaw - relacjonuje Starsza.
- Tak? A co się działo na dużej sali? - dopytujemy.
- Był występ, bo przyjechał pan Tom - odpowiada.
- Nie pan Tom tylko pan Tomina! - poprawia ją młodsza.
- Pan Tomina? Opowiadał wam o czymś?
- Nieee... tylko pokazywał i nic a nic nie mówił.
- Czyli był pan Mim?
- Nie, przecież mówię, że pan Tom!

I w ten sposób wszyscy wiedzą, że dzisiaj dzieci oglądały pantomimę, prawda?

23 września 2011

jesień


Sezon jesienny uważam za otwarty! Kasztany na stół, wykałaczki w ruch, wyobraźnia do boju.
I niech mi ktoś powie, że "zadanie domowe" nie może być przyjemne!
Kasztanowa ekipa idzie do przedszkola na wystawę. Ot, taka sobie aktywność rodzinną w tej instytucji wymyślili... Teraz tylko trzymać kciuki, żeby artystki poszły do przedszkola razem z kasztanami, bo nadal wyglądają niewyraźnie... Ech, jesień...

ps. Gąsienica jest moja, królik Glorii Młodszej, a król Glorii Starszej. Ślubny do kasztanów dorwie się jutro. Jak coś stworzy to zrobimy update zdjęć.

21 września 2011

a miało być tak pięknie...

- To jakaś koszmarna rzecz - stwierdziła Gloria Starsza. - Ja się zamieniam w Inkę*.
- Co oznacza... - dopytuję.
- No Ince ciągle z nosa kapie i tego nie czuje. Panie mówią, że Inka jest chora.
- Aaaa...

Miało być tak pięknie. Dzieci do przedszkola, mama do komputera. Doktorat dokończony w tym roku... A tak? Przedszkole pracuje dla nas w trybie czwartkowo-piątkowym, bo od poniedziałku do środy młode kurują różne dolegliwości.

W pierwszym tygodniu leczyliśmy "zmęczeniówkę" z katarkiem, o której pisaliśmy. W czwartek młode zameldowały się w przedszkolu.

W drugim tygodniu... wysypkę. Oj, działo się. W sobotę Glorii Młodszej obsypało bąblami nogę. Uznaliśmy, że ma uczulenie na kalosze. Wysypka w nocy jednak popełzła dalej i ulokowała się na siedzeniu. W niedzielę wyglądała jak rasowa ospa, z tym drobnym wyjątkiem: obejmowała tylko obszar od pasa w dół. Pediatra ospy nie zdiagnozował, mimo że w czasie wizyty niektóre bąbelki były zaschnięte. Na zebraniu w przedszkolu poinformowano nas jednak, że wśród dzieci stwierdzono dwa przypadki... liszajca zakaźnego. Czy młoda go złapała? Nie wiadomo. Wysypka przeszła po kilku dniach na Heviranie. Ja tam obstawiam poronną postać ospy... Ważne, że w czwartek obie pojawiły się na zajęciach. Za zgodą pediatry, rzecz jasna!

W tym tygodniu jednak powrót do przedszkola w czwartek nie jest wcale taki pewien. Leczymy bowiem katar, który chyba zlazł na krtań, bo obie Glorie kaszlą i chrypią, a starsza zamienia się w koleżankę Inkę.

Do tego nie ma w całym fyrtlu ciepłej wody, sąsiedzi się uparli na palenie papierosów na balkonie, miasto jest zakorkowane, a Ślubny od poniedziałku do piątku będzie pracować w godzinach 8-19 więc równie dobrze mógłby spakować walizkę i się do pracy przeprowadzić.

A miało być tak pięknie...

* imię koleżanki zostało zmienione z przyczyn oczywistych

11 września 2011

9/11

Dokładnie 10 lat temu ok. godz. 15 siedziałam u fryzjera, fryzjerka kończyła suszyć moje włosy, a w radio spiker ogłosił, że samolot uderzył w World Trade Center. Kilka chwil później wróciłam do domu i na ekranie telewizora Tomasz Lis w TVN24 grobowym głosem relacjonował uderzenie drugiego samolotu i upadek pierwszej wieży. Pamiętam, że złapałam za telefon i zadzwoniłam do Ojca do pracy informując go, że w Ameryce chyba zaczyna się wojna. Pamiętam jak godzinę później jechałam do wtedy-nie-Ślubnego nasłuchując w radio w mojej gigantycznej Motoroli wieści ze Stanów. Bolała mnie z nerwów głowa.
Zastanawiałam się. Nad tym, co się dzieje. Nad tym, jakie znaczenie wydarzenia w USA mają dla nas. Nad tym, co dalej. Nad tym, czy będzie coś jeszcze...

10 lat później widok dwóch samolotów wbijających się w wieże World Trade Center nadal budzi emocje - emocje może nawet większe niż wtedy, bo teraz obok siedzą Glorie. Nadal boli mnie głowa na samą myśl. Nadal ze łzami w oczach oglądam relację w TVN24 (i CNN). Nadal się zastanawiam nad tym, co się działo i co się dzieje. Nad tym, jakie znaczenie miał i będzie miał 11 września dla nas i dla pokolenia Glori. Nad tym, co było dalej i co jeszcze będzie dalej. Nad tym, jak się potoczyły dalsze losy świata i w jakim świecie będą żyć Glorie... Zastanawiam się jednak nad czymś jeszcze. Dlaczego przez te 10 lat tak niewiele wyciągnęliśmy z tej lekcji... I dlaczego słowa "we will never forget" tak pusto brzmią...


10 września 2011

maszyny nas nie lubią

Maszyny nas nie lubią. Te bardziej zaawansowane szczególnie. Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że akurat w naszej obecności komputer w znanej sieci supermarketów oddał na plecy?

Deszczową porą wybraliśmy się na zakupy. Nie kupowaliśmy dużo: podstawowe artykuły spożywcze, trochę chemii, trochę owoców i warzyw i ciemne piwo (rozpusta, 3 butelki łącznie!). Podjechaliśmy z tym wszystkim do kas samoobsługowych. Młode w euforii samodzielnie kasowały produkty z koszyka, Ślubny uciszał komputer, gdy ten zaczynał narzekać, że jakiś produkt został zabrany z obszaru pakowania lub został tam bezprawnie położony (uwaga dla korzystających z takich kas: nie należy w trakcie kasowania pakować rzeczy w siatki, bo dla komputera to już podejrzany ruch), a ja nerwowo to wszystko obserwowałam z boku. Nie lubię być zdana na maszynę i brać odpowiedzialności za jej poczynania. No nie lubię i już.
Wszystko szło dobrze. Przy kalafiorze maszyna musiała chwilę się zastanowić. Pasty do zębów nie mogła znaleźć w systemie. Przy piwie zaświeciła na czerwono (pan nadzorujący kasy samoobsługowe wyjaśnił, że alkohol wymaga potwierdzenia daty urodzenia). Przyszedł czas na kupony zniżkowe i bon z programu lojalnościowego... Kupony przeszły przy pomocy obsługi sklepu. Ale bon z dodatkowymi 100 punktami... Bon, moim drodzy, wykończył komputer. Całkowicie go rozłożył na łopatki. 
- Te 100 punktów go zabiło - stwierdził pan z obsługi i się spocił. Zawołał koleżankę, ta się też spociła i zawołała kolejną koleżankę... Zapakowali nasze zakupy do koszyka i zaprowadzili do normalnej kasy, podczas gdy oni sami nadusili niepewnie czerwony guzik i otoczeni tłumem gapiów zrestartowali maszynę... 
W kasie przywitała nas z uśmiechem pani kasjerka - całe szczęście, że są jeszcze kasy z ludzką obsługą!
- Niech mi ktoś powie, że nie jesteśmy niezastąpione - stwierdziła. Po chwili z jeszcze większym uśmiechem dodała: Niech państwo zagrają dziś w totka, bo wyszło wam równe 200zł bez dodatkowych grosików.

Maszyna z Lotto nas też nie lubi. Nie strzeliliśmy nawet trójki... 

8 września 2011

odzew na hasło: przedszkole

Na hasło: "moje dzieci idą do przedszkola" odzew był następujący:
- "no to teraz zobaczycie, jak wam zaczną chorować",
- "kup sobie apteczkę i zarezerwuj sobie kolejkę u pediatry od razu",
- "nie ciesz się, trzeba je będzie wołami ciągnąć",
- "o matko, pamiętam jak moje szły - pierwszy tydzień był koszmarny",
- "tylko nie wierz, że to jest bezpłatne! wiesz ile będziecie płacić dodatkowych opłat?".
Miłe, prawda? Wyobrażam sobie tą radość na wieść o tym, że młode początek tygodnia spędziły w domu - z katarem i gorączką... Nie cieszcie się jednak, maruderzy! Oto nasz odzew na wasz odzew:

- "no to teraz zobaczycie, jak wam zaczną chorować"
Glorie chorują ekspresowo. O ile to chorobą można nazwać. Katar przeszedł w ciągu dnia. Gorączka u starszej minęła po 12 godzinach snu. Nie wróciła. Przyznaję, że przez chwilę rozważałam, czy nie jest to powtórka ze szkarlatyny, albo czy nie są to meningokoki. Najlepiej jednak sama Gloria podsumowała swój stan: to była zmęczeniówka, mama. No właśnie, ZMĘCZENIÓWKA. I tyle. Dziś już obie są w przedszkolu.

- "kup sobie apteczkę i zarezerwuj sobie kolejkę u pediatry od razu"
Kochani, my do lekarza chadzamy wtedy, gdy musimy - na obowiązkowe "przeglądy", na obowiązkowe szczepienia lub w chwili, gdy niepokojące objawy nie dają się zwalczyć domowymi sposobami w ciągu 1-2 dni. Wierzymy w czosnek, cytrynę, herbatę z sokiem malinowym i domowe ciepełko. Antybiotyk weźmiemy, gdy nie ma już innego wyjścia. I poważnie, nasze choroby to chwilowe niedomagania organizmu. Nie rozpaczamy nad każdym siniakiem, każdym otarciem i stłuczeniem. Nie biegam z apteczką do piaskownicy. Stwierdzenia "o jakie straszne bam!", "ała sobie zrobiłaś" i tym podobne nigdy nie były słyszane w naszym domu (bo i określenia: bam, ała, papu, piciu itp. to w ogóle w naszym słowniku nie występują). Rachityczne księżniczki to nie u nas.

- "nie ciesz się, trzeba je będzie wołami ciągnąć",
- "o matko, pamiętam jak moje szły - pierwszy tydzień był koszmarny"
Wczoraj Młodszą musiałam siłą przetrzymać od rana w domu, bo o 7 stała pod drzwiami gotowa do wyjścia. Dzisiaj obie wyskoczyły z łóżek jak z procy i z prędkością światła pokonały drogę do przedszkola. W domu nie mówią o niczym innym - podśpiewują przedszkolne piosenki, stają w kolejce do mycia rąk, odnoszą talerze po jedzeniu... Będę wredna małpa, ale tu dużo zależy od rodziców i od atmosfery, którą się wokół dziecka i jego spraw wytwarza...

"tylko nie wierz, że to jest bezpłatne! wiesz ile będziecie płacić dodatkowych opłat?"
Kochani, edukacja w Polsce JEST bezpłatna! To za opiekę i wychowanie się płaci ;) I za ambicje rodziców. Choć fakt, nie potrafię zrozumieć, dlaczego OBOWIĄZKOWE zajęcia z rytmiki SĄ płatne.

Ale z jednym mogę się zgodzić: przeraża mnie wizja tego, że muszę z zegarkiem w ręku biegać do i z przedszkola. Nie rozpracowałam jeszcze systemu "sprawdzania" godzin przekazania i odebrania dziecka w naszym przedszkolu, ale wolę nie ryzykować płacenia za złamanie warunków umowy.




5 września 2011

przedszkole

czwartek, 1 września
Odbieramy młode po pierwszym dniu w przedszkolu. Ślubny wchodzi do sali po Glorię Młodszą. Ta patrzy na niego ze zdziwieniem.
- Cześć, przyszedłem po Ciebie.
- A dlaczego? - pyta dziecko.
- Idziemy do domu. Na dziś koniec przedszkola.
- Już?
Ja wchodzę do sali po Starszą. Dziecko leci do mnie od drzwi i woła: Mama, mogę jeszcze zostać?

piątek, 2 września
Wchodzę do sali po Starszą. Dzieci siedzą w kółeczku. Rozglądam się, ale mojego wśród siedzących nich nie ma. Pani wskazuje kącik - Gloria zwinięta w kłębek śpi w najlepsze. Obudziłam ją - nie miałam wyjścia. Potem przez pół godziny walczyłam, bo dziecko ODMÓWIŁO powrotu do domu...
Młodsza tylko zapytała: Ale wrócę tu, prawda?

sobota, 3 września
Idziemy z młodymi na rynek po warzywa. Gloria Młodsza - zdecydowany wróg owoców i większości warzyw - rzuca się na kiwi.
- Musimy kupić - stwierdza.
- Tak? Przecież ty nie jesz kiwi - odpowiadam.
- Ale pani powiedziała, że muszę jeść owoce i warzywa i muszę próbować nowych rzeczy.

Zjadła całe kiwi - kazała sobie wybrać pestki, ale zjadła.


poniedziałek, 5 września
Dzwonię przed 8 do przedszkola.
- Chcę zgłosić nieobecność dzieci. Młodsza ma katar. Starsza temperaturę.

Ale ogólnie przedszkole jest suupppeeerrr!

3 września 2011

design

Zasiedliśmy ze Ślubnym przed telewizorem. Skacząc po kanałach trafiliśmy na program dotyczący design'u - meble okiem artysty, mówiąc prostszym językiem. No i nas olśniła ta "sztuka" - odkryliśmy bowiem niejakich BRACI CAMPANA... Brazylijczycy, Humberto - prawnik i Fernando - architekt. Zdobywcy wielu nagród, autorzy projektów, które zostały wdrożone do sprzedaży. Szaleństwo w czystym wydaniu - tak określiliśmy to, co nam pokazano w telewizji. Aż tu nagle...
- No wiesz co, przecież ja to już dawno wymyśliłam! - rzekłam ze zdumieniem zmieszanym z oburzeniem. - I nikt mi nagrody za to nie dał!

Ponieważ słowami opisać się nie da, tego mebla, który wywołał moje oburzenie, proszę zobaczyć samemu (ze zbiorów londyńskiego Design Museum):


Widzicie to? Pytam poważnie. Sama stworzyłam takie dzieło rozprawiając się z Pluszakową Armią! I co? I nic. Kazali mi posprzątać...
- He, następnym razem, jak młode zrobią bałagan trzeba im powiedzieć: Ula, nie sprzątaj! Skleimy i sprzedamy - dorzucił ironicznie Ślubny.

Zatem dziś, inspirowana sztuką braci Campana, prezentuję moje najnowsze dzieło: Ironing Pile Chair 2011 by Porankowa Mama. Zainteresowanych przyznaniem nagrody proszę o kontakt na maila.


A jako bonus, dzieło designerskie Porankowej Glorii Starszej. Sama wymyśliła i sama wykonała:



Którędy do muzeum?

ps. Tak, remont skończony. Tak, przedszkole się zaczęło. Żyjemy. Notki wkrótce. Teraz się ogarniamy psychicznie.


30 sierpnia 2011

opowieść zaległa: Felek

Felek został znaleziony na murku. Szedł smętnie, co zaniepokoiło Glorię Mniejszą. Po kryjomu schowała Felka w garści i przyniosła do domu. Felek był dzielny - przeżył długie zakupy w markecie, przeżył jazdę windą i przeżył upadek z wysokości wprost na dno wyłożonego papierem słoika.
- Tu będzie mieszkał. Już go nie opuszczę - zawyrokowała Gloria.
Felek zdziwiony wyciągnął czułki, rozejrzał się dookoła i uznał, że jeden dzień może spędzić w tym oryginalnym hotelu. W nocy zmienił jednak zdanie i próbował przepchnąć się przez dziurki w zakrętce. Na próżno...
Po długich rozmowach udało się przekonać Glorię, że miejsce Felka jest na dworze, że musi wrócić do rodziny, bo mama na pewno za nim tęskni.
Dobry kwadrans Gloria szukała odpowiedniego listka, na którym można położyć Felka. Kolejny kwadrans żegnała się ze ślimakiem. Felek nawet się nie obejrzał, gdy prędko odpełzał w siną dal.
I to by było na tyle w temacie zwierząt udomowionych.

10 sierpnia 2011

badania

Zastanawiam się, do kogo wysłać petycję w sprawie obłożenia drzwi punktu pobrań w przychodni dziecięcej materiałem wyciszającym. Wystarczyłoby jedne drzwi obłożyć takim materiałem, a dzieci nie byłyby narażane na traumatyczne doświadczenia.
No bo tak: po szkarlatynie zostałyśmy skierowane na serię badań. EKG przeszło w miarę bezproblemowo. Pomijam fakt, że pani doktor wykonująca badanie nie należy do moich ulubionych, sprzęt był przedpotopowy i MNIE badanie bolało (poważnie! siniaka miałam!). Pomijam fakt ciągłych zakłóceń odczytu w trakcie badania Glorii Starszej oraz odpadających elektrod od Glorii Młodszej. Badanie wykonano i to się liczy.
Trauma byłą dzisiaj. Wybyliśmy od rana na badania krwi. Młode był oczywiście odpowiednio przygotowywane przez cały tydzień, wyjaśniały sobie wzajemnie, na czym będzie polegać badanie, starsza młodszą uspokajała, że nie będzie źle... Cały tydzień przygotowań wziął w łeb w chwili, gdy usiedliśmy pod drzwiami laboratorium - tymi drzwiami BEZ wyciszenia.
Przed nami w kolejce czekał chłopiec, który powtarzał: nie chcę, nie chcę, boję się!. Młode popatrzyły na niego niepewnie. Potem zza drzwi gabinetu rozległ się wrzask. Przeraźliwy, wykorzystujący pełną pojemność płuc wrzask. I było słychać głos osoby dorosłej: nie ruszaj się, skarbeńku  - jak się okazało, wcale nie pierwszy tego dnia. Młodym oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Później drzwi się otworzyły, wyszedł z nich uśmiechnięty (sic!) chłopiec, a kolegę stojącego w kolejce przed nami SIŁĄ wciągnięto w otchłań punktu pobrań. Zapierał się biedak rękoma i nogami, ale niewiele to pomogło.
Gloria Starsza schowała się za mną, Młodsza głowę położyła na ławce i udawała, że jej nie ma...
W końcu nadeszła nasza kolej. Mnie wypchnięto przodem. Miła pani laborantka pobrała krew migiem i uprzejmie zapytała: to która następna?
Tydzień przygotowań na nic się zdał. Dobrze, że nie mieli w pomieszczeniu lampy...

A wystarczyłoby wyciszyć drzwi - założę się, że ani jednego dziecka nie byłoby trzeba wciągać do gabinetu siłą... To gdzie tą petycję słać?

7 sierpnia 2011

porankowa czytelnia

Ponad połowa Polaków nie tylko nie czyta książek, ale nawet nie jest w stanie przebrnąć przez tekst dłuższy niż trzy strony. To wyniki raportu opublikowanego przez Bibliotekę Narodową. 
(źródło:  http://wyborcza.pl/1,75517,9782104,Tak_czytaja_znani_Polacy,,ga.html#ixzz1ULZs1y3U )

Przyjmując, że normą jest to, czego jest więcej, w kontekście powyższego do normalnych nie należymy. Książki nie tylko czytamy, ale i posiadamy. Chyba nikt z nas - licząc też Glorie - nie wyobraża sobie, żeby w domu mogło książek nie być. Przyznać jednak trzeba, że od kliku lat książek raczej nie kupujemy (poza wyjątkowymi pozycjami z gatunku "koniecznie mieć trzeba"). Chadzamy za to do biblioteki - miejsca magicznego i przez wielu zapomnianego. Ale nie o bibliotece miało dziś być. Miało być o porankowych lekturach.

Przy okazji wynoszenia zawartości pokoju Porankowych Glori przed remontem, młode wybrały kilka ulubionych tytułów, które chciały odłożyć w dostępnym w czasie remontu miejscu. Na biurku wylądowały zatem:



Co tu dużo mówić - każda z tych książek jest godna polecenia. Cecylka, Fikus i Martynka czytane są zazwyczaj do poduszki. Gagatka wędruje z nami do lekarzy (nawet Porankowemu Tacie do plecaka wpada, gdy ten do dentysty jedzie), a encyklopedie... cóż, encyklopedie są zaczytywane na śmierć o każdej porze dnia i nocy...

