Porankowy INSTAGRAM

26 października 2008

nikto nie je doma!

Generalnie rzecz biorąc w tym miejscu powinny się dziś pojawić setki przekleństw. Bo jak tu nie przeklinać dnia, gdy zmieniamy czas z letniego na zimowy? Niby śpimy dłużej... Tylko jak to wytłumaczyć dwójce dzieci poniżej dwóch lat życia?
Jak wytłumaczyć Porankowej Panience, że o godzinie 5 rano kanał Mini Mini pokazuje tylko śpiącą rybkę i nie ma bajki (tak, porażka pedagogiczna, w ramach opcji: "pomóż mamie" dziecię ogląda rano kilka bajek, żeby Porankowa Mama mogła jednym okiem się jeszcze trochę zdrzemnąć zanim wpadnie w kierat ubierania, przewijania, karmienia, sprzątania, mycia i ogarniania chaosu)? Jak wytłumaczyć, że kąpiel wieczorna o godzinie 18 nie jest najbardziej wskazana? No albo jak jej wytłumaczyć, że pójście spać niekoniecznie MUSI nastąpić w momencie, gdy rybka na Mini Mini idzie spać, tylko że można się położyć do łóżeczka w chwili, gdy nieprzytomna ze zmęczenia głowa opada na stół, czyli o godzinie 19:40 nowego czasu?
Albo, nieco z innej beczki, jak jej wytłumaczyć, że Porankowej Panieneczki nie należy kremować kremem na odparzenie zanim jej się nie wykąpie (pomijamy milczeniem pytanie: jak wytłumaczyć, że nie należy rozbierać młodszej siostry pod nieobecność dorosłego...)? Jak wytłumaczyć, że nie można się żywić wyłącznie suchym makaronem bądź kawą rodzica? Albo jak wytłumaczyć, że dzwonek do drzwi niekoniecznie oznacza, że owe drzwi należy otworzyć? No bo przecież...
... w każdym domu są takie dni, gdy ma się ochotę nałożyć na głowę papierową torbę i udawać, że to nie mój dom i mnie tu nie ma. Trudno sobie to wyobrazić? Proszę bardzo, oto wizualizacja: wyobraźmy sobie, że słyszysz pukanie do drzwi (pomijając opcję: domofon, która to opcja daje nam kilka chwil na ogarnięcie z grubsza bałaganu) akurat w chwili, gdy: twoja głowa ocieka pianą z szamponu, bowiem nie udało ci się jej spłukać w trakcie mycia, bo jedno z dzieci zaczęło wołać, że natychmiast musi skorzystać z toalety, a w tym samym czasie drugie dziecko załadowało pieluchę z takim impetem, że należy je natychmiastowo przebrać i całościowo wykąpać (plus wrzucić pokrycie leżaczka-bujaczka, na którym siedziało, do prania) i dodajmy do tego, że akurat w tej samej chwili stojąca na korytarzu suszarka do prania postanowiła się przesunąć dzięki uprzejmości wybiegającego z łazienki dziecka nr 1 (bez majtek i skarpetek, oczywiście), więc dużym palcem u nogi zahaczasz o nią doznając poważnej kontuzji, a na usta cisną się słowa baaaaaardzo niecenzuralne. Tak, to dokładnie taka chwila.
W takiej chwili właśnie ma się ochotę wywiesić za drzwi kartkę: "nikto nie je doma". Ale jak na złość, starsze dziecko, które przeżywa bardzo bujny rozkwit mowy, postanawia na wspomniane wcześniej pukanie odpowiedzieć otwierając wewnętrzne drzwi i krzycząc: baba!
Cóż więc robić, z jednym dzieckiem bez majtek i skarpetek drącym się baba do osoby za drzwiami, z drugim dzieckiem przewieszonym przez ramię bez pieluchy, bo świeżo po umyciu pupy po wielkiej katastrofie pieluszkowej, z głową w pianie, z palcem u nogi boleśnie kontuzjowanym i z furą niecenzuralnych słów na końcu języka otwierasz te przeklęte drzwi i z najbardziej promiennym uśmiechem, na jaki cię stać, witasz przybysza.
A przybyszem tym jest dwóch panów z firmy sprawdzającej stan urządzeń gazowych i instalacji gazowej, więc nie dość, że trzeba im się pokazać przy drzwiach to jeszcze trzeba ich wpuścić do mieszkania, które akurat znajduje się w maksymalnie niewyobrażalnym rozgardiaszu...

