Porankowy INSTAGRAM

24 kwietnia 2011

Alleluja!


Alleluja!
Dobrych świąt Wielkiej Nocy, kochani!


Świętujcie radośnie w miłym towarzystwie 
i patrzcie z Wiarą, Nadzieją i Miłością w przyszłość,


Porankowa Rodzina

20 kwietnia 2011

wyniki

Szanowni Czytelnicy pozwolą, że się pochwalimy:
Glorie zostały przyjęte do przedszkola.
Obie. Do tego jednego, jedynego, wymarzonego. Jupi!!! Jupi?

Radość tym większa, że do tego samego przedszkola - jak się dziś okazało - uczęszcza już znajomy nam i Gloriom pewien osobnik płci męskiej, którego z tego miejsca gorąco pozdrawiamy :)

A teraz Czytelnicy pozwolą, że na tym skończę opowieść i sobie naleję ze Ślubnym kieliszek wina. Szok związany z wpuszczeniem Glori w krajowy system edykacyjny właśnie powoli ustępuje panice i należy nieco zagłuszyć okrzyki, które słyszę w myślach: "czy tobie kobieto odbiło?!?!?"

Jakieś rady dla rodziców nowo przyjętych przedszkolaków?

18 kwietnia 2011

reguły gry

Zawitałyśmy we trzy na plac zabaw. Taki plac nieco na uboczu, dość obszerny jeśli chodzi o teren, otoczony wysokim płotem z siatki, bo - de facto - znajduje się na terenie pobliskiej szkoły. Popołudniami na tym placu nie ma zbyt wielu osób, a i rankiem w piaskownicy przesiaduje tylko kilka, wciąż tych samych mam.

Tego dnia po tym placu zabaw krążył jednak pan. Młody. Na moje oko: 25-26 lat maksymalnie. Wydawało się na pierwszy rzut oka, że był sam. Glorie dostały więc na wejściu rozkaz trzymania się blisko, w zasięgu wzroku i ręki - a ja wzięłam osobnika na celownik.
Pierwsze, co zauważyłam: pan był poddenerwowany.
Drugie, co zauważyłam: nieopodal, przy krzaczkach leżał rower. Dziecięcy, tzw. góral.

Pan nerwowo przechadzał się po placu zabaw. Nerwowo, choć wcale nie szybko - ot, tak sobie dreptał z kącika w kącik, z coraz większymi wypiekami na twarzy. Po chwili stało się jasne, że szuka dziecka. Bawili się w chowanego - dziecko się chowa, pan szuka. Na tym naszym obszernym placu zabaw, otoczonym płotem z siatki, placu nieopodal garaży i śmietników...

- Piotrusiu, gdzie jesteś? - zawołał w końcu nieśmiało ów pan. W jego głosie nie było słychać ani stanowczości ani zdenerwowania. Nawet wtedy, gdy zawołał po raz dziesiąty, po tym, jak zajrzał w każdy kąt placu zabaw, za każde drzewo i pod każdy krzak. Nie było słychać ani stanowczości ani zdenerwowania nawet wtedy, gdy zaczął szukać dziecka między garażami, poza terenem placu, a mnie serce podeszło do gardła i przez myśl przebiegły wszystkie dotąd obejrzane seriale sensacyjne o porwanych dzieciach. Zaoferowałyśmy pomoc - my, czyli ja w imieniu swoim i Glori, bo dziewczyny teren placu zabaw i szkoły znają jak własną kieszeń.

Po kwadransie poszukiwań Piotruś się znalazł (a raczej powinnam powiedzieć, że to pan znalazł Piotrusia). Dziecko schowało się za pomnikiem, z drugiej strony szkoły. Było zaskoczone tym, że jego opiekun, gdy go znalazł, bardzo się zdenerwował i na niego nakrzyczał.

I wtedy odczułam dość dobitnie, że bycie zawodowym pedagogiem jest przekleństwem. Musiałam siłą woli powstrzymać się przed tym, żeby do pana-opiekuna nie podejść, nie nawrzeszczeć na niego i nie zrobić mu wykładu o odpowiedzialności i o regułach gry.

Bo, proszę państwa, nawet zwykła zabawa w chowanego, mimo, że jest tylko zabawą, musi być podporządkowana regułom gry zwanej "wychowanie", a reguły tej gry muszą znać i muszą przyjąć nie tylko dzieci, ale przede wszystkim dorośli.

Piotrusia zrobiło mi się żal...

17 kwietnia 2011

Niedziela Palmowa

palmy wielkanocne: po lewej - Glorii Starszej, po prawej - Glorii Młodszej

cena palmy w Biedronce - 3,69zł (pewnie w innych sklepach są nawet droższe)

cena naszej palmy - koszt krepy (aka bibuły marszczonej) + 2 godziny pracy i godzina sprzątania (reszta to recycling :))

cena dumy z jaką Glorie niosły palmy do kościoła - BEZCENNE!

Nie ma jak sąsiedzkie kreatywne sobotnie poranki...

10 kwietnia 2011

operacja przedszkole

Zbliża się wielkimi krokami ten dzień, gdy w samo południe rodzice trzylatków będą nerwowo podskakiwać przed drzwiami przedszkoli usiłując dostrzec swoje nazwisko na liście przyjętych.
 Tak... Pewnego dnia - wbrew sobie i swoim przekonaniom - doszłam do wniosku, że koniec tego dobrego i dzieci MUSZĄ iść do przedszkola. Bo zwariuję. Z początkiem nowego roku rozpoczęliśmy więc operację PRZEDSZKOLE. Skomplikowaną, świadomą, wieloetapową, nerwową operację.

Etap I. Pierwsze strzyżenie - rozpoznanie terenu
a)      Niczym detektyw Eve Dallas, wydałam polecenie wyszukiwarce: „Goguś, wyszukaj przedszkola w mieście P., dzielnica X”. Kilka sekund i voila, lista gotowa. Hmmm... Kto by przypuszczał, że tyle placówek jest w naszej dzielnicy? Trzeba zawęzić poszukiwania. Przez głowę przelatuje lista pytań: jak daleko jest za daleko? Kto będzie odbierał Porankowe Glorie w razie przysłowiowego W? O której trzeba będzie wstać, żeby Glorie dotarły do przedszkola na czas? Poważnie, wybór przedszkola to nie takie proste zadanie. Trzeba wziąć pod uwagę wszystkie uwarunkowania rodzinne. Kolejne polecenie zatem: „Goguś, wybierz z listy przedszkola w promieniu X przecznic od miejsca zamieszkania Porankowych Glori”. Taaak... „Goguś, podziel przedszkola na publiczne i niepubliczne”. Już lepiej. Drukuj - lista w ręce. Przerwa na kawę. Matko jedyna! Czy ja zwariowałam?
b)      Intuicjo działaj! Patrzę na listę potencjalnych kandydatów na przedszkola moich dzieci i dokonuję wstępnej selekcji. Czy droga w TĄ stronę będzie drogą, którą będzie nam się chciało chodzić? Jaki jest dojazd alternatywny do i z przedszkola? Jakie są atrakcje w okolicy? Czy okolica jest bezpieczna i w miarę znajoma dzieciom? Prawie sprawdzam statystyki policyjne... Nie, aż tak mi nie odbiło. No dobra: „Goguś, wskaż przedszkola, które mają swoją stronę www”. Tak, to zdecydowanie najlepsze kryterium - pokaż mi swoją stronę www, a powiem ci, kim jesteś...
c)      Lista została stanowczo okrojona. Czas na „wizję lokalną”. Rzucam więc hasło: dzieciaki na spacer!

Etap II. Drugie strzyżenie - drzwi otwarte
a)      Na liście zostały cztery przedszkola, choć tak na prawdę dzieciaki wybrały już to jedno jedyne. Piękne, kolorowe, na ulicy o uroczo brzmiącej nazwie. „Goguś, znajdź termin drzwi otwartych w przedszkolu X, Y, Z i ... (kurcze, alfabet się skończył ;)”. Daty wpisane do kalendarza.
b)      Na pierwsze drzwi otwarte zaspaliśmy. Poważnie. Jak nie ma nic do roboty, dzieci budzą się o świcie. A jak Porankowy Tata akurat tego dnia ma specjalnie dzień wolny, mamy plany i o 9:30 powinniśmy się stawić na progu przedszkola... No cóż... NIE WYROBILIŚMY SIĘ NA 9:30! Ale jak to mówią, nic nie dzieje się bez przyczyny...
c)      Drzwi otwarte w „przedszkolu marzeń”. Dotarliśmy na czas.

Na uliczce przed przedszkolem tłumy. Wchodzimy do środka. „Matko, czy ja śnię?” - pytam siebie w duchu. Porankowy Tata robi wielkie oczy.

Miła pani wręcza dzieciom (punkt dla przedszkola) identyfikatory i wskazuje stolik, przy którym można wpisać na nich swoje imię. Pokazuje nam też miejsce, w którym można się przebrać w kapcie. Porankowe Glorie zauroczone siadają przy stoliczkach - Gloria Starsza samodzielnie wpisuje swoje imię i przykleja serduszka. Rozglądam się dookoła - przy pozostałych stoliczkach siedzą rodzice i mocują się z pisakami, naklejkami i identyfikatorami.