A ja... Ja w czasie remontu odwiedzam 44 Scotland Street w Edynburgu i choć początkowo książka sama w sobie fascynowała mnie mniej niż jej autor, Alexander McCall Smith*, wciągnęła mnie tak bardzo, że wpadnę w rozpacz, jeśli osiedlowa biblioteka nie ma dalszych części w księgozbiorze!

* o autorze na okładce książki przeczytać można tak:
" profesor prawa medycznego, bioetyk, pisarz (...) mieszka w Edynburgu, ma dwie córki, gra na fagocie w amatorskiej orkiestrze, podróżuje, wraca często do swej ukochanej Botswany, gdzie niedawno założył teatr."
Brakuje mi tylko w tym opisie informacji, że prof. McCall Smith z zamiłowania jest matematykiem :) 

5 sierpnia 2011

raport z frontu

Dzień 5 walk. Szwagrowie przybyli z odsieczą. Starszy relacjonował żonie widok używając słów: pamiętasz Międzyrzecki Rejon Umocniony? No, to tak to wygląda - ta część zrujnowana MRU. Jakby granat im do pokoju wpadł.
Tynk od ściany skuwali 3 dni. Dziś 95% jest już wyłożone gipsem i zaprawą tynkarską. Plan był taki, że dziś mieliśmy sprzątać po szlifowaniu. W praktyce, czeka mnie dopiero sprzątanie gruzu. Cholernie pyląca robota!


Glorie już na mnie patrzeć nie mogą, bo ile można z matką na okrągło przebywać. Atrakcji mają jednak w bród. Zaliczyły chociażby basen, nocowanie u Hetman-Dziadów, piknik na działce i lokalnej "górce" i EKG po szkarlatynie.

A mnie się nudzi, czego efekt widać na zdjęciu poniżej. Na jednym z pikników analizowałam trendy, jakie wyznacza firma Mattel poprzez makijaż swoich lalek. Poważnie. Tak się składa, że mamy w domu kilka pokoleń Barbie - materiał porównawczy jak znalazł.



Począwszy od lalki w prawym dolnym rogu, idąc w lewo i do góry. Widzicie trend? Bo ja tak. I wcale mnie te zmiany nie cieszą, bo aktualnie Barbie ma makijaż... nazwijmy go delikatnie, prowokujący.
Koniec raportu.

29 lipca 2011

łóżko z morałem

- A tu postawimy łóżko piętrowe, jak dzieci będą starsze - orzekł Ślubny wizualizując ustawienie dziecięcego pokoju pięć lat temu.
Pięć lat minęło. Nadszedł czas zakupu owego piętrowego łóżka. Lokalna cechu charakteru ;) kazała nam zapoznać się nie tylko z ofertą sklepów meblarskich, ale także z ofertą prywatnych firm stolarskich - okazało się, że te drugie wypadają zdecydowanie bardziej korzystnie, dając możliwość manewru w zakresie rozmiaru łóżka. Namówiłam sąsiadkę na wspólny zakup - jednym transportem miało wyjść taniej... Tak się jednak stało, że sąsiadka musiała kupić łóżko sama. I całe szczęście! Gloria Starsza obejrzała zakup dokładnie i stwierdziła:
- Takiego nie chcę. Nie podobają mi się schody.
Nie i koniec. Kropka postawiona, dziecko się uparło.
Pojechaliśmy do IKEA zrobić rekonesans. Gloria obejrzała jedno łóżko... Nie była przekonana. Obejrzała drugie... Zmarszczyła nos i uznała, że jak już musi być to niech będzie, ale i tak jej się nie podoba.
Nagle stanęła zauroczona - znalazła łóżko! Co z tego, że droższe niż przewidywał budżet. Co z tego, że nie drewniane tylko metalowe. Co z tego, że ma szerokość 90cm. To jest to!
- No dobra - westchnął Ślubny. - Niech będzie.
Wróciliśmy do domu. Ślubny zmierzył miejsce, które wizualizował pięć lat wcześniej. Ja rzuciłam okiem w przyszłość i doszliśmy do wniosku: " za cholerę tu nie pasuje - zagraci pokój i zasłoni okno".
Wypiliśmy butelkę wina. Rzuciliśmy okiem po raz wtóry... Eureka! Wejdzie, ale...
Żeby wymarzone łóżko weszło do pokoju, trzeba przesunąć szafy. Żeby przesunąć szafy, trzeba je odkręcić od ściany (tak... IKEA zaleca swoje szafy wysokości 2m przykręcić śrubami do ściany...). Jak się odkręci szafy od ściany i się je przesunie, trzeba będzie zagipsować dziury i przemalować pokój. Taaak... Tyle tylko, że zanim się pokój przemaluje, trzeba położyć nowy tynk na dwóch ścianach, bo inaczej farba spowoduje, że tynk się zroluje i odpadnie...
Summa summarum, jutro zaczynamy wynosić zabawki z pokoju porankowych panien, bo od poniedziałku Ślubny zaczyna skrobać tynk. I nie, nie będzie miał urlopu - będzie remontował "po godzinach". I nie, nie wyjadę z młodymi na tydzień, bo w tym tygodniu mamy trochę spraw do załatwienia. Młode na jedną noc wysyłamy do Hetman-Dziadów, żeby nie wdychały pyłu w czasie szlifowania ścian.

Transport wina przyjmę z otwartymi rękoma, bo już teraz doskwiera mi stres remontowy!

A morał z tego taki:
Słuchaj teściowej, gdy ci mówi: "nie kupujcie komandora, bo nigdy nie wiadomo, czy nie trzeba będzie szaf przesuwać".



26 lipca 2011

porankowy zwierz

Wieki temu, w 1983 roku, niejaki Jarek Bułka śpiewał, że każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma. Dodawał potem, że on w domu ma chomika, kota, rybki oraz psa.
Ja, kiedy byłam mała, mieszkałam pod jednym dachem ze świnką morską - Matyldą, chomikiem - Kleopatrą oraz żółwiem Kseną vel Bambusem. Psa nie miałam (choć przez kilka dni kręcił się po domu szczeniak, Tekla), kota tym bardziej (takiego żywego, bo intelektualnego to owszem). W czasie studiów próbowałam zaś utrzymać przy życiu Einsteina, bojownika z pięknym ogonem. Mało skutecznie, bo Einsteina (zarówno tego pierwszego, jak i całą gromadę jego następców) zawsze zjadał jakiś grzyb. Jego ogon, ma się rozumieć.
Więcej zwierząt w domu nie miałam. Chyba. Nie pamiętam.
Ślubny, z kolei, miał w domu psa. Pięknego, mądrego owczarka niemieckiego o imieniu Kama. Kiedyś tam miał jeszcze rybki i papugę Feliksa. O innych stworzeniach nie wiem.
Zwierzaki w domu to nie było i nie jest nasze hobby. Informacja ta stanowi zaskoczenie dla wielu znajomych, bo - paradoksalnie - Ślubny ma kota na punkcie zwierząt... Żywa encyklopedia i dr Dolittle w jednym.

Postanowiliśmy, że w domu będziemy mieć co najwyżej rybki. Broń Panie przed psem, kotem i innym biegającym czworonogiem. Ptaki wykluczone.
Wyszło inaczej, bo przez przypadek od kilku lat mamy w domu żaby. Rzekotki australijskie, litoria caerulea. Sztuk cztery, z czego jedna zawsze się gdzieś chowa.



Nasze "potwory z bagien" najprawdopodobniej na dobre się u nas zadomowiły. Mała szansa, że wrócą do prawowitego właściciela, a Ślubny - rozważając zakup szaf do dużego pokoju - bierze pod uwagę konieczność wkomponowania w nie sporego (sic!) terrarium. Niech im będzie, żaby w sumie takie złe nie są. Jedzą z ręki, nie są wymagające w pielęgnacji, można je "pogłaskać"...
Gloriom żaby jednak nie wystarczają. Od pewnego czasu zaczęły przebąkiwać o chomiku. Albo psie. Fotka psiego okazu zawisła zresztą na lodówce jako sugestia, że taki pies ładnie by w domu wyglądał.

Glorie przekonują nas, że będą się psem/chomikiem opiekować, że będą go na spacer wyprowadzać, że będą po nim sprzątać...

Z nieba więc spadł nam Czaruś, królik sąsiadów - bezczelnie potraktowałam go jak test dojrzałości zwierzęcej. Ok, zabrzmiało to dziwnie, więc po kolei. Sąsiedzi wyjechali na wakacje i zostawili nam królika. Na tydzień. Królik zwie się Czaruś i jest sporych rozmiarów. Przywędrował do nas z klatką i prowiantem i zamieszkał w "gabinecie".


Pierwszego dnia Czaruś siedział w klatce celem przyzwyczajenia się do zmiany otoczenia. Młode siedziały przed klatką żywo komentując każdy jego ruch.
Drugiego dnia, wcześnie rano, Glorie z własnej woli same się ubrały i przyszły mnie obudzić informując: zmieniłyśmy Czarusiowi wodę, dałyśmy ziarenka, a teraz wstań, bo musi wyjść z klatki i musisz ją otworzyć.

A potem grzecznie, bez marudzenia, sprzątały po Czarusiu wszystkie kupki z dywanu.
Nadal jestem w szoku...
Trzeciego dnia sytuacja się powtórzyła, choć widać było zdecydowany spadek zainteresowania Czarusiem. Szczególnie u Glorii Młodszej. Starsza jeszcze trochę za nim pobiegała, ale gdy po raz kolejny znalazła na swoim dywanie króliczą kupkę oznajmiła: mam dość!
Czaruś popadł w niełaskę, a ja bezczelnie mówię Ha!.

Zdecydowanie zostajemy przy żabach i przy zwierzętach ogródkowych, które zamieszkują własnoręcznie robione przez Glorie domki.


No, ewentualnie w grę wchodzą też zwierzęta rysowane przez Glorię Starszą.


Więcej zwierząt porankowi nie przewidują!
I żeby się nie nazywało, że ta decyzja nie była poprzedzona dogłębnym rozpoznaniem!


13 lipca 2011

sąsiad piętro wyżej

Mieszkanie w bloku ma swoje plusy i minusy. Jednym z nich - zarówno plusem, jak i minusem - są sąsiedzi. Szczęśliwie dla nas, sąsiedzi z naszego piętra to plus. Jeśli jednak pomyślimy o sąsiadach nad nami... Cóż...

Sąsiadów piętro wyżej poznaliśmy nieco z zaskoczenia. Pewnego ranka, jakieś pół roku temu, w naszym mieszkaniu zaczął unosić się zapach świeżego gipsu. Taki charakterystyczny, wilgotny zapach gipsu. Zaczęłyśmy z młodymi wąchać... No i wywąchałyśmy mega wilgotną plamę na suficie u nich w pokoju. Plamę, która na moich oczach robiła się coraz większa i większa.


- Dziewuchy, kapcie na nogi! Lecimy do sąsiadów!
No i pobiegłyśmy piętro wyżej. Po drodze wytłumaczyłam nieco zdezorientowanym dzieciom, że sąsiedzi zalewają wodą ich sufit. Były oburzone - trudno się zresztą dziwić.
Wpierw elegancko zadzwoniłyśmy dzwonkiem. Głucho. "Matko jedyna, a jeśli ta woda się w środku leje bez nadzoru?" - pomyślałam i zaczęłam szukać rozwiązania. Dzwonić do administracji? Na policję? Po strażaków? Ja myślałam, a młode zaczęły walić pięściami do drzwi. Ku mojemu zdziwieniu zza tych drzwi dobiegł nagle jakiś szelest.
- Walcie mocniej! - rozkazałam. Drzwi się otworzyły. Ledwo zdążyłam rzucić okiem na sąsiada, Gloria Starsza wypaliła:
- Leje pan wodą na mój sufit!
A młodsza wyciągnęła palec, pogroziła nim i wrzasnęła:
- NIE WOLNO!
Sąsiad zrobił wielkie oczy i spojrzał przerażony na mnie. Nie wiem, czy wiele zobaczył, bo sądząc po wyglądzie i zachowaniu, albo był po nieprzespanej nocy, albo własnie spał, albo był w stanie "po spożyciu" jakiegoś zakazanego ziela.
- Sąsiad wybaczy najście. Mieszkamy piętro niżej i śmiemy przypuszczać, że nas sąsiad zalewa - rzekłam i w duchu dodałam "mam nadzieję, że sąsiad rozumie, co mówię!". - Na suficie u dzieci pojawiła się właśnie wielka, mokra plama.
- NIE WOLNO! - dodała Gloria Młodsza.
- Nieeee... - wydusił z siebie powoli sąsiad.
- Człowieku, mam wodę na suficie. Woda leci od Was. Zapytam prosto: czy Ty masz wodę na podłodze?
- Nieeee...
Jak Boga kocham, różne przypadki już widziałam, ale ten przeszedł moje oczekiwania. Na szczęście, nim krew mnie zalała, sąsiad nieco zaskoczył, bo rzekł po chwili namysłu: ale wczoraj nam faktycznie pralka w nocy wylała i miałem wody po kostki... Ale wytarłem!
BINGO!
- Czyli teraz nic się nie leje, tak?
- Nieee...
- A ty wynajmujesz czy jesteś właścicielem tego mieszkania?
Oczy sąsiada zrobiły się jeszcze większe, złapał się za nieuczesaną głowę i wszystko stało się jasne...
- Ok, to słuchaj pan. Tu masz mój numer i nazwisko. Jak się obudzisz, zadzwoń i podaj mi namiary na właściciela. A ja mojego męża przyślę za kilka godzin, jak z pracy wróci...

I tak poznałam sąsiada. Tego właściwego - rzeczywiście mieszkającego. STUDENTA.
Potem poznałam jego współlokatorkę. Dziewczyna byłaby fajna, gdyby z uporem maniaka nie mówiła do nas per Pani/Pan. Zaproponowaliśmy przejście na ty... Nie dało się.

Po incydencie z pralką sąsiedzi byli jak do rany przyłóż. Zero zalań, zero hałasu. Aż do maja - śmiemy podejrzewać, że nastąpiła wtedy zmiana warty i to już inni sąsiedzi niż ci, których poznaliśmy - gdy nagle zaczęli urządzać całonocne imprezy ze śpiewem i grą na gitarze. Trzeba przyznać, że repertuar mieli całkiem przyjemny dla ucha. Klasyka rocka - polskiego i zagranicznego. Trochę staroci filmowych (Dirty Dancing! Uwierzycie?!) Nasze klimaty. Dzieciakom nie przeszkadzało, o dziwo. Ani razu się nie obudziły...
Potem był incydent z lejącym się piwem, o którym chyba już pisałam.
A potem... Potem sąsiad nabył gitarę elektryczną z piecykiem... To ja powtórzę raz jeszcze, gdyby drodzy Czytelnicy nie załapali: GITARA, WZMACNIACZ, BLOK, LATO, OTWARTE OKNA.

I ponownie, skłamałabym, gdybym stwierdziła, że to granie nam bardzo przeszkadza. Fakt, jest natrętne, jest głośne. No ale zdarza się, że sąsiadowi dany cover wyjdzie (ostatnio namiętnie ćwiczy "Nothing else matters" Metallici) i miło tego posłuchać.
Dzisiaj jednak przeszedł samego siebie...

Glorie wypadły na balkon z radością, gdy tylko usłyszały pierwsze brzdęki gitarowe. Potańczyły chwilkę, pośpiewały i nagle Starsza woła:
- Mama! Coś mi na głowę spadło!
Lecę więc do dziecka mając czarne wizje przed oczami. Młoda, cała i zdrowa, pokazuje palcem na parapet i rzecze:
- O, tu teraz leży. Wyleciało z tego okna - pokazuje na okno sąsiada/gitarzysty - i mnie w głowę uderzyło. Co to jest?
No i wierzcie mi, że mnie zamurowało... Bo są pewne granice...


Zastanawiam się, czy oddać sąsiadowi zgubę, czy nie?

No, to tyle w temacie sąsiad.

Dziecku powiedziałam, że to papierek od cukierka. Truskawkami pachniało...

3 lipca 2011

fotorelacja z choroby





a wszystko przez:


i tyle...

2 lipca 2011

chorowanie

Chorowanie w upale miłe nie jest. Dzięki zatem Bogu za deszcz! Ha, przynajmniej ktoś się cieszy z podłej pogody za oknem.
Młode z własnej woli ubierają skarpety, nie smęcą, że chcą wyjść na spacer, nie wzdychają w stronę placu zabaw "jak fajnie mają inne dzieci", śpią popołudniami i popijają ciepłe kakao! Normalnie, chorowity raj!

A tak poważnie, już nam lepiej. Zaaplikowano nam dawkę penicyliny, która słonia powali. Nie, zastrzyków nam nie kazali robić. Wysypka zeszła, gorączki się ustabilizowały. Nie miałyśmy bardzo malinowych języków. Mnie za to gardło bolało tak, jak jeszcze nigdy w życiu nie bolało. Skóra nam jeszcze nie złazi. Podobno już nie zarażamy... Każdy, kogo informowaliśmy o szkarlatynie, z przerażeniem krzyczał: Jezu! Potem wymieniał możliwe powikłania. Informujemy zatem, że w perspektywie mamy serię badań wszelakich, jak już mądrzy lekarze dojdą do wniosku, że się paskudztwa pozbyłyśmy..

Ślubny trzyma się zdrów. Czego chcieć więcej? A, tak: urlopu i ładnej pogody.

Póki co przerabiamy wszystkie puzzle i wszystkie gry, które w domu znajdujemy. A od przyszłego tygodnia może nam już z domu pozwolą wyjść...

28 czerwca 2011

koniec świata

Ponoć niedawno miał mieć miejsce koniec świata. Cokolwiek to znaczy, bo o ile mi wiadomo, żadne z proroctw nie informuje o tym, co będzie się działo, gdy ów świat faktycznie „się skończy” i w sumie tak nie do końca jest jasne, co termin „koniec świata” określa. Niemniej, w porankowym domu koniec świata już trzykrotnie nastąpił.


Pierwszy koniec świata miał miejsce 21 maja br. o godzinie 18:03. Dokładnie o czasie, gdy niejaki Harold Camping przewidział The Rapture. Oczekując z przymrużeniem oka na wielkie trzęsienie ziemi wybyliśmy rodzinnie na rowerowy spacer do pobliskiego zieleńca (tak, zieleńca). I choć globalne trzęsienie się nie odbyło, świat się skończył dla Glorii Starszej, bo Ślubny uznał, że dziecko dorosło do tego, by mu odkręcić dodatkowe kółka w rowerze i puścić w świat na dwóch. Fakt, Gloria śmiga na rowerze od prawie 2,5 roku. Od roku jest dumną posiadaczką 16’’ bolidu, który powoli robi się na nią za mały. Dwa kółka ją jednak przerosły. Przejechała trzy metry sama, wrzasnęła „tata, trzymaj mnie!”, tata oczywiście odkrzyknął „trzymam! jedź!” no i dziecko padło... A potem z rozpaczą i wyrzutem pisnęło „nie trzymałeś! ja już nigdy nie będę jechać na rowerze!”. No i nastąpił koniec świata...


Drugi koniec świata miał miejsce jakiś tydzień temu. W upalny, burzowy wieczór wyszłam na balkon i lunął na mnie deszcz... alkoholu. Poważnie. Z nieba padało piwo. Lurowate, ale piwo... Szybko się jednak zorientowałam, że to nie prawdziwy koniec świata, bo kapiącemu piwu towarzyszył okrzyk „o żesz k***a!”... Tak się kończy picie piwa z puszki na balkonie. Wspominałam już, że nad nami mieszkają studenci? Oj, jest co opowiadać - studenci nam się trafili totalnie oryginalni. Tacy, którzy na gitarze elektrycznej z dobrym piecykiem wygrywaj wieczorami na balkonie „Hotel California” lub śpiewają do rana „Białego Misia” i „Pod papugami”... Ale to już inna historia.


Trzeci koniec świata rozpoczął się w niedzielę... O 4:45 rano Ślubny wybył ze starszym bratem na ryby. Różne są zboczenia - Ślubnemu w udziale przypadło dobrowolne wstawanie skoro świt tylko po to, by przez 12 kolejnych godzin moczyć kij siedząc w łódce na środku jeziorka... Ma prawo raz do roku, jak sam twierdzi... No, ale miało być o końcu świata. Ślubny zatem wybył na cały dzień, a Gloria Starsza o 6:40 wrzasnęła: „mama! wyglądam jak biedronka!”. Fakt, wyglądała jak biedronka na brzuchu, plecach, nogach i stopach. Nieco mniej na rękach i dłoniach. Jakbym ją szczotką ryżową pobiła... Do tego ból gardła, gorączka 37,8 cały dzień, powiększone węzły chłonne na karku... Mówi to coś komuś? Taaaakkkk... Byliśmy przekonani, że różyczka do porankowego domu zawitała! Prawdopodobnie w podwójnym wydaniu, bo Gloria Młodsza znalazł kropki na brzuchu po kolacji... Koniec świata, biorąc po uwagę, że Ślubny właśnie rozpoczął urlop... Ale to nie wszystko...
W nocy „coś” dopadło mnie - termometr radosnym piskiem elektroniki oznajmił o północy 39,0, gardło paliło, skóra bolała jakbym się położyła na poduszce igieł.
Od rana zarezerwowałam izolatkę w przychodni. I dobrze, bo pani doktor uśmiech szybko z ust zszedł, gdy obejrzała Glorię Starszą. Potem w skupieniu obejrzała Młodszą, a na koniec zerknęła na mnie i rzekła: to co, penicylina dla mamusi też?
Koniec świata, proszę państwa, koniec świata. Porankowy dom został objęty kwarantanną, bo dopadła nas SZKARLATYNA!

Ale oficjalnie koniec świata ma być 21 października tego roku, prawda? A następny 23 grudnia 2012 czy jakoś tak. Ech, mnie już nic nie powali... Jestem fighter i surviver!!! Choć chwilowo nie mam siły okiem mrugnąć.

25 czerwca 2011

operacja urlop

Rzuciłam Gloriom hasło: tata ma od soboty dwa tygodnie urlopu - co będziemy robić?
- A co to jest urlop? - zapytała Gloria Młodsza
- To znaczy, że tata nie będzie chodził do pracy i będzie się z nami bawił. Caaaałłłyyy czas - odpowiedziała jej Starsza.
- Hura!
A potem przyniosły mi rozpisane na kartce ich plany względem tatowego urlopu. Skonsultowałyśmy to i owo i w efekcie plan jest taki:


ZOO, las, jezioro, konie, dinozaury, cmentarz, ogród, plac zabaw, miasto, malowanie, spotkania ze znajomymi dziećmi, muzeum, ogród botaniczny i dendrologiczny, wycieczki po mieście... No i przyjęcie urodzinowo-imieninowe!
Plan całkiem niezły, prawda?

Konie już zaliczyliśmy - w wyniku niespodziewanego zbiegu okoliczności, wracając z Festiwalu Kultury Słowiańskiej i Cysterskiej w Lądzie nad Wartą, wylądowaliśmy w zeszłym tygodniu w szkółce jeździeckiej w Kociałkowej Górce. Jak na pierwsze spotkanie oko w oko i nos w nos z czterokopytnym stworzeniem, było rewelacyjnie. Gloria Starsza bez mrugnięcia okiem wskoczyła na konia o dostojnym imieniu Aran i z wrodzoną gracją spacerowała z instruktorem po maneżu (tak to się zwie?). Z kolei Młodsza w mgnieniu oka dokonała rozpoznania terenu i po chwili zachowywała się, jakby od urodzenia mieszkała w stadninie. A jak ją posadzili na kucu o wdzięcznym imieniu... Parówa (sic!), była wniebowzięta! Zresztą, kto by nie był - kuc był uroczy!


Najbliższy tydzień zapowiada się obiecująco, bo w planie mamy  m. in. całodniowy wypad do Zaurolandii. Proszę trzymać kciuki, żeby wycieczka doszła do skutku, bowiem Glorie postanowiły zainaugurować ojcowski urlop bólem gardła i niewyraźnym spojrzeniem, co z radością oznajmiły nam dzisiaj rano...

7 czerwca 2011

Gloria Starsza vel Porankowa Panienka


117,5 cm wzrostu, but rozmiar 31, włosy odrośnięte na tyle, że już można warkocze pleść,
a do tego wczoraj stomatolog orzekł, że górne jedynki zaczynają się delikatnie chwiać, co oznacza, że wypadać będą najprawdopodobniej w zerówce - czyli ZA ROK z kawałkiem!

Czy ja wspominałam, że Gloria Starsza ma tylko 4 lata i kilka miesięcy?


No, ale poza tym jest ok... Żółto, słonecznie i bardzo wesoło...



6 czerwca 2011

za co lubię Biedronkę

w przypadkowej kolejności i w większości bez ironii:
  • za to, że jest blisko i wszędzie - dosłownie rzut kamieniem z okna i żabi skok od drzwi każdego domu w każdym zakątku kraju,
  • za codziennie niskie ceny - tak niskie, że Sami-Wiecie-Kto nie miał odwagi zrobić zakupów, bo to zbyt niskie progi dla niego,
  • za kreatywność - tylko w Biedronce potrafią zrobić dżem z biedronki i wędlinę z biedronki i herbatę z biedronki...,
  • za dbałość o budowanie relacji międzyludzkich - permanentny brak drobnych w kasie i prośba "ma ktoś z państwa rozmienić?" zmusza klientów do konwersacji,
  • za praktyczne i logiczne ułożenie towaru na półce - tylko w biedronce mleko w kartonie stoi obok napojów w kartonach (i zarazem obok płatków śniadaniowych), a mleko w butelce przy maśle, ale za to masło jest w lodówce obok półki z chlebem i półki z dżemem, więc kanapkę kupujesz w locie...,
  • za codzienne przypominanie nam, że praca, którą wykonujemy to pikuś w porównaniu z pracą w Biedronce - szczególnie, gdy tir z towarem odjeżdża spod sklepu grubo po północy, choć normą jest godzina 23...,
  • za przeurocze reklamy z wykorzystaniem zasobów własnych,
  • za dostarczanie nam wrażeń podczas dostawy towaru - no sami popatrzcie na ten motor i te dzieci pod płotem i tego pana za tirem...:


Jest tylko jedna rzecz, za którą Biedronki nie lubię - za to, że nie jest Lidlem...

22 maja 2011

argument

On miał uśpić dzieci w sobotnie popołudnie. Nie uśpił - sam zasnął. Wybudzony po 17 snuje się po mieszkaniu i duma: zrobić sobie kawę czy nie zrobić?
- Rób - naciska Ona.
- No ale może nie zrobię? - dywaguje On. - Na spacer pójdziemy, czasu szkoda na robienie kawy.
- Mówię ci, rób tą kawę - nakazuje Ona. - Jak nie zrobisz będziesz śnięty i mało kumaty i zrzucisz winę na brak kawy. A jak zrobisz tą kawę to i tak będziesz śnięty i mało kumaty, ale przynajmniej JA będę mogła zrzucić winę na twój charakter, a nie na brak kawy. Nie odbieraj mi argumentów!
Zrobił kawę. Wychowany On.

Tak, tak. Ona to zołza. Wiem. W pewnym wieku już można.

12 maja 2011

wiedźma w aptece

Wmaszerowała porankowa wiedźma do apteki ostatkiem sił i zwraca się do farmaceuty:
- Poproszę opakowanie leku I i leku P (popularne leki przeciwbólowe).
Pani Magister otwiera szufladę i wyciąga najmniejsze opakowanie leku I.
- Proszę o większe. I lek P - odpowiada wiedźma.
Pani Magister sięga po opakowanie 24 sztuki.
- Nie, nie. Takie w pudełku z zakrętką proszę. 48 sztuk bodajże. Dużo się u nas tego je. - Farmaceuta spogląda spode łba i wymienia spojrzenia z koleżanką po fachu.
- Ale pani wie, że tych leków się nie łączy.
- Oczywiście. Dlatego proszę o DUŻE opakowanie leku I, koniecznie MAX, bo to tak na co dzień jemy i o normalne opakowanie leku P, bo to wyjątkowo dziś potrzebne.
Pani Magister patrzy już bardzo nieufnie, więc wiedźma zbiera resztki sił i tłumaczy:
- Widzi pani, idzie deszcz. A jak idzie deszcz to u nas lek I Max hurtowo łykamy - farmaceuta w odpowiedzi spojrzała za okno, gdzie piękne błękitne niebo stanowiło idealne tło dla majowego słoneczka grzejącego pełną parą na 26 stopni.
- Nie wierzy pani? No cóż, jeszcze pani zobaczy. Mąż i ja metopoatami jesteśmy. Dzieci pewnie też. A to znaczy, że jak idzie deszcz bądź duża zmiana pogody, upiorny ból nam głowy rozsadza. A do tego mąż dzisiaj miał mało przyjemne spotkanie z dentystą-sadystą, który akurat miał ochotę na kanałowe leczenie trzonowca. I tu już nawet lek I Max nie pomoże. Stąd lek P - wiedźma zawiesiła głos i się chwilę zastanowiła. - Albo... Nie... Po lek K (silny lek przeciwbólowy, na receptę) to najwyżej wieczorem przyjdę.

Wymaszerowała baba z apteki z pudłem leków przeciwbólowych, zostawiając za sobą lekko zszokowaną panią aptekarkę i ma w nosie to, że ją pewnie niedługo na stosie spalą. Mówię wam, idzie woda... Duuuużżżżaaaa woda!

A w oczekiwaniu na ową wodę polecamy lekturę z gatunku porankowe opowieści zaległe:


opowieści zaległe: fryzjer

Porankowe Glorie, jak na glorie przystało, zaczęły interesować się swoim wyglądem. „Nie ubiorę tego”, „to mi się nie podoba”, „ja chcę bluzkę w ciapki, a nie kwiatki” oraz „ten kolor NIE PASUJE!” - są na porządku dziennym.
Ostatnio w ręce Glorii Starszej wpadły książki z fryzurami sprzed ok. 15 lat - takie książki instruktażowe, jak zaplatać te dziwaczne warkocze i upinać równie dziwaczne koki wykorzystując miliard metalowych spinek. No i zaczęłosię. Dziewczę doszło do wniosku, że CHCE mieć kok. A z kokiem w parze idą długie włosy. Zatem: żegnaj fryzuro ala Dora the Explorer!

Tak... Tyle tylko, że przejście z fryzury do ucha na fryzurę za łopatki wymaga umiejętności zgoła innych niż „opitolenie domowe” w wykonaniu matki. Szczególnie, że dziecko okazało się być wierną kopią matki i odziedziczyło po niej włosy, które łamią szczotki i blokują w swoich czeluściach fryzjerskie nożyczki...

Wybraliśmy się zatem do fryzjera.

Przydomowy zakład odpadł w przedbiegach - za karę, bo krótko przed urodzeniem Glorii Starszej pani fryzjerka nie była w stanie obciąć mnie tak, jak chciałam i w efekcie miałam zamiast włosów sieczkę o dużo za krótką niż planowałam.
W następnym salonie fryzjerka rzuciła z daleka okiem na dwie główki i orzekła: ze spokojem 25zł za każdą. Ja z kolei rzuciłam okiem na fryzurę pani fryzjerki i orzekłam: idziemy dalej!
Umówiłyśmy wizytę w sprawdzonym saloniku...

Pani ciachnęła raz i drugi, tu wyrównała, tam ułożyła... Wszystko z myślą o długich włosach na kok. Glorię Młodszą wyrównała, podcięła , przeczesała... A na koniec stwierdziła:
- No nie widać, że one nigdy nie były u fryzjera. Są obcięte bardzo dobrze. Trochę nierówno, ale dobrze.
I zawołała 18zł od głowy.

Teraz wybieramy się do hurtowni fryzjerskiej. Po dobre nożyczki. Do cięcia grzywki.
A potem będziemy upinać fantazyjne koki i pleść francuskie warkocze. A za zaoszczędzone pieniądze będziemy kupować eclery i truskawki.

opowieści zaległe: królewski ślub

The Official Royal Wedding photographs
(c) by H. Burnand, http://flic.kr/p/9DeFCW

Ach, co to był za ślub! W piątkowe przedpołudnie, 29 kwietnia 2011, spotkała się cała śmietanka towarzyska. Te stroje, te kapelusze (i fascynatory, czy jak je tam zwą - wiecie, takie fiu-bździu przypięte na głowie, skroni, czole bądź uchu), te mundury!
Przybyła hrabina Felga z księciem Oponą. I hrabina Bella. Była księżniczka Bebla z księstwa Porcelany w towarzystwie wiernego Pegaza i księżna Elżbieta z Łóżka Zachodniego wraz z siostrą, księżną Urszulą z Łóżka Wschodniego. Swą obecność na uroczystości zaznaczyła także panna Barbie w towarzystwie Kena. No i oczywiście nie mogło zabraknąć księżnej Matki z Porankowej Krainy.

Entuzjazm towarzystwa wzbudził kolor stroju Królowej Elżbiety II (ech, trzeba było obstawić u bukmachera tą kanarkową żółć, byłybyśmy bogate!).
Z kolei, gdy Kate Middleton po raz pierwszy zaprezentowała światu swoją suknię ślubną, towarzystwo aż jęknęło z zachwytu. Po sali przebiegł szept: ten tren! ten diadem! Och, jaka księżniczka!

Szalę szaleństwa przepełniły karety z orszaku ślubnego - Pegaz prawie zawału dostał na widok śnieżnobiałych koni, a księżna Elżbieta i księżna Urszula wciąż dopytywały, czy to bajka, czy dzieje się na prawdę.

Przyjęcie weselne było huczne i równie udane. Podano pyszne kruche ciastka i herbatę Earl Grey z mlekiem. Były tańce. A na koniec księżne i księżniczki przymierzały historyczną suknię ślubną i pozowały do pamiątkowych zdjęć.

Ach, co to był za ślub! Gdyby nie kapelusz znaleziony przypadkiem w lokalnej, ukochanej ciuch-krainie, ślub odbywałby się zapewne tylko w Londynie. A tak, przeniósł się do Porankowej Krainy i już zupełnie zatarł granice między rzeczywistością i nibylandią.

Sam kapelusz - fotka poniżej - bardzo na miejscu, prawda? Za śmieszne pieniądze kupiony...