Powyższe jest kompilacją opisów dwóch dni z życia porankowej rodziny. Przykład z panami z gazowni miał miejsce kilka dni wcześniej, na szczęście, bo jakby to wszystko działo się dziś... No ale dziś też nie było najbardziej różowo, bo Porankowa Mama od rana musiała pójść na kilka godzin do pracy, więc Porankowy Tata, sam na sam z córkami, postanowił... dokończyć robienie wina... Matko, nigdy więcej winogron i soku z nich w porankowym domu! Basta!

---
A co do pytania moette z komentarza:

Tort-pszczółka wbrew pozorom jest banalnie prosty do wykonania. Pieczesz dwa okrągłe torty (biszkopt czy co tam wychodzi najlepiej - tu były dwa quasi-biszkopty - przepis na blogu). Wycinasz w tym większym delikatne wklęśnięcie, żeby się ten mniejszy wpasował. Przekładasz ciasta dowolną masą i smarujesz ich wierzch albo dość słodką marmoladą (najlepiej bez kawałków owoców w środku) albo kremem maślanym. Masz teraz dwie bazy do pszczółki.
Pokrycie w kolorach żółtym i czarnym to nic innego jak oryginalny, angielski lukier plastyczny zamówiony przez sklep tortownia.pl - można spróbować zrobić taki lukier samemu, ale wymaga to dużego nakładu sił i cierpliwości, a efekt kolorystyczny nie zawsze jest pożądany, więc polecam korzystanie z gotowego lukru wykorzystywanego przez profesjonalistów.
Zaczynasz od tortu małego - powlekasz go rozwałkowanym lukrem żółtym (genialny instruktaż na YouTube) a następnie z lukru czarnego i białego robisz oczy i buzię. Następnie z rozwałkowanego lukru żółtego układasz na większym torcie pasy. Kolejno, rozwałkowujesz lukier czarny i nakładasz pasy wycięte z niego - pasy czarne muszą nieco nachodzić na pasy żółte, to sekret łączeń. Odstawiasz torty na noc, żeby się dobrze posklejały i "wła la". Następnego dnia wycinasz skrzydełka, odnóża i włosy z wafelka, układasz je pod zsuniętymi ze sobą tortami, a włosy przymocowujesz do głowy... przy użyciu makaronu spaghetti, na końcu któego nakładasz dwie kuleczki z czarnego lukru.
Trudne?

17 października 2008

z porankowej cukierni...

Proszę sobie wyobrazić, że powyższa pszczółka nie leży na papierze do pieczenia oraz że jej poszczególne elementy są ze sobą połączone - tzn. głowa z tłowiem, a kończyny wsunięte są pod spód. I proszę sobie wyobrazić, że czułki są bardziej widoczne. Co otrzymamy? Pszczółkowy Tort!
Tak, ten oto tort opuścił dziś porankową piekarnię domową. Jest to pierwszy tort wykonany na zamówienie przez Porankową Mamę (wspieraną przez Porankowego Tatę) dla "klienta" spoza rodziny.
Chwalimy się zatem, bo uważamy, że jest czym! I mamy nadzieję, że gościom będzie smakował.

16 października 2008

porankowe Alternatywy - finał

Kartka z informacją o naprawie usterek w elewacji nie wzbudziła szczególnego zainteresowania mieszkańców porankowego bloku. Porankowa Mama uznała jednak, że zanim porankowa rodzina podejmie decyzję, czy panów do mieszkania wpuścić czy nie, trzeba z panami porozmawiać. Zadzwoniła więc do pana J., którego numer telefonu zamieszczony był na nieszczęsnej kartce i zadała dwa krótkie pytania. Po pierwsze, kto z kim ustalił termin piątkowy od godziny 7:00 rano. Po drugie, jak panowie zamierzają organizacyjnie rozwiązać sprawę usuwania usterek.
Na pytanie pierwsze od razu usłyszała aż nadto miłą odpowiedź, że panowie przemyśleli sprawę i zaczną od 8:00, "ale jeśli pani woli inną godzinę to się oczywiście dostosujemy"... Nijak nie dało się jednak wyciągnąć od pana, kto z kim nieszczęsny piątek ustalił. Jeśli zaś idzie o organizację akcji "elewacja" to panowie przewidzieli dwukrotne wtargnięcie na balkon, za każdym razem góra 15 minut (sic!) w odstępie 3 godzin, "ale oczywiście, jeśli pani woli trochę później to się dostosujemy".
Porankowa Mama z Porankowym Tatą mieli niezły orzech do zgryzienia. No bo tak: jeśli panów nie wpuszczą to balkon będzie wyglądał jak wygląda, czyli będzie połowicznie pozbawiony tynku. To, co zostało może z kolei w każdej chwili odpaść, a z balkonu się przecież korzysta - nawet zimą, gdy służy jako przedłużenie lodówki na posiłki wielkogabarytowe. Wizja michy z sałatką świąteczną pokrytej tynkiem nie przypadła do gustu porankowej rodzinie, tak jak nie spodobała się wizja Porankowego Taty skaczącego na drabince po balkonie na 6 piętrze... Czyli panów wpuścić trzeba. No ale skoro mają wejść to trzeba się jakoś zorganizować, bo przecież Porankowa Mama nie będzie sama nadzorowała ekipy remontowej mając pod opieką dwójkę dzieci, które same z siebie są nieprzewidywalne. Karmienie, przewijanie, sadzanie na sedes, pilnowanie, żeby Porankowa Panienka nie wysmarowała Porankowej Panieneczki unigruntem i do tego pilnowanie łażących po mieszkaniu panów... Wniosek był jeden, Porankowy Tata musi być w domu od rana a panowie muszą się wyrobić z remontem do godziny 14.
Jak powiedziano tak zrobiono. Balkon naprawiono. I co najdziwniejsze, balkon Pani Jamnikowej też został naprawiony... A do tego, panowie nie pobrudzili nawet kawałka mieszkania i byli bardzo ale to bardzo ugrzecznieni! Czyli jak to zwykle bywa, wiele hałasu o nic...

2 października 2008

porankowe Alternatywy - część III

Porankowa Mama ma dziś wenę twórczą, więc wyjątkowo post nr 2...

kontynuując wątek Alternatyw...

Zgodnie z ustaleniami, Porankowa Mama zadzwoniła do Administracji w celu zwołania zebrania dotyczącego podzielników ciepła na kaloryferach w porankowym bloku. Przedstawiła sprawę miłej pani, która obiecała, że oddzwoni, jak tylko Szef ustali dogodny dla wszystkich termin (dla wyjaśnienia: porankowy blok "działa" na zasadzie wspólnoty mieszkaniowej i to członkowie wspólnoty - a zatem każdy właściciel mieszkania - podejmują decyzje dotyczące bloku; by jednak wprowadzić decyzje w życie, potrzebne są uchwały podejmowane podczas zebrań z przedstawicielem firmy administrującej budynek). Przy okazji, owa miła Pani zaczęła dopytywać Porankową Mamę "o co właściwie chodzi z tą windą, bo tu kilka osób już wydzwaniało, a przecież była kontrola i nic nie stwierdzono"... Porankowa Mama wyjaśniła, pani obiecała, że będą to monitorować i na tym się rozmowa skończyła.
Popołudniu tego samego dnia, akurat w chwili, gdy porankowi rodzice na łeb na szyję lecieli spóźnieni z Porankową Panieneczką na kontrolę do lekarza, oddzwoniono z Administracji w sprawie zebrania. Ustalono, że oczywiście zebranie zostanie zwołane jak tylko wspólnota będzie chciała, jednakże Administracja uprzejmie prosi, by przed zebraniem oficjalnym dogadać się we własnym zakresie czy i na co podzielniki będą zmieniane... "bo wie pani jak wyglądają takie zebrania, emocje biorą górę, każdy każdego przekrzykuje i w sumie ustalić się nic nie da a czas zmarnowany"...
No tak, racja. W kolejny pierwszy wtorek miesiąca Porankowy Tata udał się zatem na spotkanie Rady Porankowego Bloku do piwnicy, by ustalić termin wewnętrznego spotkania w sprawie podzielników ciepła. I znów minęła godzina, dwie a Porankowy Tata jak nie wracał tak nie wracał. W końcu jednak wrócił.
- I co , powiedziałeś im, że musimy wpierw sami się dogadać? - zagadnęła Porankowa Mama
- Ano. I w odpowiedzi wciąż słyszałem, że musimy to zrobić oficjalnie. A ja im na to wciąż, że żona dzwoniła i zanim oficjalnie to wpierw nieoficjalnie.
- A... I na czym w końcu stanęło?
- Muszę na 16 września się przygotować z tematu podzielniki ciepła, bo będę prowadził spotkanie w suszarni...
- A... No to super - powiedziała lekko zdziwiona Porankowa Mama i zapisała w kalendarzu datę.
Porankowy Tata z tematu się przygotował, popisał maile do firm produkujących liczniki, do firm odczytujących liczniki i takich tam. Zbliżał się ów 16 września...
Z kolei 15 września wieczorem miało się odbyć spotkanie w kościele w sprawie Chrztu św. Porankowej Panieneczki. Mowa o tym nie bez przyczyny, bowiem okazało się, że Porankowa Rodzina została wprowadzona w błąd - spotkanie odbyło się półtorej godziny wcześniej niż im powiedziano...
- Księże proboszczu, da się to jakoś załatwić?
- Przyjdźcie jutro o tej samej porze. Zrobię Wam nauki indywidualne.
- Super! Będziemy!
No ale w drodze do domu Porankową Mamę olśniło: jutro jest zebranie w sprawie podzielników! o 20:00! Bomba...
O godzinie 19:55 16 września porankowi rodzice wyszli z kościoła, Porankowy Tata punkt 20:00 stanął przy windzie i wjechał nią na 10 piętro, gdzie znajduje się suszarnia. Wrócił po prawie 3 godzinach...
-I... - zaczęła niepewnie Porankowa Mama czekając w napięciu na opowieść o wynikach spotkania.
- Ujmę to tak: dupa. Nic nie ustalono, bo się nie dało. W suszarni są jakby trzy sektory przedzielone kratkami. W pierwszy stanęło szefostwo plus ja. Za kratą, w drugim, psiapsióły i plotkary, na tyle w trzecim sektorze stanęli krzykacze i pieniacze - jak na meczu! Każdy z każdym gadał i każdy na każdego się darł. W połowie prawie wszyscy wyszli... Ale umówiłem się na piwo z sąsiadami.
- W sprawie podzielników?
- Nie, tak towarzysko...
- A... Więc na czym stoi?
- Zebranie się odbyło, wyślemy więc pismo do Administracji, że podzielniki mają być zmienione. Koniec. A windę ponoć naprawili - było przebicie między 7 a 8 piętrem...
- A o elewacji była mowa?
-Nie...
Uff... Sprawa podzielników jest więc prawie na wykończeniu, winda naprawiona, a elewacja... Cóż, elewacja wróciła sama jak bumerang w niedzielę 28 września, gdy na tablicy ogłoszeń porankowego bloku zawisła taka kartka:

koniec części III

kot w worku z majtkami

No i "wła la"! Wyszło szydło z worka, jeśli idzie o fikuśne galoty.
Wczoraj w skrzynce pocztowej Porankowy Tata znalazł list adresowany do Porankowej Mamy z napisem: przesyłka reklamowa.
Porankowa Mama otworzyła i zaczyna czytać:
"Droga Klientko, dziękujemy za rozmowę telefoniczną z dnia 24-09-2008 jak i za złożone zamówienie. Tak, jak obiecaliśmy, wkrótce wyślemy do Ciebie powitalną ofertę M*****..."
- M*****! Teraz już przynajmniej wiemy, jakie majtki oferowali przez telefon! - łypnęła okiem na adresata u góry strony i tam stało jak byk: M***** Lingerie Exclusive z adresem w Szwajcarii (na marginesie, listownik kserowany, a raczej drukowany z jakiegoś programu do tworzenia korespondencji na drukarce marnej jakości...)
- Ty czekaj, przesyłkę powitalną? W czym oni Cię witają? - zapytał trzeźwo Porankowy Tata
- powitalna.. rzeczywiście... chwila - Porankowa Mama zaczęła czytać dalej. - bla bla bla, twierdzą,że mają bieliznę łączącą klasyczną elegancję i szykowną zmysłowość, taaaaa, gacie w kolorze jesieni, potwierdzają powitalną ofertę 3 par fig lub stringów za jedyne 15zł plus 9,90zł za przesyłkę... O....
- Co o...?
- O... cholera - czytała dalej:
"Następnie, co 2 miesiące będziemy Ci wysyłać nową specjalną ofertę 3 modeli fig lub stringów, do wyboru, w cenie 62,90 plus 9,90zł koszt wysyłki (...) wcześniej jednak, każdy nowy model bielizny będziesz mogła zobaczyć na ulotce, którą wyślemy do Ciebie wraz z przesyłką"
- no i masz... - bąknął Porankowy Tata
- czekaj, ale jest wyjście awaryjne!, bo oto napisali tak:
"jeśli postanowisz nie skorzystać z aktualnej oferty, poinformuj nas o tym, a w następnej przesyłce otrzymasz samą ulotkę"
- czyli nie muszę kupować majtek za każdym razem, ale jak mi się spodobają i jak będę miała ochotę. Uff.... Witamy w świecie galotów ekskluzywnej marki M*****! podpisano Biuro Obsługi Klienta. Faktycznie, ekskluziv, nawet faksymilki prezesa nie wstawili...

Tak się ma sprawa z fikuśnymi gaciami. Ukryty kot wyszedł z worka. Bo tak szczerze, kto teraz czytuje takie przesyłki reklamowe? Tylko oszołomy z gatunku Porankowej Mamy. A reszta, co to nie czyta, będzie zaskoczona, jak do domu za dwa miesiące przyjdzie kolejna partia bielizny tym razem za 62,90 plus koszty wysyłki.