Porankowy INSTAGRAM

19 marca 2009

na gorąco

Małe kobietki śpią (jest 21:46), Porankowy Tata szykuje w kuchni antydepresyjne grzanki, Porankowa Mama leczy rany zadane nożem wbitym w plecy (cholera, a wydawało się, że refleks sobie już wyrobiła i potrafi się obrócić na czas, ale jednak nie...) surfując po internecie i popijając domowe wino. I tak na gorąco dzieli się tym, co znalazła, bo ją to rozbawiło:

Okazuje się, że stopień jasności i zrozumiałości czytelniczej tekstu można mierzyć! Służy do tego właśnie IJC (I) [nazwa skrócona celowo - przyp. aut.].

DZ - średnia długość zdań, czyli liczba słów podzielona przez liczbę zdań, np. 300 słów podzielone przez 50 zdań (x)

DS - liczba długich słów (więcej niż trzy sylaby) podzielona przez liczbę wszystkich słów w tekście, np. 100 słów długich podzielone przez 300 wszystkich słów (y)

TS - liczba słów technicznych, obcojęzycznych, skrótów, wyrażeń żargonowych itp., podzielona przez liczbę słów w tekście (z)

Zatem otrzymujemy taki oto wzór:
I = x DZ + y DS + z TS

Indeks I = poniżej 10 - tekst łatwo zrozumiały

I = między 10-15 - tekst zrozumiały dla ludzi średnio wykształconych

I = 15 - tekst trudno zrozumiały

I = powyżej 25 - tekst zrozumiały tylko dla fachowców (choć wcale niekoniecznie)

Warto zwrócić uwagę, że dla Biblii IJC wynosi tylko 7. Można zatem zrozumiale pisać o niezrozumiałych rzeczach.

W ten właśnie sposób matematyka wkracza do literatury...
Link do powyższego pozostaje tajemnicą ze względów osobistych. Jednocześnie oświadczamy, że nie przywłaszczamy sobie powyższym brakiem linku praw autorskich do podanego cytatu.

Urocze, nieprawdaż? Piękno tego świata potrafią unaocznić tylko umysły ścisłe. I za to Porankowa Mama takie umysły lubi. Czy wspominaliśmy już kiedyś, że Porankowy Tata jest fizykiem z wykształcenia? No, wszystko jasne, nieprawdaż? ;)

A teraz Porankowa Mama idzie pościelić łóżko, bo rano wzięła pościel do prania i nie pościeliła nowej i Porankowy Tata jest bliski wpadnięcia w szał, bo odkrył "gołą pierzynę"... Ech, uroki życia domowego.

18 marca 2009

głupawka

Wiosna na horyzoncie! A wraz z wiosną totalna głupawka. I u dzieci i u dorosłych. U dzieci objawia się standardowo - bieganie i wrzaski, a potem "mama, latuj!".

A u dorosłych? Przykłady? Proszę bardzo.

głupawka nr 1 - jabłecznik bałaganiarza


historia w tle: Wtorki są w porankowym domu dniem koszmarnym. Porankowa Mama spędza na uczelni cały ranek i południe (8-14.45), podczas gdy Porankowy Tata spędza w pracy popołudnie i wieczór (15-22). Gdy Porankowa Mama wpada do mieszkania koło 15 (dzięki Panie, że uczelnia jest tak blisko), Porankowy Tata czeka już w blokach startowych i dosłownie w locie przekazuje małżonce dwie małe kobiety (drzemiące, bo to jeszcze pora drzemki) i bałagan. Pech chce, że zazwyczaj w chwili zamknięcia drzwi za Porankowym Tatą obie młode wyłażą z pieczary pełne energii do grandzenia. Porankowa Mama zaś w tej samej chwili odczuwa totalne zamroczenie i spadek sił każdego typu. Gdzie tu głupawka i jak się ma do tego jabłecznik? Ano, powyższy jabłecznik został upieczony we wtorek 10 marca, w totalnie zabałaganionej kuchni, z dziećmi w piżamach i został zeżarty przed (a może zamiast) obiadu. Porankowa Mama uznała bowiem, że potrzebuje odmiany, musi zrobić coś konstruktywnego i musi się odstresować. A cóż jest lepszego na odstresowanie, gdy się jest samemu z dwójką maluchów, od domowego ciasta i dużej caffee latte?

głupawka nr 2 - kanapka

historia w tle: Porankowa Mama miewa ostatnio upojne wieczory z doktoratem w tle. Taka kanapka oderwała ją od komputera gdzieś koło 23... Pomysł stanowczo niezdrowy, ale za to jaki pyszny! No i z przysłowiowym jajem! Porankowy Tata zdecydowanie się nudzi.

głupawka nr 3 - nadwyrężenie cierpliwości Patryka

historia w tle: Taaak... Dzień św. Patryka był wczoraj. Tradycja nakazuje wypicie piwa. No i porankowi rodzice wypili... Tyle tylko, że wypili w poniedziałek, bo wtorek to wiadomo jak w porankowym domu wygląda. I tyle tylko, że wypili piwo, które w sposób karygodny narusza tradycję - duńskie FAXE na irlandzkie święto!!! I do tego duńskie 10% FAXE... Głupawka maksymalna, czy może już głupota? No co, od święta można :)

głupawka nr 4 - blog

Oj, ta głupawka trwa u Porankowej Mamy od wiosny dwa lata temu! Ale na poważnie, wiosenna głupawka na blogu objawia się tym, że Porankowa Mama nie może się zdecydować na tło. Jeśli ktoś dziś tu często zaglądał to widział, że co jakiś kwadrans blog wyglądał inaczej. Póki co zostajemy przy takiej wersji jak teraz - kropki i kwiatki. Ale kto wie, co będzie jutro :)

Do powyższego można dodać jeszcze jeden przejaw wiosny. Wiosna zachęca do zmiany. Porankowy Tata postanowił więc coś zmienić i... wypowiedział wojnę (taką na poważnie, z groźbami!) babom na ulicy. Ale o tym następnym razem.

10 marca 2009

kalejdoskop i huśtawka

kilkanaście dni temu:
Porankowa Mama, zaintrygowana ciszą dobiegającą z pokoju, w którym przebywały obie młode, woła z kuchni:
- Elucha, co robisz?
- Chowam - pada w odpowiedzi.
- Co chowasz? - woła coraz bardziej zaintrygowana Porankowa Mama.
- Ulę! - odpowiada rezolutnie dwulatka.
Porankowa Mama rzuca garnki w kąt i pędzi do pokoju. Na podłodze wygodnie siedzi Porankowa Panienka, Porankowej Panieneczki jednak ani widu ani słychu.
- Gdzie jest Ula?
- Tutaj! - odpowiada dziecię i wskazuje na przewijak. Porankowa Mama schodzi do przysłowiowego parteru, spogląda pod mebel, a tam... zwinięta w kłębek, z głową dociśniętą do stóp patrzy na nią Porankowa Panieneczka i szczerzy swoje dwa dolne zęby wykazując zarazem objawy lekkiej dezorientacji.
- Elucha, dlaczego schowałaś Ulę?
- Bo... uciekała.

wczoraj:
- Elucha, co tam tak cicho? - woła Porankowa Mama w stronę kuchni, gdzie obie młode bezpiecznie skoszarowane czekają na obiad.
- Karmiem!
- Kogo karmisz, na Boga? Ulę? Czym?
- Makaronem! Bo głodna!
Porankowa Mama wpada do kuchni a tam rzeczywiście, Porankowa Panienka stojąc na taboreciku wygarnia z sitka makaron i rzuca go siostrze siedzącej w krzesełku do karmienia...

dzisiaj... obie młode wstały zakatarzone, gruźliczy kaszel nadal dudni w mieszkaniu, do lekarza dostać się nie idzie, bo nasz pediatra jest nieobecny, a na zastępstwie wiadomo jak jest... Ogólnie, nie jest wesoło. Ot, taki kalejdoskop i huśtawka. Jak to w życiu.

8 marca 2009

karuzela zdarzeń zwariowanych

Porankowa Mama wysłała Porankowemu Tacie sms'a o treści: "Jak będziesz miał chwilę to zadzwoń" (w domyśle "... to podam ci, co masz kupić w drodze z pracy do domu"). Wiadomo, niedziela... Szanowny Porankowy On nie zadzwonił, Porankowa Ona wysłała więc po dwóch godzinach kolejną wiadomość: "Albo pójdziesz do Rossmana po pracy sam, albo bierzesz młode ze sobą po obiedzie" (w domyśle "... bo jak je zostawisz w domu ze mną na kolejne chćby 5 minut to eksploduję"). Nie ma to jak pełna optymizmu i radości z życia mama dwójki maluchów :)
Porankowy Tata oddzwonił po tym drugim sms'ie. A Porankowa Mama mu w słuchawkę prawie że nakrzyczała. I wyszło na to, że sfrustrowana baba w domu siedzi i się na dzieci drze... A to nie jest zgodne z prawdą. Bo akurat jak Porankowy Tata oddzwonił sytuacja w tzw. tle była... Cóż...

Wszystko zaczęło się od radioaktywnej pieluchy, która spadła nie tą stroną, którą trzeba na podłogę w łazience. Porankowa Mama w tym czasie usiłowała utrzymać na ręce wijącą się Porankową Panieneczkę i ją gruntownie obmyć (szczegóły pomińmy). Gdyby ta pielucha nie spadła, Porankowa Mama nie musiałaby biec do łazienki tuż po tym, jak odziała dziecię. No ale musiała iść posprzątać, więc owo dziecię zostało w pokoju na piankowej macie. Gdy Porankowa Mama wróciła do pokoju Porankowa Panieneczka na macie już nie siedziała, lecz stała szczęśliwa przy stoliku do kawy. Szczęśliwa i mokra trzeba dodać, a w rękach trzymała pusty kubek po herbacie, której nie dopiła Porankowa Panienka. Gdyby dziecię herbaty nie wylało, Porankowa Mama nie musiałaby iść go przebrać. Ale musiała. I wtedy usłyszała jak jej starsza córka zaczyna kaszleć jak gruźlik. Zawołała więc do siebie owo kaszlące dziecię i dokładnie mu się przyjrzała usiłując zapiąć pieluchę dziecięciu młodszemu, które na plecach leżeć nie cierpi, więc zakładanie pieluchy to niezły wyczyn. Jak już odziała ruszające się dziecię młodsze, odwróciła się do dziecięcia starszego chcąc sprawdzić, czy nie ma temperatury. No ale jak się obróciła do dziecięcia młodszego, to to dziecię już nie siedziało na dywaniku wśród zabawek, ale szczęśliwe stało przy tapczanie trzymając w dłoni otwartą tubkę kremu na odparzenia... A piać od nowa przeprowadziła więc akcję przebierania. Gdyby dziecię się kremem nie wysmarowało, Porankowa Mama miałaby Porankową Panienkę pod kontrolą. A tak... gdy weszła do kuchni zastała swoją starszą córkę stojącą na blacie kuchennym przy zlewie i ściągającą z półki termometr. No tak, tatuś nauczył dziecko korzystania z taborecika, żeby było bardziej samodzielne... Nie chodziło mu chyba jednak o taką samodzielność... Jedną ręką trzymając dziecię młodsze na biodrze, drugą ręką ściągnęła dziecię starsze z blatu. Wszystkie trzy porankowe baby zmierzyły sobie temperaturę - każda każdej. Porankowa Panienka chciała jednak raz jeszcze dokonać pomiaru i uparła się, że musi zbadać młodszą siostrę więc zaczęła się w jej kierunku przechylać. Jakby się nie przechylała, to by się nie przewróciła. A jakby się nie przewróciła, to by wszystkie trzy nie straciły równowagi. No a jak straciły równowagę to się razem przewróciły... Jak jedna mała baba klapnęła na podłogę i zaczęła płakać, bo sobie termometrem w czoło walnęła, to druga mała baba zaczęła płakać, żeby tej pierwszej było miło (chyba). No a Porankowa Mama rozcierając siniaki na nodze usiłowała obie wyjące małe baby uspokoić. Nie mogąc uspokoić dziecięcia młodszego uznała, że dziecię to jest śpiące, poszła je zatem uśpić - w łóżeczku a nie na rękach (akcja wychowawcza trwa od wczoraj) - co się wiąże z kwadransem popłakiwania i wyrażania żalu do świata. Porankowa Panieneczka już miała oczy zamknięte, jak zadzwonił telefon. Jakby ten telefon nie zadzwonił to by dziecię zasnęło, a tak... zaczęło wyć. Telefon trzeba było odebrać, rozmowa była raczej bezcelowa, więc Porankową Mamę szlag zaczął trafiać. Z jednym dzieckiem wyjącym ze zmęczenia, z drugim dzieckiem marudzącym, bo nie ma kto z nim książki czytać, sama zaczęła marudzić, że kawy nie piła i zaraz zaśnie. No ale... Dziecię młodsze jakoś uśpiła, kawę zrobiła, dziecię starsze zagoniła do komputera i już miały zagrać w zgadywanki na portalu "mini mini", gdy... prąd się wyłączył. I tak przez kwadrans prąd się włączał i wyłączał doprowadzając Porankową Panienkę do łez, bo sprzęty elektroniczne w domu razem z prądem się włączały i wyłączały... No a jak Porankowa Panienka zaczęła płakać to się Porankowa Panieneczka obudziła... A jak Porankowa Mama młodszą córkę wreszcie uspokoiła i skoszarowała na piankowej macie, uznała, że jej się coś od życia należy i chciała ukradkiem podpić colę z lodówki... I ostatnią rzeczą, którą pamięta tuż przed telefonem Porankowego Taty była fontanna klejącej, zimnej piany z coli, która nie wiedzieć czemu wystrzeliła z butelki prosto w jej twarz tuż po otwarciu...

Osiągając maksymalny poziom bezsilności i zmęczenia, ociekając colą i stojąc w kałuży coli, wysłuchując karcenia "nie, nie, nie, bałagan!" padającego z ust Porankowej Panienki i modląc się, by Porankowa Panieneczka nie postanowiła akurat teraz wczworakować do kuchni, Porankowa Mama odebrała telefon od Porankowego Taty... I niech ów człowiek się potem nie dziwi, gdy słyszy od małżonki, że ta zaraz eksploduje!

5 marca 2009

znad niebieskiego kubka... (czyli znów emocjonalny komentarz a nie opis)


Przy okazji zapoznawania się z komentarzami internautów na temat wyników nieszczęsnego konkursu na blog roku, Porankowa Mama natknęła się na wypowiedź, że blog komentowany przez 10 osób, w kółko tych samych 10 osób, to blog martwy. Natknęła się także na wypowiedź, w której internauta burzył się, że 40.000 odwiedzin na blogu pisanym od 3 miesięcy to śmiech... Cóż, w świetle powyższego porankowy blog nie dość, że jest martwy, to jeszcze jest śmieszny. Tylko czy martwy blog może rozrabiać? Bo porankowy blog rozrabia i to na całego.
Do takiej konkluzji doszła dziś nad kubkiem herbaty (rzeczony kubek na zdjęciu powyżej) Porankowa Mama. Swego czasu chciała zawiesić dzielenie się porankowymi opowieściami, bo jeden głupi post został źle zinterpretowany (a raczej niedoczytany do końca, bo czytającemu chyba krew oczy zalała już po pierwszej linijce) i wywołał wojnę w rodzinie. Wojnę krótką, acz burzliwą. Potem się okazało, że kolejny post niezamierzenie wywołał burzę w szklance wody na zasadzie: uderz w stół a nożyce się odezwą. Tym razem poza domem. Dźwięk owych nożyc nadal gdzieś dudni w uchu Porankowej Mamy i dzięki niemu porankowe opowieści nieco zmieniły swój styl - nie stanowią wiernego zapisu każdego ciekawego dnia życia porankowych dzieci i nie dotyczą z reguły wydarzeń z miejsca pracy porankowych rodziców. Nie zmienia to jednak faktu, że od czasu do czasu, Porankową Mamę ponosi i pozwala sobie na skomentowanie pewnych faktów wiedząc, że Czytelnicy śledzący losy porankowej rodziny są istotami myślącymi i komentarz ich równie zaciekawi, jak scena z życia. Niestety, zawsze musi się znaleźć jakiś wyjątek, który potwierdza regułę. Najprawdopodobniej ów wyjątek się właśnie objawił - przy czym podkreślić należy z całą stanowczością, że Porankowa Mama nie jest tego do końca pewna. Tak ją tylko dziś olśniło nad tym kubkiem herbaty...
W czym rzecz? (Teraz będzie zagmatwanie...)
Ano w tym, że ktoś (nie mam pojęcia kto, poważnie, bo mi powiedzieć inny ktoś nie chce) przeczytał coś (najprawdopodobniej na niniejszym blogu), co być może go zaniepokoiło, albo być może go wściekło, albo być może potraktował, jako dobry sposób na wbicie szpili Porankowej Mamie (natężenie emocjonalne opcji rosło z każdym łykiem herbaty) i zamiast zweryfikować prawdziwość owej wyczytanej informacji u źródła (bowiem ten ktoś zna tożsamość Porankowej Mamy) polazł z premedytacją (bądź nie) do kogoś ważnego i przekazał mu, że "wyczytał gdzieś", że Porankowa Mama narzeka na pewne kwestie. Hmmm... W efekcie ów ważny ktoś wyraził swój żal i oburzenie, że się Porankowa Mama publicznie skarży na pewne rzeczy, które - w opinii tego ważnego ktosia - nie są prawdą. W tym miejscu - jeśli ktoś jeszcze ma ochotę czytać dalej te zagmatwane i tajemne wypociny - należy podkreślić, że Porankowa Mama nie skłamała opisując pewne fakty, gdziekolwiek te fakty opisała (pewności, że sprawa dotyczy bloga nie ma - proszę pamiętać!). Sęk w tym, że w pewnych miejscach pewnych rzeczy, jak się okazuje, mówić nie można.
