Porankowy INSTAGRAM

26 lipca 2011

porankowy zwierz

Wieki temu, w 1983 roku, niejaki Jarek Bułka śpiewał, że każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma. Dodawał potem, że on w domu ma chomika, kota, rybki oraz psa.
Ja, kiedy byłam mała, mieszkałam pod jednym dachem ze świnką morską - Matyldą, chomikiem - Kleopatrą oraz żółwiem Kseną vel Bambusem. Psa nie miałam (choć przez kilka dni kręcił się po domu szczeniak, Tekla), kota tym bardziej (takiego żywego, bo intelektualnego to owszem). W czasie studiów próbowałam zaś utrzymać przy życiu Einsteina, bojownika z pięknym ogonem. Mało skutecznie, bo Einsteina (zarówno tego pierwszego, jak i całą gromadę jego następców) zawsze zjadał jakiś grzyb. Jego ogon, ma się rozumieć.
Więcej zwierząt w domu nie miałam. Chyba. Nie pamiętam.
Ślubny, z kolei, miał w domu psa. Pięknego, mądrego owczarka niemieckiego o imieniu Kama. Kiedyś tam miał jeszcze rybki i papugę Feliksa. O innych stworzeniach nie wiem.
Zwierzaki w domu to nie było i nie jest nasze hobby. Informacja ta stanowi zaskoczenie dla wielu znajomych, bo - paradoksalnie - Ślubny ma kota na punkcie zwierząt... Żywa encyklopedia i dr Dolittle w jednym.

Postanowiliśmy, że w domu będziemy mieć co najwyżej rybki. Broń Panie przed psem, kotem i innym biegającym czworonogiem. Ptaki wykluczone.
Wyszło inaczej, bo przez przypadek od kilku lat mamy w domu żaby. Rzekotki australijskie, litoria caerulea. Sztuk cztery, z czego jedna zawsze się gdzieś chowa.



Nasze "potwory z bagien" najprawdopodobniej na dobre się u nas zadomowiły. Mała szansa, że wrócą do prawowitego właściciela, a Ślubny - rozważając zakup szaf do dużego pokoju - bierze pod uwagę konieczność wkomponowania w nie sporego (sic!) terrarium. Niech im będzie, żaby w sumie takie złe nie są. Jedzą z ręki, nie są wymagające w pielęgnacji, można je "pogłaskać"...
Gloriom żaby jednak nie wystarczają. Od pewnego czasu zaczęły przebąkiwać o chomiku. Albo psie. Fotka psiego okazu zawisła zresztą na lodówce jako sugestia, że taki pies ładnie by w domu wyglądał.

Glorie przekonują nas, że będą się psem/chomikiem opiekować, że będą go na spacer wyprowadzać, że będą po nim sprzątać...

Z nieba więc spadł nam Czaruś, królik sąsiadów - bezczelnie potraktowałam go jak test dojrzałości zwierzęcej. Ok, zabrzmiało to dziwnie, więc po kolei. Sąsiedzi wyjechali na wakacje i zostawili nam królika. Na tydzień. Królik zwie się Czaruś i jest sporych rozmiarów. Przywędrował do nas z klatką i prowiantem i zamieszkał w "gabinecie".


Pierwszego dnia Czaruś siedział w klatce celem przyzwyczajenia się do zmiany otoczenia. Młode siedziały przed klatką żywo komentując każdy jego ruch.
Drugiego dnia, wcześnie rano, Glorie z własnej woli same się ubrały i przyszły mnie obudzić informując: zmieniłyśmy Czarusiowi wodę, dałyśmy ziarenka, a teraz wstań, bo musi wyjść z klatki i musisz ją otworzyć.

A potem grzecznie, bez marudzenia, sprzątały po Czarusiu wszystkie kupki z dywanu.
Nadal jestem w szoku...
Trzeciego dnia sytuacja się powtórzyła, choć widać było zdecydowany spadek zainteresowania Czarusiem. Szczególnie u Glorii Młodszej. Starsza jeszcze trochę za nim pobiegała, ale gdy po raz kolejny znalazła na swoim dywanie króliczą kupkę oznajmiła: mam dość!
Czaruś popadł w niełaskę, a ja bezczelnie mówię Ha!.

Zdecydowanie zostajemy przy żabach i przy zwierzętach ogródkowych, które zamieszkują własnoręcznie robione przez Glorie domki.


No, ewentualnie w grę wchodzą też zwierzęta rysowane przez Glorię Starszą.


Więcej zwierząt porankowi nie przewidują!
I żeby się nie nazywało, że ta decyzja nie była poprzedzona dogłębnym rozpoznaniem!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz