Porankowy INSTAGRAM

31 sierpnia 2008

Dzień Bloga 2008

Blog Day 2008

Czas na kolejny Dzień Bloga! Dzień z gatunku "dziwnych świąt" (tak jak przykładowo dzień leworęcznych obchodzony niedawno - i tu dygresja: Porankowa Mama serdecznie dziękuje pewnej Znajomej, która z okazji Dnia Leworęcznych przysłała jej życzenia sms'em. Sms doatarł, ale w tym zamieszaniu Porankowej Mamie umknęło wysłanie podziękowania. Zatem, ninejszym: DZIĘKUJĘ!).
Jeszcze w zeszłym roku w Polsce mało kto obchodził Dzień Bloga, a tu proszę, nawet u Prusky'ego na blogu dzień ten odcisnął swoje piętno. Porankowa Mama tradycji wyjątkowo się trzyma, więc dziś, zgodnie z zasadami wersji światowej, promujemy 5 blogów (wersja polska zakłada opisanie historii powstania własnego bloga, wypromowanie 5 blogów i coś tam jeszcze; wersja światowa ogranicza się do promocji :-) )

A zatem, pomijając 5 blogów, które wyszczególniono na stronie porankowego bloga, porankowa rodzina czytuje także posty, których autorami są:
- Majewka (blog: Formy i foremki...) - tego się opisać nie da, to trzeba przeczytać... choć może podtytuł wyjaśni więcej: czyli to, co mieści różne życia treści. Blog prawie literacki,
- Dominika, mama Oli (blog: bez tytułu, chyba...) - anegdotki i myśli mamy 2,5-letniej Oleńki: zabawne, prawdziwe i nie tak wcale obce ;-),
- moette (blog: Czemu Cię nie ma na odległość ręki...) - opowieści o życiu pisane niekiedy w postaci listów do nieżyjącego Synka,
- Devon (blog: Ink in my coffee) - blog autorki książek, urzekł tytułem, urzekł wyglądem, urzeka niekiedy treścią,
- medycy pisujący na blogu zbiorowym o nazwie M. D. O. D. - tak jak i tytuł, blog ten to twór dziwaczny odkryty niedawno; autorstwa osób związanych z zawodem: lekarz, które prawdopodobnie starają się uzmysłowić czytelnikowi, jak wygląda prawdziwe życie lekarza/ratownika medycznego oraz z czym i z kim musi on mieć styczność...

Zadanie wykonane, kolejnych 5 blogów wypromowanych!
A na marginesie: WESOŁEGO DNIA BLOGA! Bo inne życzenia nie przychodzą nam do głowy...


30 sierpnia 2008

różowe paputki, czyli wymuszona hipokryzja... ech...

* uwaga: post nacechowany emocjonalnie

Wchodząc do sklepu sieci SMYK Porankowa Mama zastrzegła, że nie zamierza go opuścić nie mając w ręku paragonu poświadczającego zakup jakiegokolwiek obuwia domowego dla Porankowej Panienki. Koniec bieganiu boso po domu! Jesień idzie, robi się coraz chłodniej, a mając w domu małego stwora, jakim jest Porankowa Panieneczka, nie można sobie pozwolić na choćby najmniejszy katar. Porankowa rodzina wmaszerowała więc do sklepu z mocnym postanowieniem: kupić papcie, jakiekolwiek, nawet w formie tenisówek, ale papcie.
Wybór był olbrzymi - cała ściana sympatycznych tenisóweczek (innych papcio-podobnych nie było w ofercie) w rozmiarach dziecięcych, czyli - jak można przypuszczać, także dla Porankowej Panienki.
Jako pierwsze odpadły wszystkie butki w rozmiarach poniżej 25 oraz powyżej 26 - ze ściany sympatycznych tenisóweczek zostały więc trzy rzędy butów...
- Ok, to co my tu mamy? - westchnęła Porankowa Mama i sięgnęła po parę granatowych tenisówek. - Przymierzać! - wybrała parę w rozmiarze 25 i podała zainteresowanym, czyli Porankowemu Tacie i Porankowej Panience.
- A nie ma większych? - padło w odpowiedzi. - Bo te takie ciasnawe w przegubie.
- Ok, to przymierzać te. Mają inny rzep. Powinna noga wejść - Porankowa Mama ze smutkiem ogarnęła wzrokiem rząd tenisówek, którego pod uwagę przy zakupie brać już nie będzie i podała zainteresowanym parę zielonych tenisówek z całkiem wygodnym zapięciem - Te muszą być dobre, bo innych tu nie ma, a coś kupić musimy!
- Jesteś pewna? - zapytał podejrzliwie Porankowy Tata.
- No chyba nie chcesz jej kupić odblaskowo-różowych kapci, co? A innych tu nie ma. Więc albo zielone, albo.. Nie ma innego albo!
- Dawaj różowe, bo ja tych nie kupię. Widziałaś, co mają wyszyte z przodu?
Porankowa Mama dopiero wtedy spojrzała uważnie na kapcie, które - swoją drogą pasujące na nogę Porankowej Panienki - miały wyszyste na przedzie: HYPER FORCE (czy coś takiego) a zaraz obok wielką trupią czaszkę.
- No żesz cholera, półtorarocznemu dziecku trupiej czachy nie założę! Ba, w ogóle dziecku trupiej czachy nie założę! Odbiło im? To zupełnie, jak z MiniMini - bajki bez przemocy, a Rumcajsa chcą rozstrzelać! Tenisówki, które aż namawiają do agresji i kłaniają się ciemnym mocom! - Porankowa Mama w przypływie negatywnych emocji zaczęła głośno marudzić.
- Dawaj te różowe... Nie ma wyjścia...
No właśnie. I w ten oto sposób, dzięki uprzejmości producentów, którzy widocznie nie myślą przy produkcji tenisówek, Porankowa Panienka została uszczęśliwiona tenisówkami domowymi w kolorze *%&$&% różu z cudnym napisem LOVE (patrz zdjęcie). Porankowa Mama zaś co dzień przeżywa katusze, bo jakkolwiek kolor różowy brzydki nie jest, są pewne jego odcienie, które ją baaaardzo frustrują i których nadmiar nie jest mile widziany w porankowym domu.
No ale, nie było wyjścia..
.

25 sierpnia 2008

porankowe Alternatywy - część I

Kwestia porankowej windy znów aktualna! A już była nadzieja, że problemy z windą to przeszłość.

Zaczęło się niewinnie, od remontu elewacji...

Porankowy blok, jak na 10 piętrowego kolosa z lat 70 przystało, urodą nie grzeszy. Dlatego też jakiś czas temu postanowiono przeprowadzić kilka prac remontowych w celu upiększenia jego facjaty. Rozstawiono rusztowania, przyklejono styropian i pomalowano szkaradztwo na kolory nie rzucające się w oczy. Przez kilka miesięcy porankowy blok był "tym ładniejszym" z dwóch, które stoją przy tej samej ulicy. Po kilku miesiącach sąsiedni blok także poddano zabiegom upiększającym, w efekcie czego porankowy blok stał się "tym brzydszym" - szczególnie, że idąc po kosztach pomalowano go jakąś badziewną farbą, która po dwóch sezonach straciła swój kolor, ech...
Dwa sezony starczyły nie tylko na to, by blok stracił kolor. Starczył też na to, by z balkonów zaczął odpadać tynk, a z balustrad zaczęła odłazić farba... Usterek nie dało się nie zauważyć, więc do końca kwietnia mieszkańcy porankowego bloku zostali zobowiązani do ich spisania celem przedstawienia firmie remontującej, która miała owe usterki usunąć w ramach gwarancji. I tak też zrobili.
Minął kwiecień, maj, czerwiec i lipiec. Pod koniec lipca na tablicy informacyjnej w bloku zawisła kartka, że w ten i ten piątek o 15:30 pojawi się w bloku ekipa remontująca i będzie usterki usuwać, w związku z czym porankowi mieszkańcy są proszeni o wpuszczenie robotników do mieszkań (sic!). Kartka ta zawisła na półtora tygodnia przed terminem wizyty panów robotników.
Tuż przed pierwszym wtorkiem sierpnia do mieszkania porankowej rodziny zastukała Pani Jaminkowa i oznajmiła, że wybiera się na zebranie Rady Porankowego Bloku (zebranie odbywa się w każdy pierwszy wtorek miesiąca), by wyrazić swój sprzeciw odnośnie remontownia elewacji "z mieszkań a nie z rusztowania" i dobrze radzi porankowym rodzicom, by ci także taki sprzeciw wnieśli. Fakt, w całym zabieganiu związanym z pojawieniem się Porankowej Panieneczki porankowi rodzice w ogóle nie pomyśleli, że absurdem jest remontowanie balkonów bez ustawiania rusztowania! Porankowa Mama widziała już oczami duszy swej półnagich robotników o wątpliwie przyjemnym zapachu, biegających po jej mieszkaniu, rzucających niecenzuralnymi słowami, przenoszących wiadra, gips i farby nad głowami Porankowych Kobietek i roznoszących kurz i pył. Co to to nie! Porankowy Tata został oddelegowany na zebranie Rady Porankowego Bloku celem wspomożenia sprzeciwu Pani Jaminkowej sprzeciwem porankowej rodziny. O godzinie 19:55 ubrał się więc gustownie i poszedł do piwnicy - miejsca spotkań Rady...

Minęła godzina, potem druga... Porankowa Mama wykąpała Porankowe Kobietki i położyła je spać, a Porankowy Tata jak nie wracał tak nie wracał...
- "żyjesz?" - wysłała małżonkowi sms'a Porankowa Mama (swoją drogą, sms'a durnego w swej treści, bowiem, jakby Porankowemu Tacie coś się faktycznie stało, to by i tak nie odpowiedział), gdy zaczęła się martwić jego długą nieobecnością
- "tak, mamy burzliwą dyskusję. zapisz: piątek o 17" - odpowiedział po chwili Porankowy Tata.
Porankowa Mama zapisała więc posłusznie tajemniczą datę i czekała nadal.
Porankowy Tata w końcu wrócił wzburzony i zmęczony zarazem, po czym w progu oznajmił:
- Ponoć nasza winda kopie prądem, wiedziałaś? Kopnęła tego chłopaka z 10 piętra...
- Jak kopie? Prądem? Będą ją wymieniać?
- Trudno rzec, przeszło bez echa, bo Pan Mucha stwierdził, że ten z 10 jest bardzo gruby i się źle ubiera, dlatego go kopnęła, bo tak w ogóle to z windą jest ok... (sic!) - odpowiedział Porankowy Tata powodując wzburzenie krwi w układzie krwionośnym Porankowej Mamy - A w piątek o 17 będzie spotkanie z ekipą remontową. Mamy im sami powiedzieć, że mają stawiać rusztowania.

No i w ten sposób temat windy wrócił niczym bumerang zostawiając elewację w tyle...

koniec części I

21 sierpnia 2008

w pogoni za królikiem

Zaufany sąsiad to dobra rzecz. Człowiek wyjedzie na wakacje - sąsiad kwiatki podleje, mieszkania popilnuje, nakarmi pozostawionego bez opieki zwierzaka, odbierze pocztę czy wyrzuci zalegające pod drzwiami sterty reklam. Porankowi rodzice takim sąsiedzkim zaufaniem zostali ostatnio obdarzeni. Dziś rano więc, Porankowy Tata wyruszył w kierunku znajdującej się niedaleko działki Porankowych Sąsiadów w celu nakarmienia pozostawionego tam na czas ich nieobecności królika.
Po jakimś czasie od wyjścia Porankowego Taty i Porankowej Panienki rozdzwonił się telefon Porankowej Mamy.
- Słuchaj, jesteśmy na działce ale królika tutaj nie ma - odezwał się w słuchawce lekko skonsternowany Porankowy Tata.
- Jak nie ma? Jesteś pewien? Musi być, bo go zostawili.
- No nie ma, sprawdziliśmy całą altankę. Jakby był to by go było widać...
- Albo czuć, jakby zdechł... - dodała Porankowa Mama. - Sprawdzałeś ogród?
- Przecież go nie zostawili na otwartej przestrzeni! A może go ktoś zabrał?
- Jasne, ukradli królika. Są ślady włamania? A może uciekł?
- Przez zamknięte okno? Nieee...
Konsternacja była coraz większa. Porankowi rodzice próbowali wczuć się w rolę królika i ustalić, gdzie mógł się podziać... Porankowi Sąsiedzi wyraźnie przecież mówili, że dają klucze na działkę, jakby porankowa rodzina chciała sobie tam posiedzieć i odpocząć, przy okazji karmiąc królika. Porankowy Sąsiad dał dokładne instrukcje, gdzie zostawił ziarenka, gdzie są warzywa i gdzie jest królik. Choć raczej, gdzie powinien znajdować się królik, bo tam gdzie miał być go nie było. Hmmm...
Koło południa Porankowy Tata zadzwonił po raz wtóry, tym razem z nieco lepszymi wiadomościami, bowiem królika znalazł.
- Siedział w łazience.
- Zamknęli go w toalecie? Ludzie drodzy - skwitowała kwestię Porankowa Mama.
- Ale ta łazienka jest całkiem duża. No i stał tam w klatce. Na szczęście, bo już myślałem, że go ukradli.
- Pół biedy, jakby ukradli, bo ja już miałam wizję, że zdechł. A to by dopiero było, bo by zdechł pod naszą opieką.
Swoją drogą, aż dziw bierze, że królik nadal żyje, bo Porankowa Mama na jego miejscu dostałaby ataku serca na sam widok Porankowej Panienki. Nie tak dawno bowiem Porankowa Panienka obrała sobie za cel życiowy złapać królika i dokładnie mu się przyjrzeć... Tak, zdecydowanie królik powinien się jej bać.

(na zdjęciu: Porankowa Panienka w pogoni za królikiem...)