No dobra, skończmy z tym "ktosiowaniem". Ot skrót historii, która miała miejsce wczoraj.
Popijając herbatę z owego niebieskiego kubka Porankowa Mama miała dziś czas na refleksję.
Po pierwsze, oburza ją fakt, że prawda może być relatywna. 2+2 jest 4. I nie będzie nigdy inaczej, nawet, jeśli się komuś usiłuje wmówić, że to pierwsze 2 nie jest równe temu drugiemu 2.
Po drugie, martwi ją fakt, że ma w swoim otoczeniu kogoś, kto chce jej zaszkodzić.
Po trzecie, jeśli rzeczywiście sprawa rozbija się o informację wyczytaną na blogu, oburza ją fakt, że ktoś w jej otoczeniu nie potrafi uszanować jej prywatności i nie rozumie za diabła, czemu służy ten blog. Blog nie ma na celu obgadywania kogokolwiek za plecami. Jego celem jest dostarczenie informacji o tym, co się dzieje u porankowej rodziny tym, którzy są tym zainteresowani (w zamyśle adresatem była rodzina i znajomi, z którymi z braku czasu nie możemy się spotkać). Blog jest anonimowy nie dlatego, że Porankowa Mama boi się powiedzieć coś głośno, że nie ma odwagi cywilnej itp. Blog jest anonimowy, bowiem opisywane są w nim porankowe dzieci, które mają prawo do prywatności. Dlatego na próżno szukać tu zdjęć porankowych panien. Jesteśmy jednak świadomi tego, że internet to miejsce niebezpieczne i wbrew pozorom otwarte i nie chcemy, by jakiś przypadkowy internauta wiedział, kim jesteśmy i gdzie mieszkamy, jak wyglądają nasze dzieci itp. Jasne, jak ktoś tu przypadkiem trafi, spodoba mu się to, co jest opisywane i zacznie regularnie zaglądać - miło nam! Witamy i zapraszamy. Wykorzystywanie jednak treści przeciwko nam, przez osoby, które boją się przyznać do tego, że ów blog czytają, jest oburzające i chamskie.
No właśnie. To kolejna kwestia. Czytelnicy porankowych opowieści dzielą się na tych, których znamy i tych których nie znamy. Ci, których znamy dzielą się z kolei na tych, co się do tego przyznają i tych, co się nie przyznają. Ci, co się nie przyznają to w dużej mierze osoby, które szukają sensacji, które nie mają czystych intencji, które żyją naszym życiem jak pasożyty chcąc wyssać coś dla siebie. Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że ktoś, kto czyta porankowe opowieści, a kto widuje się z Porankową Mamą (bo o jej "znajomych" głównie chodzi), nie chce się przyznać, że czyta, że słowem o tym nie wspomni w rozmowie? Niech mnie ktoś wyprowadzi z błędu!!!!
Popijając herbatę z niebieskiego kubka Porankowa Mama doszła też do wniosku, że cała sprawa z ktosiami, informacjami gdzieś wyczytanymi itp. to zamach na wolność myśli i przekonań. I dlatego nie zamierza się tym dłużej przejmować, nie zamierza zawieszać działalności "pisaczej" (jeśli sprawa dotyczy bloga), nie zamierza przyjmować "innej prawdy", która przyświeca chorym zasadom (nawet jeśli sprawa dotyczy bloga). 2+2=4. Na tyle matematykę umiem.

