Porankowy INSTAGRAM

31 sierpnia 2007

dzień Bloga 2007

Jak obiecywaliśmy jakiś czas temu, dziś - z okazji Dnia Bloga - ujawniamy, co się czytuje w porankowym domu!
Zacznijmy jednak profesjonalnie, od wyjaśnienia, czym jest blog. Otóż, jak podaje encyklopedia dla leniwych, czyli Wikipedia, blog jest to:

Blog (od ang. weblog — sieciowy dziennik, pamiętnik) — rodzaj strony internetowej, na której autor umieszcza datowane wpisy, wyświetlane kolejno, zaczynając od najnowszego. W Polsce istnieje prawie 2,5 miliona blogów, z czego ponad połowa znajduje się na serwerach powiązanych z Onetem - blog.onet.pl, blog.tenbit.pl i blog.pl.

Blogi zazwyczaj posiadają system archiwizacji wpisów, możliwość komentowania wpisów przez czytelników, a także zestaw linków (tradycyjnie umieszczany w bocznej kolumnie): do blogów polecanych przez autora (tzw. blogroll) i innego rodzaju stron WWW. Ogół blogów, traktowany jako medium komunikacyjne, określa się czasem mianem "blogosfery". (...)

Blogi najczęściej mają osobisty charakter i służą jako internetowe pamiętniki. Takie blogi zawierają osobiste przemyślenia, uwagi, komentarze, rysunki, a nawet nagrania, przedstawiając w ten sposób światopogląd autora. (...)

Zgodnie z inicjatywą zaczerpniętą na blogday.org, Dzień Bloga przypada na 31 sierpnia. Tego dnia każdy blogger ma za zadanie napisać wpis a w nim opisać 5 jego zdaniem najciekawszych blogów, które czytuje. Jednak niewielu polskich bloggerów zna i praktykuje ten zwyczaj.

Tyle teorii. Czas na konkrety.
Blogi czytane są w porankowym domu stosunkowo od niedawna. I przyznać szczerze należy, że czytuje je głównie Porankowa Mama, choć niekiedy czyta je na głos tak, by Porankowy Tata mógł się z nimi zapoznać na tyle, by potem wiedzieć, o czym opowiada Porankowa Mama.
Obecnie, lista blogów w zakładce przeglądarki jest na tyle długa, że porankowy komputer głupieje, jak ma otworzyć je wszystkie. Są tam blogi zarówno polskie, jak i zagraniczne, blogi osób znanych i nieznanych. Trudno wybrać 5 najciekawszych, ale jako że tak nakazuje tradycja Dnia Bloga, oto zwycięska 5:

  1. kategoria ZWYCZAJNE-NADZWYCZAJNE: Wawrzyniec Prusky - jest TO blog, który wygrał konkurs na najlepszy blog 2005 (oczywiście w Polsce), a zarazem blog, który pojawił się w porankowym domu jako pierwszy. Blog opowiada dzieje Wawrzyńska i jego rodziny, czyli MŻonki, Dziedzica i Potomki. Lekki, łatwy i przyjemny. Szczególnie zapadła nam w pamięć opowieść o tym, jak Wawrzyniec głowił się nad tym, jaki dźwięk wydaje żyrafa, by móc odpowiednio zaprezentować go Dziedzicowi podczas czytania książki.
  2. kategoria ZNANI LUDZIE: Dziennik Krystyny Jandy - Porankowa Mama zapałała miłością do książki pani Jandy Różowe tabletki na uspokojenie, co zaowocowało pojawieniem się w porankowym domu bloga/dziennika Jej autorstwa. Wpisy mniej lub bardziej regularne zmuszają niekiedy do myślenia, niekiedy porażają też szczerością. Tematyka przeróżna: teatr - polityka - dom. Samo życie. Co tu dużo opowiadać - kobieta z klasą, blog z klasą.
  3. kategoria DZIENNIKARSKIE: Z pamiętnika młodej kucharki - blog autorstwa Szymona Hołowni, którego cenimy za trafne oceny i lekkość wypowiedzi. Treść postów zawsze zmusza do refleksji i dotyczy aktualnych wydarzeń. Nie ukrywamy także, że odpowiada nam światopogląd pana Hołowni.
  4. kategoria BLOGUJĄCA MAMA: Ramblings of a suburban soccer mom - blog Lary ze Stanów, na który natrafiliśmy przypadkowo, ale nie żałujemy. Blog opisuje życie z czwórką dzieci, psem i zapracowanym mężem. Smaczku dodaje fakt, że blogująca pani domu jest pisarką i w międzyczasie usiłuje pisać. Czyta się cudownie i choć Lara zabroniła czytania archiwum, Porankowa Mama już przedarła się przez pierwsze dwa miesiące postów. Blog jest anglojęzyczny.
  5. kategoria NIECO ARTYSTYCZNIE: One day at a time - autorką jest Lynda Walldez, która nie dość, że pisze szczerze o sobie i swoim życiu, to jeszcze okrasza to pięknymi zdjęciami swojego autorstwa. Blog zawiera dużo ciekawych linków i stanowi niezłą inspirację dla początkującego bloggera, jakim jest Porankowa Mama.

Pięć blogów w pięciu kategoriach (kategorie ustaliliśmy sami, żeby mieć punkt odniesienia). Trudno było wybrać, ale się udało. Ograniczenie liczby nie oznacza bynajmniej, że blogów wartych czytania nie ma więcej! Sieć jest nieskończenie pojemna i każdy znajdzie coś dla siebie. A jeśli nie chce Wam się szukać, może spróbujecie zacząć blogować sami? Wierzcie nam, że warto. A o tym, dlaczego warto, napiszemy w następnym poście.
Szczęśliwego Dnia Bloga!

29 sierpnia 2007

opowieść o bezpiecznikach - część I

Prawie jesienny dzień sprzyja opowieściom, więc dziś opowieść o tym, jak to Porankowa Mama spaliła główny bezpiecznik, a potem użerała się z administracją i energetyką... Opowieść jest długa, ale została podzielona na części. Mimo to zalecane jest przygotowanie popcornu i wygodne usadowienie się.

We wtorkowy ranek, jak to zwykle w porankowym domu bywa, Porankowa Mama suszyła włosy pod bacznym okiem Porankowej Panienki, która na widok suszarki dostaje małpiego rozumu. Była godzina 9:00, co oznaczało, że do wizyty w poradni dziecięcej zostało zaledwie 3,5 godziny, a do wizyty długo oczekiwanych gości nieco ponad 7 godzin.
(Dygresja wyjaśniająca i wprowadzająca w temat: w porankowym domu wymieniona została niedawno cała instalacja elektryczna, co zaowocowało pojawieniem się rzeszy bezpieczników / tzw. korków, z których to każdy jest odpowiedzialny za co innego. Porankowa rodzina posiada więc bezpiecznik dla pralki, dla zmywarki, dla ewentualnej płyty grzewczej w kuchni, dla świateł w pokojach, dla kontaktów przy podłodze itd., itp. Do tego, niedawno wymieniono cała instalację elektryczną w bloku - czyli instalację doprowadzającą prąd do mieszkań, a to z kolei zaowocowało pojawieniem się kolejnych trzech korków na tablicy w mieszkaniu (nazwano je "drugim zabezpieczeniem") oraz pięknych automatycznych korków na tablicy na klatce schodowej.)
Wracamy do wydarzeń wtorkowych. Była 9:00 i Porankowa Mama z uśmiechem na twarzy suszyła włosy. Wysuszyła, uczesała i postanowiła schować suszarkę. Chwyciła więc za wtyczkę, wyciągnęła ją z kontaktu i wtem, niespodziewanie, wydostał się z niego błysk, coś strzeliło i tyle porankowy dom widział, bo nagle zrobiło się ciemno. Porankowa Panienka osłupiała, ale nieźle się ubawiła, Porankowa Mama się przeraziła i kopnięciem odsunęła leżaczek dziecięcia z ewentualnego pola rażenia wybuchowego kontaktu, a Porankowy Tata zapytał: "Co zrobiłaś?" (pominiemy fakt, że nie zapytał, czy małżonka jest cała i zdrowa). Wysłuchawszy wyjaśnienia udał się w kierunku tablicy z korkami, stwierdził, że było spięcie i korek wyskoczył, pchnął go na miejsce i uznał, że sprawa jest załatwiona, a następnie skierował kroki do kuchni chcąc dokończyć poranną kawę.
- Jak dobrze, skoro nie jest dobrze? - zapytała Porankowa Mama.
- Co nie jest dobrze? - odpowiedział pytaniem na pytanie Porankowy Tata.
- Nie jest dobrze to, że po włączeniu korka nie świeci się światło w łazience.
- A świeciło się?
- Tak. I powiem ci coś jeszcze - nic się nie świeci. - skwitowała prawie jak Kononowicz Porankowa Mama (przy czym wiemy, że prawie robi wielką różnicę).
- Cholera - skwitował prawie jak każdy Polak Porankowy Tata i udał się na oględziny kontaktu, korków i urządzeń elektrycznych w porankowym domu, które zamarły po niespodziewanym błyśnięciu w kontakcie w łazience. Bacznie się im przyjrzał i doszedł do wniosku, że nie wiedzieć dlaczego padł główny bezpiecznik na klatce schodowej.
- Cholera - przytaknęła Porankowa mama, a Porankowa Panienka nadal miała ubaw, bo nie łapał, o co biega. Porankowy Tata wyszedł zaś na klatkę schodową dokonać oględzin głównej tablicy z bezpiecznikami. Okazało sie jednak, że tablica jest zamknięta i wymaga jakiegoś tajemnego kluczyka...
- Dobra, ubieram się i idę na górę do dziadka (wyjaśniam: na górze, czyli na 10 piętrze mieszka dziadek, który nie jest dziadkiem porankowej rodziny, lecz gospodarzem domu, a przynajmniej oficjalnie pełni taką funkcję, a dziadkiem go zwie porankowa rodzina z racji wieku - przy czym Porankowa Mama zwie go Muchą, bo wygląda jak much i działa też jak mucha w smole).
I Porankowy tata wyszedł... Chwilę później wrócił.
- I co? - zapytała Porankowa Mama.
- Twierdzi, że mamy dzwonić do energetyki, bo on nie ma uprawnień do wymiany bezpieczników.
- Jasne... - z powątpiewaniem stwierdziła Porankowa Mama. - A jesteś pewien, że mamy dzwonić do energetyki a nie do administracji? Ostatnio przecież dzwoniliśmy na ten alarmowy numer administracji.
- Mucha twierdzi, że do energetyki, ale mam go gdzieś, bo pewnie coś kręci. Dzwoń do administracji - oznajmił Porankowy Tata.
Porankowa Mama dodzwonić się nie mogła, bo telefon komórkowy uparcie twierdził, że nie ma takiego numeru. Ubrała się więc i zjechała na parter, gdzie wisi tabliczka z numerami do administracji. Na parterze spotkała panią, która sprząta klatkę schodową i wyłożyła jej całą sprawę. Pani również stwierdziła, że trzeba dzwonić do energetyki, bo to nie jest sprawa administracji (a że sama z tej administracji byłą, to wie, co mówi...). Porankowa Mama wróciła więc do domu i zadzwoniła do owej energetyki, jak jej kazali...

28 sierpnia 2007

ekspres porankowo-winny

Ze względu na to, że:
Porankowy Tata ma nadal urlop, ale ma humor wisielczy, a Porankowa Panienka pełza z prędkością światła i wyżera keramzyt z doniczek i do tego Porankowa Mama ma pisać doktorat, a pisze artykuł o ile ma czas, bo zazwyczaj go nie ma, a poza tym wczoraj spowodowała niechcący spięcie w instalacji elektrycznej, co spowodowało przepalenie głównego korka doprowadzającego energię do mieszkania, a to z kolei pociągnęło za sobą kilkugodzinną walkę z ENEĄ i wspólnotą mieszkaniową, która się nie zakończyła tylko przybiera na sile, a wszystko się rozchodzi o 29,04zł, które porankowa rodzina ma zapłacić za plombę na bezpiecznikach, a płacić nie chce, bo uważa, że to nie jej wina, że źle założono zabezpieczenia zewnętrzne, a do tego pewna Znajoma się obraziła, bo się za jej plecami człek (czyli Porankowa Mama) umawia z inną Znajomą, a potem oczekuje od tej pierwszej znajomej, że jej pożyczy Lesia Chmielewskiej, żeby miała do czytania, w czasie, gdy nie ma czasu (tzn. Lesio do czytania dla Porankowej Mamy, a nie, że Porankowa Mama ma pożyczyć), no i na to wszystko jeśli się dorzuci totalne zmęczenie i zamotanie umysłowe to...
... informujemy, że nie wiemy, kiedy znajdziemy czas na opisanie składnie i ładnie tego, co się dzieje w porankowym domu, więc póki co wybaczcie za brak postów.
A jeśli ktoś bardzo ciekaw, to niech dzwoni bądź przylezie - opowiemy znad kieliszka domowego winka, które właśnie popijamy, bo dziecię poszło spać wcześniej i nam się z życia też coś należy.
A przy okazji pozdrawiamy sąsiadów, którzy o 21:30 przybijają coś młotkiem w mieszkaniu nad nami. Winka? Oferujemy. Makabrycznie słodkie, ale pyyyyychota!

Z poważaniem,
Porankowa Mama w nastroju wybuchowym

p.s. wyjaśniam zatroskanym, że Porankowa Panienka wypiła ponad 220ml kaszki na noc plus 120ml herbatki uspokajającej, po tym, jak zasnęła na stojąco w wannie, a przedtem spać nie chciała, więc summa summarum nie zamierzam jej karmić w najbliższym czasie i dlatego spożywam z radością kieliszek domowego wina - inaczej nerwy mi puszczą i będzie klops.
Bonne nuit à vous toute!

24 sierpnia 2007

kiedy kot w domu... czyli urlop

W Porankowym domu święto, bowiem Porankowy Tata rozpoczął w poniedziałek URLOP!!! Dwutygodniowy urlop! Porankowa Panienka jest z tego powodu bardzo zdezorientowana - oto tata, którego widuje zazwyczaj rano po obudzeniu i popołudniu w czasie swoich zabaw, nagle kręci się po domu w każdym momencie dnia: podczas zasypiania, podczas obiadu, przy sprzątaniu i przy kąpieli...
Porankowy Tata ma urlop, więc zgodnie z przewidywaniem, Porankowa Mama nie ma czasu na nic - na pisanie bloga w obu wersjach językowych tym bardziej. O doktoracie nie wspomnimy w ogóle, choć Porankowy Tata zaczyna wydawać dyspozycje, by zarzucić pisanie czegokolwiek innego na rzecz zajęcia się pracą naukową... Porankowa Mama ma więc doła, bo nie może z siebie wykrzesać motywacji do pracy. W akcie desperacji wzięła i się przefarbowała na rudo. Farbą zmywalną, czyli pół roku potrzyma... W każdym razie dementujemy plotkę, jakoby Porankowa Mama się tak zablogowała, że już nie pisze nic na swoim blogu. Porankowa Mama nie ma teraz czasu nawet na czytanie obcych blogów. Ech, kot w domu, mysz harcować nie może... ;-)
Ale za to dobra wieść jest taka, że Porankowa Panienka zaczyna się samodzielnie przemieszczać. Póki co pełza z prędkością światła odpychając się jedną nogą. Wygląda to przekomicznie, ale jest skuteczne, bo dziecię dochodzi tam, gdzie chce. Problem w tym, że "tam gdzie ono chce" nie zawsze jest zgodne z tym, gdzie porankowi rodzice chcieliby, by poszło. A jak się dziecięciu coś nie podoba to zaczyna żałośnie szlochać i wzbudzać poczucie winy...
A tak na marginesie, Porankowy Tata w ramach relaksu od pracy czaruje w kuchni... Efekty są niesamowite i smakowite. Ktoś zna dobrą i skuteczną dietę? Bo jak tak dalej pójdzie to będzie nam bardzo potrzebna...

Na zakończenie zdjęcie strzelone Porankowej Panience na spacerze, prezentujące sposób, w jaki młoda dama podróżuje (jest to nowo odkryty sposób na to, by dziecię nie "wysiadało" z wózka, jak jest zmęczone i marudne - jeśli nie ma już siły, pada głową w poduszkę i zasypia, a do tego czasu bacznie ogląda świat). Widok ten powoduje, że każdy, kto nas mija, zaczyna się uśmiechać i wyrażać swój zachwyt nad urodą i bystrym spojrzeniem tego cudnego... chłopczyka...
Chyba czas kupić dziecku kokardki i przypiąć na kapelusiku. A na czole dać naklejkę: Jestem dziewczynką!!!


18 sierpnia 2007

Porankowa Mama się zablogowała - rzecz o internecie

Uzależnienia to ostatnio modny temat. Jak dotąd, Porankowa Mama nie myślała o sobie w kategoriach osoby uzależnionej, ale chyba najwyższa pora stanąć przed Wami i się przyznać: zaczynam być lekkim internetoholikiem. Tak kochani, Porankowa Mama jest coraz bardziej uzależniona od internetu, a w szczególności od blogów...
Zaczęło się niewinnie. Znajoma podesłała linka do bloga, o którym niedługo wspomnimy, jako że Dzień Bloga nadchodzi. Blog okazał się być super, więc w porankowym domu zaczęto go czytać codziennie. Potem Porankowa Mama wpadła na pomysł, że można zacząć prowadzić własnego bloga - jako że coraz trudniej jest jej pisać pamiętniki, które prowadziła nieprzerwanie od 1993 roku. Może trudno w to uwierzyć, ale Porankowej Mamie zdecydowanie łatwiej przychodzi przelać myśli na ekran komputera niż na kartkę papieru... Papierowe pamiętniki zostały więc zastąpione blogiem i elektronicznym dziennikomiętnikiem (połączenie dziennika z pamiętnikiem).
Blog się rozrastał i wymagał upiększania. Porankowa Mama przeszukiwała zatem zasoby internetowe w poszukiwaniu widgetów i innych takich. A że zaczęła uprawiać linking, wkrótce się okazało, że znalazła tonę ciekawych stron, które warto odwiedzić. Problem w tym, że czasu miała coraz mniej, bowiem Porankowa Panienka wymaga coraz więcej uwagi, więc liczba zakładek w przeglądarce rosła - zakładek, do których pewnego dnia Porankowa mama miała zajrzeć.
Niedawno Porankowa Mama postanowiła przejrzeć zawartość owych zaznaczonych stron i.. się zablogowała! Ludzie, każdy blog jest wart przeczytania, każdy ma ciekawe linki, na każdym chciałoby się zostawić komentarz... No i zjawisko, jakim jest meme (patrz wersja angielska bloga)... Przecież takich meme jest w sieci całe mnóstwo! I wybierz tu najciekawsze... Czasopochłaniacz!
Porankowa Mama nie daje rady wszystkiego czytać, ale też nie potrafi odejść od komputera. W efekcie spędza przy nim każdą wolną chwilę, którą ma, gdy Porankowa Panienka śpi. No i dzięki temu rośnie góra prania do prasowania, gazety nadal nie są przejrzane, a doktorat mchem porasta... Zorganizowana i uporządkowana Porankowa Mama ginie w chaosie!
HELP!!!
Muszę się ruszyć, muszę ugotować obiad, muszę posprzątać, muszę, muszę, muszę... bo dziecko się zaraz obudzi i będzie po ptakach!!!

16 sierpnia 2007

rzecz o słoiczkach, czyli bądź tu mądry

Nasza rewelacyjna pani doktor - pediatra, a już niedługo i lekarz rodzinny (pozdrawiamy ciepło!) - stwierdziła podczas ostatniej wizyty prawie 6 tygodni temu, że nic nie stoi na przeszkodzie, by Porankowa Panienka zaczęła spożywać względnie normalne jedzenie. Zasugerowała, by początkowo wprowadzić soczki, następnie owoce i warzywa, potem warzywa z mięsem, a na końcu kaszki. Zaznaczyła też, że najlepiej, by dziecię wystartowało od spożywania dań słoiczkowych, żeby mieć pewność, że są to dania przygotowane z dobrych produktów, a jeśli pojawi się alergia, by mieć pewność, że to alergia na dane warzywo/owoc, a nie na chemię w nim zawartą.
Plan wydawał się łatwy. Porankowa rodzina zaopatrzyła się więc w małe słoiczki z marchewką, jabłuszkiem oraz buteleczki z sokiem jabłkowym. Juniorka zajadała ze smakiem nie wykazując objawów alergii. Do menu wprowadzono więc dania dwuskładnikowe: jabłko z marchewką, marchewkę z ziemniakami, a jak nie było negatywnego odzewu na ziemniaki, dziecię dostało ziemniaki z dynią, marchewkę z ziemniakami i dynią itd... No ale jak długo można się żywić marchewką, ziemniakami i jabłkiem (pomijam tu kwestię soczków i kaszek, bo rzecz dziś o słoiczkach)? Porankowa Panienka dostała zatem kurczaka, indyka, cielęcinkę i królika - wszystko w wydaniu słoiczkowym, oczywiście - które jej bardzo zasmakowały, tak że teraz nie che już jeść samych warzyw...
Wracając jednak do meritum, Porankowa Mama obserwując żarłoczność swojego dziecka i z radością odnotowując, że nie widać alergii na jedzenie, a także dbając o finanse rodziny, postanowiła wbrew zaleceniom lekarza gotować czasem obiadki samodzielnie. Porankowa Panienka zjada je z chęcią, Porankowa Mama jest zadowolona i ogólnie wszyscy są szczęśliwi. W czym więc rzecz?
Otóż od czasu do czasu, porankowi rodzice - chcąc sprawić dziecku przyjemność i dorzucić nowy smak - wybierają się na słoiczkowe zakupy. Wydawać by się mogło, że wybór jest duży i łatwo można kupić danie odpowiadające wiekowi i gustom młodego smakosza. Wydawać by się mogło, ale tak nie jest. I jak zwykle wszystkiemu winna Porankowa Mama i jej nałóg czytania etykietek.
Gdyby jednak Porankowa Mama etykietek nie czytała, a Porankowa Panienka nie daj Boże na coś się uczuliła, nikt nie wiedziałby, co jest alergenem. Któż bowiem, kupując marchewkę ze słodką kukurydzą, podejrzewa, że danie to zawiera zielony groszek? Albo że marchewka z ziemniakami to przede wszystkim ryż? Albo że zupka jarzynowa polskiej produkcji robiona jest na bazie soi i zawiera cebulę?
Ze słoiczkami jest problem jeszcze jeden. Każda firma ma inną rozmiarówkę. I tak, dla dzieci w okolicach 5-6 miesiąca życia słoiczki obiadowe zawierają z reguły 190g posiłku. Ale spotkać też można słoiczki 125g. I skąd mamy wiedzieć, ile powinna zjeść nasza mała baba? Kupujemy te większe...
Wczoraj zaś słoiczek z delikatnym rosołkiem z cielęciny z ryżem (bo w końcu Porankowa Panienka ów ryż jada i jak dotąd nic jej po nim nie jest) wprawił Porankową Mamę w zadziwienie innego typu. Ładnie wyglądający rosołek po przelaniu do miseczki do złudzenia przypominał konsystencją krupnik. Porankowa Mama zwątpiła i sprawdziła jeszcze raz, jakie jest wskazanie producenta, co do wieku odbiorcy dania. Na słoiczku wyraźnie widniał napis: od 5 miesiąca. Porankowa Mama zerknęła na zawartość miseczki, zerknęła na dwa zęby Porankowej Panienki i jakoś nie umiała sobie wyobrazić, że tymi dwoma jedynkami można pogryźć cały ryż i kawałki warzyw. Pech chciał, że Juniorka załapała, iż pełna miska oznacza jedzenie i głośno wyraziła swoje zainteresowanie w tej materii. Porankowa Mama eksperymentalnie nabrała rosołokrupnik na łyżeczkę i wsunęła w otwartą paszczę niemowlaka czekając z pewną taką nieśmiałością aż obiad wyląduje na jej twarzy. Porankowa Panienka wpierw się otrząsnęła, ale po chwili przełknęła porcję zupki i rozdziawiła buzię oczekując dalszego jedzenia. Pochłonęła słoiczek w 10 minut i wydawało się, że wszystko jest w porządku.
Wieczorem nie mogła jednak zasnąć. O 2:00 obudziła się z płaczem i pieluchą załadowaną po brzegi. Do 5:00 rzucała się w łóżeczku walcząc z odbijającą się zawartością żołądka. Rano załadowała po raz kolejny pieluchę oddając światu rosołek w niezmienionej postaci. Od tej pory jest dość niespokojna i marudna, nie chce spać (a powinna już zaczynać swoją drugą drzemkę dzienną) ani jeść. Porankowa Mama zwala winę na słoiczek, a raczej na jego konsystencję i domaga się informacji, co takiego było w zawartości zupki, o czym producent zapomniał wspomnieć?

Z nowości dodamy jeszcze, że od wczoraj Porankowa Panienka samodzielnie wstaje bez pomocy osób trzecich, choć z pomocą swojego leżaczko-bujaczka... Nadchodzą ciężkie czasy...

14 sierpnia 2007

linking leworęcznego wykształciucha z gwoździem

Porankowa Mama zaczęła się dezorganizować. Totalnie nie może się z niczym wyrobić i szczerze powiedziawszy, gdyby nie wczorajsza wizyta Porankowego Taty Brata Młodszego vel Szwagra to nie byłoby obiadu. Człowiek ten uratował sytuację dzielnie przejmując stery nad garnkami i serwując kociołek pysznego jedzenia, którego starczy na dwa dni dla całego wojska. W podzięce spędził miły wieczór na generalnej wyżerce słodkości z lodówki. A że porankowi rodzice w wyżerce uczestniczyli, dziś w porankowym domu dzień wielkiej diety, a waga ma zakaz pokazywania się.
Skoro zaś o "dniach" mowa - Porankowa Mama miała wczoraj swoje święto. Jak się bowiem okazuje, 13 sierpnia jest Międzynarodowym Dniem Osób Leworęcznych! (Wybaczam brak życzeń :-) Porankowa Mama odrobiła lekcje i poszperała w sieci w poszukiwaniu wieści o obchodach tego dnia, a teraz ciężko się zastanawia, czy aby na pewno powinna się z tą swoją leworęcznością ujawniać, bo wyczytała, że leworęczni to największa mniejszość na świecie, a z tolerancją dla mniejszość w naszym kraju różnie bywa...
Wracając jednak do dezorganizacji Porankowej Mamy, jest ona efektem powiązania dwóch czynników: Porankowej Panienki, która jest bardzo absorbująca i rozwija się w ekspresowym tempie, oraz niezbadanych zasobów internetowych.
Porankowa Panienka odkryła, że świat jest ciekawszy z perspektywy stojącej i ambitnie odmawia leżenia i siedzenia. Ba, Porankowa Panienka odkryła, że jeśli się porusza nogami, pozycja stojąca jest jeszcze ciekawsza, bo można się przemieszczać. Szkopuł w tym, że Porankowa Panienka nie potrafi jeszcze sama stać (tzn. jeśli się ją ustawi przy czymś to się trzyma i stoi sama, ale trzeba ją asekurować), a o samodzielnym chodzeniu mowy tym bardziej nie ma. Dziecko jest jednak inteligentne i znalazło sobie łosia, a raczej dwa łosie, które służą za trzymacze, pchacze i takie tam ułatwiacze do siadania, wstawania i chodzenia... Porankowa Mama robi więc za łosia i o wykonywaniu w ciągu dnia jakiejkolwiek innej czynności mowy nie ma.
Jeśli jednak jakimś cudownym trafem uda się dziecię uśpić na pół godzinki, Porankowa Mama, chcąc odparować mózg, dopada zazwyczaj do komputera w celu sprawdzenia poczty i wysłania tony wiadomości do członków rodziny i znajomych, a także sprawdzenia nowości na forach internetowych, w których się udziela oraz na blogach, które czytuje. No a jak do tych blogów dotrze, to... uprawia linking, Linking to porankowy neologizm, który określa sposób surfowania po sieci - od linku do linku. Czyli Porankowa Mama trafia na jakąś stronę (najczęściej bloga), czyta, a potem sprawdza, jakie linki się tam znajdują i przechodzi na kolejna stronę, którą przegląda i szuka linków... I tak potrafi jej zlecieć cenny czas. Głupota totalna, do której się niniejszym przyznaję. Dzięki linkingowi jednak na porankowym blogu pojawił się chociażby Meez, który też jest pochłaniaczem czasu... Kółko zamknięte.
Skoro jednak mowa o odkryciach poczynionych dzięki linkingowi, warto zwrócić uwagę na stronę passive-agrresive notes.com (wybaczcie, ale znów dla anglojęzycznych) - strona bardzo inspirująca, a traktująca o tym, w jaki sposób można komuś "delikatnie", acz stanowczo i dosadnie powiedzieć, że to, co robi, nam się nie podoba. Przy okazji można się czasem dobrze pośmiać. Kolejną stroną (bardzo aktualną w tytule ;-D) są rozmowy podsłuchane w Chicago - jak sama nazwa mówi, są to zapisy prawdziwych dialogów, które ktoś gdzieś usłyszał.
To tak w ramach naciąganego usprawiedliwienia się i uzasadnienia, że linking ma swoje dobre strony...

A co poza tym? Tych, którzy ciekawi są wieści z frontu porankowego informujemy, że w ciągu ostatnich dni:

  • Porankowej Panience dokucza rosnąca dolna dwójka, więc jest mega marudna i właściwie nic jej nie pasuje prócz smarowania dziąseł Calgelem, który chyba jej smakuje, bo w dużej mierze go zjada...
  • Porankowa Mama nadal nie posprzątała porankowego gabinetu, mimo że wywaliła większość rzeczy z szafek... Efekt opłakany wpływa tragicznie na jej samopoczucie.
  • Porankowy Tata miał trzy dni wolnego, co przekłada się na trzy dni totalnego chaosu w funkcjonowaniu Porankowej Mamy. W poniedziałek Porankowy Tata zaczyna dwutygodniowy urlop, więc trzymać kciuki... A przy okazji informujemy, że w ramach dwutygodniowego urlopu planujemy odwiedzić dawno nieodwiedzanych znajomych. Zaczynamy negocjacje - jeśli ktoś się chce z nami spotkać, nich da znać! Kalendarz otwarty!
  • Porankowa Mama upiekła kolejny tort - tym razem podwójny biszkopt z kremem maślanym... Tort wzorowany był na torcie Marthy Stewart i mówiąc szczerze, udał się, ale furrory chyba nie zrobił, bo odbiorcy byli dość powściągliwi w wyrażaniu emocji... Fotka być może pojawi się na blogu. Fotka tortu, nie odbiorców tortu, oczywiście. Dodać jeszcze trzeba, że ozdabianie tortu to tylko pozornie prosta rzecz...


I jeszcze jedno. Porankowa Mama informuje, że chcąc być w zgodzie z obowiązującymi trendami, nosi w torebce gwóźdź, co to nie jest gwoździem dosłownie, ale może stać się przysłowiowym gwoździem. Porankowa Mama nosi bowiem w torebce dyktafon. I lojalnie uprzedza, że potrafi go obsługiwać. Nie, żeby od razu coś insynuować, ale wiecie, tak na wszelki wypadek o tym wspominamy... ;-) Wykształciuchy wiedzą, o co biega, prawda?

9 sierpnia 2007

rozmowa prywatna

Dwie rzeczy potrafią ostatnio wyrwać Porankową Panienkę ze snu: szelest rozpinanych rzepów oraz dzwonek porankowego telefonu.
Jedna rzecz irytuje ostatnio Porankową Mamę - telefon, który budzi Porankową Panienkę, a który jest bezsensowny. Właściwie, Porankową Mamę irytuje każdy bezsensowny telefon, czyli ten, który zazwyczaj wyświetla się na ekranie porankowego telefonu jako: rozmowa prywatna.
Dzisiaj świat się uwziął i telefon dzwoni regularnie co kilkanaście minut, z czego tylko jeden był wart odebrania, bo był to telefon od Hetman-Babci z Łazarza. Reszta rozmów wyglądała mniej więcej tak (wybrane):

Rozmowa 1:
głos w telefonie: Dzień dobry, nazywam się Iksińska. Dzwonię z polecenia firmy Takiej a Takiej. Prowadzimy ankietę na temat promocji zdrowia. Czy może mi pani poświęcić chwilę?
Porankowa Mama: Z przyjemnością, ale w tej chwili akurat mam za ścianą wyjące półroczne niemowlę, więc pani wybaczy.
głos w telefonie: Aha...

Rozmowa 2:
głos w telefonie: Dzień dobry. Nazywam się Ygrekowska. Czy mogę mówić z panią Porankową Mamą?
Porankowa Mama: Przy telefonie, słucham?
głos w telefonie: Dzień dobry, mam dla pani wyjątkową ofertę. W niedzielę 19 sierpnia o 15.30 odbędzie się prezentacja wyrobów z kaszmiru w hotelu V******. Chciałabym wysłać pani zaproszenie. Czy będzie pani w stanie przyjść?
Porankowa Mama: A mogę przyjść z półrocznym niemowlakiem?
głos w słuchawce: eeee...
Porankowa Mama: No widzi pani, to raczej nie ma sensu przysyłać zaproszenia.

Rozmowa 3:
głos w telefonie: Dzień dobry, dzwonię z firmy T***D**. Czy mogę rozmawiać z właścicielem telefonu?
Porankowa Mama: Przy telefonie, ale z góry uprzedzam, że pani telefon jest bez sensu, bo nasz rachunek telefoniczny za rozmowy przeprowadzone opiewa zazwyczaj na śmieszną kwotę około 4 zł, której raczej nie są państwo w stanie zmniejszyć. Prawda?
głos w telefonie: eee... a może chociaż jest pani zainteresowana internetem?
Porankowa Mama: Owszem, jestem, ale tym, który już mam.

Rozmowa 4:
głos w słuchawce: Dzień dobry, chciałabym się dowiedzieć, jak powinien pani zdaniem wyglądać wymarzony atlas geograficzny.
Porankowa Mama: (tu długi opis wymarzonego atlasu, bo akurat Porankowa Mama miała wenę twórczą i dobry humor, a Porankowa Panienka tylko otworzyła oko i od razu zamknęła)
głos w słuchawce: Miło mi panią poinformować, że pani wymarzony atlas pojawi się na rynku za miesiąc, a ja dziś oferuję go pani w promocyjnej cenie tylko 299zł. Proszę tylko zdradzić w jakim mieście Pani mieszka?
Porankowa Mama (wykazując się głupotą): Cudnie. Mieszkam w ********.
głos w słuchawce: Wszystko się zgadza. Mieszka pani w ******** na ulicy ******* numer x. Może mi pani zdradzić jaki numer mieszkania?
Porankowa Mama: A moje wymiary też pani zna? Zdecydowanie nie mogę zdradzić pani numeru mieszkania.
głos w słuchawce: A to dlaczego?
Porankowa Mama: Bo mi zaraz przyśle pani rachunek na 299zł za atlas, którego nie chcę.
głos w słuchawce: No ale przecież pani mówiła, że to pani wymarzony!

Rozmowa 5:
głos w słuchawce: Halo! Kto mówi?
Porankowa Mama: O to samo mogę zapytać pana.
głos w słuchawce: Wiesiek?
Porankowa Mama: Pan pyta czy stwierdza?
głos w słuchawce: Dlaczego pani odbiera telefon Wieśka?
Porankowa Mama: Jakiego Wieśka? Odbieram, bo to mój telefon.
głos w słuchawce: A gdzie jest Wiesiek?
Porankowa Mama: A skąd mam wiedzieć? Żadnego Wieśka tu nie było i nie ma.
głos w słuchawce: Bo ja z Ameryki dzwonię. I z Wieśkiem chciałem.
Porankowa Mama: A, jak z Ameryki to za chwilę pan zapłaci majątek na telefon do Wieśka, którego tutaj nie ma.
głos w słuchawce: Dobrze pani mówi. Jak nie ma to trudno.

Kochani, informujemy, że porankowa rodzina przestaje odbierać telefony od Rozmów Prywatnych, więc jeśli ktoś chce się dodzwonić niech wpierw się upewni, czy nie ma zastrzeżonego numeru, który się wyświetli jako Rozmowa Prywatna, albo niech uprzedzi nas sms'em, że za chwilę będzie dzwonić.
A Porankowa Panienka teraz odsypia bezsensowne telefony i biada Wam, jeśli ktoś zadzwoni w ciągu najbliższych dwóch godzin (tzn. do 15.30 przynajmniej).

7 sierpnia 2007

sponge cake zwieńcza dzieło

W porankowym domu panuje atmosfera satysfakcji - ostatnie dwa dni należały bowiem do niezwykle udanych.
Zaczęło się od tego, że Porankowy Tata wczoraj i dziś miał dyżur w klinice na 15, co oznacza, że od rana mógł się całkowicie oddać życiu rodzinnemu i tysiącu spraw, które czekały, aż ktoś się za nie weźmie.
W poniedziałek zatem porankowa rodzina wyruszyła od rana na misję. Misja była dobrze zaplanowana, bo Porankowa Panienka odpadła w ramiona Morfeusza tuż po wyjściu z domu i obudziła się pod drzwiami bloku w chwili, gdy porankowi rodzice szukali kluczy, by do niego wejść.
Wpierw oddano do krawca spodnie, w których jakiś czas temu zepsuł się zamek, ale jakoś nikt nie miał głowy, by go naprawić. Następnie porankowi rodzice dopadli długo wyczekiwany spryskiwacz do oleju, który był w ofercie promocyjnej pewnej sieci marketów - dopadli, bowiem mimo że z założenia pojawili się w sklepie od rana w dniu rozpoczęcia promocji, na półce został zaledwie cztery takie urządzenia... I mimo że kupili wpierw nie ten spryskiwacz, co chcieli, bo chcieli do oleju, a się zgapili i kupili do octu, to i tak bez problemu dało się go wymienić, co się liczy jako kolejny sukces dnia. W markecie Porankowy Tata wypatrzył też komplet stempelków, które nabył drogą kupna, a z czego Porankowa Mama bardzo się ucieszyła, bo ma na punkcie takich drobiazgów hopla (kolejnego zresztą).
Następnie, porankowa rodzina udała się na działkę sąsiadów, gdzie w czasie ich nieobecności zobowiązała się mieć oko na ich króliki (tzn. jednego gigantycznego królika miniaturkę i pięcioro jego (jej) młodych). W drodze na działkę porankowi rodzice znaleźli... zgubiony kilka dni wcześniej but Porankowej Panienki - leżał na chodniku w całej okazałości. Radości nie było końca, szczególnie że kupione buty okazały się za małe
Na działce obyło się bez większych kłopotów, no może poza tym, że Porankowa Mama miała pilnować, by królik nie wyszedł z domku, ale jednak królik okazał się być sprytniejszy i potem Porankowy Tata musiał go gonić...
Po działce przyszedł czas na centrum handlowe, gdzie Porankowa Mama bez kłopotu oddała w sklepie zakupione buty (nie było rozmiaru pasującego na nogę Porankowej Panienki, więc nie dało rady ich wymienić). Z radości porankowi rodzice zaszaleli i po godzinie opuścili centrum handlowe wzbogaceni o dwa radia (jedno do kuchni, a drugie dla juniorki - ale czasy, żeby półroczne dziecko dostawało radio z CD z możliwością odtwarzania mp3...) i umowę sprzedaży ratalnej...
Po powrocie do domu Porankowa Panienka ze smakiem wsunęła całą miseczkę domowego obiadku (wreszcie się przekonała do kuchni Porankowej Mamy!) i przysnęła sobie jeszcze godzinkę po wyjściu Porankowego Taty do pracy.
Wieczorem zaś Porankowa Mama odkryła, że na portalu nasza-klasa czeka na nią wiadomość od znajomej, z którą się nie kontaktowała całe wieki i myślała już, że nigdy się nie spotkają.
O 6.00 dnia następnego, czyli dziś, Porankowa Mama przekazała dziecię Porankowemu Tacie (który wciąż narzeka, że z chęcią wstawałby wcześniej, jak ma popołudniowy dyżur, więc teraz miał okazję) i wyspała się dłużej niż zwykle. O 9.00 porankowa rodzina ponownie wyruszyła na misję - tym razem w kierunku Łazarza, gdzie udało się oddać wreszcie ex libris do wymiany pieczątki (ponad dwa lata po ślubie najwyższy czas zmienić na niej nazwisko, prawda?).
Po powrocie do domu zaś, Porankowy Tata przymocował w końcu (tym razem po roku czekania) progi między pokojami a korytarzem.
Na zakończenie dwóch udanych dni, Porankowa Mama postanowiła zrobić eksperymentalny tort, przy czym nadmienić należy, że akurat ciasta biszkoptowe to coś, co jej dotąd nie wychodziło, a tortów jako takich raczej nie robiła. No i nie dość, że biszkopt o pięknie brzmiącej nazwie hot milk sponge cake III udał się rewelacyjnie (przepis w dziale: porankowa uczta dla ciała) to jeszcze efekt okazał się być powalający - Porankowa Mama wykorzystała bowiem barwniki do ciasta i oszukaną masę marcepanową zrobioną przez Porankowego Tatę, by wytworzyć zielone cudo z motylem i kwiatkiem. Fotka z pewnością zostanie zamieszczona na stronie, bo jest się czym chwalić. Szczególnie, że to pierwszy taki tort.
Tak, satysfakcja z podjętych działań unosi się w porankowym domu.

5 sierpnia 2007

przymusowe techno party i takie tam

Porankowa rodzina - w pełnym składzie - była wczoraj na całonocnym techno party... Impreza skończyła się o 6.00, gdy Porankowy Tata zaczął szykować się do pracy, a Porankowa Panienka postanowiła rozpocząć dzień. Tak, techno party to nie przejaw majaczenia Porankowej Mamy, ale święta prawda.
Wczoraj wieczorem na stadionie piłkarskim, który porankowa rodzina widzi z okien porankowego mieszkania, rozpoczęła się gigantyczna, coroczna mega impreza techno... Do tej pory odbywała się pod zamkniętym dachem w pewnej hali widowiskowo-sportowej, ale w tym roku, za sprawą jakiegoś łosia (bez obrazy), postanowiono zorganizować ją na otwartym stadionie piłkarskim, uprzyjemniając tym samym życie okolicznym mieszkańcom (okolicznym w promieniu setek kilometrów chyba...). I w ten oto sposób, porankowa rodzina przymusowo wzięła udział w całonocnym techno party...
Porankowa Panienka, jako przedstawiciel młodego pokolenia, wydawała się w ogóle nie poruszona dźwiękami dobiegającymi zza okna - zasnęła wprawdzie dopiero koło 22.00, ale przespała noc i ranek powitała wypoczęta. Porankowy Tata, z racji tego, że za młodu słuchał techno do poduszki (sic!), chrapał bez najmniejszego problemu. Porankowa Mama z kolei do teraz słyszy dudnienie i łomotanie, które pozostały w głowie i przypominają jej telewizyjną reklamę środków przeciwbólowych... Porankowa Mama zastanawia się teraz, jak jej młodszy brat potrafił swego czasu jeździć do Kołobrzegu na trzydniowe techno party (jakieś Sunrise, czy coś takiego...) - przecież doznania z przebywania w centrum tej imprezy porównywalne muszą być z doznaniami podczas tłuczenia setkami młotów pneumatycznych bez słuchawek ochronnych na uszach...
Dziś od rana (bądź wczoraj wieczorem, bo po takiej nocy trudno sobie przypomnieć) w tvn24 była mowa o powrocie disco polo i o tym, jak przerażające jest, że młodzi ludzie (studenci) tego słuchają (według Roberta Leszczyńskiego zgłupieli). Z dwojga złego, Porankowa Mama uznała, że wolałaby uczestniczyć w całonocnym disco polo party niż techno party... Ot, zgłupiała... Czyżby?

Porankowy Tata rzucił wczoraj do Porankowej Mamy oglądając wiadomości (ale nie te publiczne ;-), że jakiś tam temat byłby fajny do "tego Twojego bloga". Został naturalnie poprawiony, że blog jest rodzinny, ale prawdą bądź co bądź jest, że blog został zmonopolizowany przez Porankową Mamę (no, ale co ja za to mogę, że Porankowa Panienka jeszcze nie jest piśmiata, a Porankowy Tata jakoś tak weny do pisania nie ma?). Zatem, celem uzupełnienia wiadomości z życia zawodowego Porankowego Taty otwieramy "gabinet osobliwości z frontu Porankowego Taty".
Powszechnie Czytelnikom wiadomo, że Porankowy Tata "niczym weterynarz Fred pomaga chorym zwierzątkom" (przy czym nadmienić należy, że nie jest weterynarzem, lecz fizykiem medycznym - tak, taki zawód istnieje i nawet są takie studia wyższe magisterskie!). Otóż ostatnio zetknął się w swojej pracy z psem, który przybył na... operację plastyczną... jądra... Dokładnie rzecz ujmując, miał mieć wszczepioną protezę jądra... Pies był bowiem rasowy i miał brać udział w wystawach. No cóż... Świat jest bardziej barwny niż można przypuszczać.

3 sierpnia 2007

niepowodzenia i powodzenia

Po niesamowicie miłym wieczorze w towarzystwie Znajomej od Chińczyków i jej Małżona (jak go określa owa Znajoma) nastąpiła względnie przyjazna człowiekowi noc (Porankowa Panienka obudziła się w sumie tylko raz na chwilkę koło północy), a po niej przyszedł dzień, który porankowa rodzina od rana spędziła na poszukiwaniu butów dla najmłodszego członka rodziny.
Buty zostały znalezione, zaakceptowane i zakupione, lecz jutro zostaną odniesione do sklepu, bo są za małe... W sklepie przymierzyć się nie dało, bo Porankowa Panienka zasnęła, a jak się ją obudzi na siłę, to zdecydowanie ma zły humor, czego porankowi rodzice woleli uniknąć. Przymierzyć na śpiąco też się nie dało, bo dziecię miało na nogach skarpetko-buty z dzwoneczkami, których się zdjąć niezauważenie nie dało (wiem, trzeba było myśleć wcześniej...). Porankowa Mama kupiła więc buty na czuja, sugerując się tym, że dwa dni wcześniej zmierzyła nogę dziecku celem przekazania informacji Hetman-Dziadom i wyszło jej, że noga ma 10 cm. Buty, które zakupiono był wyraźnie oznaczone nalepką z informacją, że są na nogę długości 12cm i dla dzieci w wieku 12-18 miesięcy (tak, ta informacja jest bardzo zbieżna z wiekiem Porankowej Panienki, która dopiero co skończyła pół roku, czyli miesięcy sześć, ale pozostawić to należy bez komentarza). W każdym razie na oko i na czuja buty były dobre.
W domu zaś się okazało, że wprawdzie but na nogę Porankowej Panienki wejdzie, ale wpierw należy zdjąć z niej skarpetkę, co się mija z celem. Buty zostały więc zapakowane do kartonika i zostaną jutro odniesione do sklepu z nadzieją, że będzie można je wymienić na większe (dla dwulatków?!?). Sklep jest dobry, więc chyba będzie można.
Skoro już o niepowodzeniach mowa, wczoraj Porankowa Mama postanowiła także, że dziecię dostanie domowy obiadek. Postanowiła i na tym się skończyło, bo Porankowa Panienka i tak dostała danie ze słoiczka, a Porankowy Tata w prezencie przypalony garnek do wyszorowania...

Ale nie tylko niepowodzenia zawitały do porankowego domu. Porankowa Mama przygotowała wczoraj dla gości pyszne bułki razowe z serem - przynajmniej sądzi, że pyszne, bo nikt się nie skarżył, że są niejadalne, a Porankowy Tata zapytał dziś, czy może je wziąć do pracy jako "drugie śniadanie" o 18.00. No, przynajmniej coś się udało. :-)

2 sierpnia 2007

Alojzy szuka kompanów

Nazywam się Alojzy Sowa. Jestem podobno pierzasty i podobno mętnie mi z oczu patrzy, ale budzę sympatię, cokolwiek to oznacza. Mieszkam na grafice w ramce z ciemnego drewna. Ostatnio mój dom przeniesiono do nowego kraju, którym rządzi Porankowa Rodzina, czy jak im tam. Są znośni. Szukam kompanów, którzy zapodziali się gdzieś w drodze. Ot, ciamajdy takie, Teofil i Kleofas. Młodość im do głów uderzyła. W każdym razie, jeśli ktoś ich zobaczy, to niech da znać Porankowej Rodzinie.



Porankowa Mama dostała w prezencie imieninowym Alojzego, na którego punkcie oszalała. Alojzy jest cudny. Porankowa Mama wymyśliła sobie, że gdyby udało się zdobyć więcej Alojzopodobnych okazów, wyglądałyby rewelacyjnie wisząc nad tapczanem w "salonie".
Okazało się, że artystka, która stworzyła Alojzego, podpisała się na grafice - nazywa się Judy Rossouw. Na jej stronie internetowej Porankowa Mama odkryła, że istnieją także Teofil i Kleofas (to sowy nr 4 i 6, Alojzy to ten pierwszy). Niestety, Alojzy został zakupiony w komisie i nie było tam jego kumpli, tak więc Porankowa Mama rozpuszcza wici z nadzieją, że może ktoś ich dopadnie gdzieś na bazarach, ryneczkach czy w sklepie. A jak się okaże, że Teofil i Kleofas nie dolecieli do Polski, to porankowa rodzina rozważy możliwość zakupu prosto od pani Rossouw... Ale niestety, póki co, nie są w sprzedaży... A tak w ogóle, sowy (nie żywe czy wypchane, ale w każdej innej postaci) to kolejny świr Porankowej Mamy. Zbiera je od prawie 10 lat i ma już sporą kolekcję.

A tak na marginesie, Porankowa Panienka nadal przesypia noce, co jej się chwali. Do tego wczoraj pochłonęła cały słoiczek jarzynek z kurczakiem (190g) i smakowało jej jak diabli. Porankowa rodzina zamierza przejść na gotowanie dla dziecięcia, bowiem niedługo zbankrutuje kupując słoiczki.
A żeby tego było mało, Porankowa Panienka zgubiła wczoraj na spacerze but... Ruchliwa gadzina.