8 sierpnia 2008

a jak alergia

Pierwszy dzień upałów: Porankowa Panieneczka ma twarz w potówkach.
Drugi dzień upałów: Porankowa Panieneczka ma twarz w potówkach.
Pierwszy dzień chłodu: Porankowa Panieneczka ma twarz w potówkach.
x dzień chłodu: Porankowa Panieneczka ma twarz w potówkach... hę?
- Urszulo, Ty mi nie mów, że masz na coś uczulenie, kobieto!
I w ten oto sposób rozpoczął się kolejny rozdział pod tytułem "Welcome back alergio nie wiadomo na co". Póki co zwycięzcą w konkursie na alergen jest mleczko do prania Lovela. Dwa razy Porankowa Mama użyła tego mleczka do wyprania ubranek dziecięcych, gdy skończył jej się Jelp a w okolicznych sklepach nie można go było kupić.
Konkurencją dla Loveli jest... mleko krowie, które Porankowa Mama bardzo lubi i nie ukrywa, że spożywa. Innych pomysłów póki co brak, choć porankowa rodzina rozważa także opcję: uczulenie na starszą siostrę. Bo oto Porankowa Panienka tak upodobała sobie Porankową Panieneczkę jako towarzysza zabaw, że nie może przejść do porządku dziennego nad tym, że młodsza siostra śpi, podczas gdy ona nie. Wstając z łóżka rano zamiast się przywitać krzyczy: Uła, Uła! i radośnie zagląda do koszyka, gdzie owa Uła powinna leżeć. Stwierdziwszy z niesmakiem, że Uła śpi, postanawia o tym głośno poinformować domowników drąc się biednemu dziecku do ucha: Mamaaaa! Uła! Tataaaaa! Uła!
No i Uła zaczyna się budzić... niezależnie od tego, czy jest wyspana czy nie. A potem to nic tylko sobie duuuuuża kawę Porankowa Mama musi zrobić, bo w chwili, gdy słychać ziewnięcie budzonej Porankowej Panieneczki, Porankowy Tata zamyka za sobą drzwi i udaje się do pracy, a Porankowa Panienka z uśmiechem na twarzy godnym szelmy mówi półgłosem: Ułłłłłaaaaa... No i się zaczyna... Można się na coś takiego uczulić będąc permanentnie niewyspaną Ułą?

A na marginesie - coraz częściej porankowym rodzicom zadawane jest pytanie: dlaczego Porankowa Panieneczka ma na imię Urszula Zuzanna? Najprostsza odpowiedź, wcale nie niegrzeczna, brzmiałaby: bo nie ma na imię Zuzanna Urszula ani Emilia Anna ani Małgorzata Róża. Szczera prawda. Poszukiwania odpowiedniego imienia zakładały od początku, że dziecię będzie nosić dwa imiona pasujące do charakteru porankowej rodziny i zarazem pasujące do obecnej już w domu Elżbiety Wiktorii. Miały to być także imiona świętych - imiona, które będą determinować charakter nowego członka rodziny i zapewnią mu odpowiedniego patrona. Poszukiwania zostały przez porankowych rodziców uwieńczone wyborem trzech imion wymienionych powyżej, z czego: Zuzanna odpadła, bowiem Zuz aktualnie rodzi się na pęczki i Porankowa Mama miała przed oczami listę obecności w szkole, w której połowa klasy to Zuzanny, a druga to Julie; Małgorzata odpadła, bo porankowi rodzice imienia tego "nie czuli" - nie mogli sobie za diabła wyobrazić własnego dziecka, do którego będą mówić Gosia. A Emilia... cóż, Emilia była prawie pewna, ale przeważyła tu kwestia rodzinna, bowiem reakcje rodziny na hasło: będzie Emilka, były dość oryginalne.
- Emilka, ładnie, ale czemu nie... (tu wstawić różne Kunegundy i takie tam).
- Emilia... hmmm... To będziemy wołać: Emila!!!! Do drewutni!!!
- Emilia - ładne imię ale źle się kojarzy. Znałam Emilię, ale brzydko pachniała. (sic!)
- No nieeee... Emilia? Nieeee... Zuza była lepsza.
Jak można było obarczyć dziecko takim imieniem?
Urszula zatem wzięła się stąd, że:
1. od początku się przewijała jako drugie imię,
2. porankowi rodzice uznali, iż babcia Porankowe j Mamy, Urszula właśnie, miała "odpowiedni' charakter i nadanie dziecku tego samego imienia zapewni mu cechy, które przydadzą się w sytuacji "bycia młodszą siostrą",
3. porankowi rodzice uznali także, że św. Urszula męczennica będzie odpowiednią patronką ich dziecka.
Brzmi logicznie?
A co do Elżbiety Wiktorii... skojarzenia królewskie nie są przypadkowe. :-D