A tak poza tym, Porankowa Panieneczka śmiga na czworaka jak pociąg ekspresowy, Porankowa Panienka odblokowała się z mówieniem i teraz nadaje na okrągło, przysłowiowe 24/7, składając zdania podrzędne, zachowując odpowiednie formy gramatyczne i konfabulując. Poważnie! Dziecko odkryło, że ma wyobraźnię...
Porankowi rodzice za to... Cóż, przeklęty doktorat daje się we znaki psychicznie, czego efektem jest przykładowo sobotnie akcja obcięcia włosów Porankowej Panience (Porankowy Tata opitolił dziecko, bo odczuwał potrzebę destrukcji - ale dziecko wygląda prześlicznie!!!!) oraz niedzielna akcja przestawiania mebli, którą Porankowa Mama zaordynowała od rana. Meble przestawiano kilka godzin. Gdzie? W pokoju porankowych panien. Zlikwidowano przewijak, bo swej funkcji już nie spełniał i zaaranżowano miejsce do zabawy dla dzieci własnych i przychodnych. Jest lepiej. Zdecydowanie. Choć psychicznie dolina... Rzecz można, depresja już. Rów Mariański.

p.s. Niebieski kubek to prezent od Porankowego Taty, który uznał, że ma dość wylewania zimnej herbaty niedopitej przez Porankową Mamę. Porankowa Mama pija bowiem herbaty litrami. Szykuje sobie wielkie kubasy i ich nie dopija, bo się szybko ochładzają. Kubek termiczny to zatem idealne rozwiązanie. Bardzo na topie, szczególnie wśród Amerykanów. Porankowa Mama w takim kubku się zakochała oglądając Stargate SG1 - serię z Jonasem Quinnem, 8 bodajże :D