Pani Dyrektor zaprasza nas do zwiedzania przedszkola. Drzwi otwarte pełną gębą - wejdź, człowieku i oglądaj, co chcesz. Masz pytanie - pytaj. Zajrzyj do każdego kąta. Pozwól dziecku się pobawić czym chce. Zrobiliśmy więc pierwszy obchód - rodzinnie. Gloria Młodsza zakochała się w łazienkach - skorzystała z każdego małego sedesu, który znalazła i umyła ręce w każdej umywalce. Panie przedszkolanki przeżyły szok, gdy dostrzegły, że obie Glorie są w pełni samodzielne i potrafią same skorzystać z toalety i umyć ręce, a my za nimi nie biegamy z torbą z pieluchami (sic!).

Po kwadransie Glorie uznały, że jesteśmy zbędni i zajęły się swoimi sprawami, czyli zawładnęły stolikiem do prac plastycznych. Wykorzystałam moment i jak „Szpieg Szagówa” zrobiłam obchód na własną rękę.

Po pierwsze, rzuciłam swoje pedagogiczne oko na sprzęt i „myśl pedagogiczną”. Nie mam się w sumie do czego przyczepić (choć, jeśli w jakimkolwiek przedszkolu teczka mojego dziecka zostanie opatrzona naklejką: Elżunia lub Urszulka - wyjdę z siebie!).

Po drugie, panie przedszkolanki. Tak, cóż... W takich okolicznościach też bym miała braki w energii. Na wszelkie pytania odpowiadały jednak zbornie.

Po trzecie, rzut w stronę dyrekcji... Przez dłuższą chwilę przysłuchiwałam się rozmowie pani dyrektor z matkami. Pierwsza zła wiadomość - przedszkole w nowym roku może przyjąć maksymalnie 20 trzylatków... Uuuuu... Mamusia w futerku wyszczerzyła zęby i rzuciła „Mam firmę taką a taką, jestem przekonana, że uda nam się dojść do porozumienia. Chętnie przekażę potrzebne materiały dla CAŁEGO przedszkola”... Uuuuu... Ostro i wprost. Czy ja śnię??? Zrezygnowałam z przysłuchiwania się rozmowie, gdy mamusie w szpilkach i futerkach zaczęły się przerzucać informacjami, która dostaje ile alimentów i która ma gorszą sytuację finansową... Dopadłam więc panią wicedyrektor i ucięłam sobie pogawędkę. O programie wychowawczym. O ochronie danych osobowych. O upublicznianiu wizerunku dziecka za zgodą i bez zgody rodzica. Duuużżżżyyyy plus dla przedszkola w każdej kategorii. Także za cierpliwość względem matki-neurotyczki.

No i po czwarte, przegląd towarzystwa. Jakby na to nie spojrzeć, przedszkole to przestrzeń społeczna złożona z dzieci i ich rodziców. A zatem... Czy młode znajdą tu koleżanki i kolegów, z którymi będą chciały się spotykać poza przedszkolem? Czy jako rodzice odnajdziemy tu jakieś „bratnie dusze”? Bo powiedzmy sobie szczerze, do normalnych nie należymy ;) Odpowiedź na powyższe pytania była mało zadowalająca... Jakoś nie widzę moich Glori w towarzystwie Nataszki, Nikusia, Vaneski czy Wiktorki (pisownia oryginalna wzięta z identyfikatorów - czy każdy rodzic MUSI zdrabniać imię dziecka?). Nie widzę też nas w towarzystwie tych mamuś i tatusiów, których tam spotkaliśmy... No ale...

W drodze do domu zapytałam Glorie, czy im się podobało w przedszkolu. Przytaknęły. Zapytałam Ślubnego, czy mu się podobało. Przytaknął. Zapytałam, czy idziemy na kolejne drzwi otwarte do innego przedszkola. Usłyszałam od dzieci: a po co? Będziemy chodzić tutaj.

Etap III. Trzecie strzyżenie - wybór finalistów i wbijanie gwoździ do trumien przegranych
a)      Klamka zapadła. Przynajmniej jeśli chodzi o przedszkole pierwszego wyboru. Rodzina o innych przedszkolach słyszeć nie chce, a przecież trzeba coś wpisać jako alternatywę. Bądźmy realistami. Zostałam sama na placu boju. „Komputer, znajdź wszystkie wyniki dla hasła: przedszkole nr 00 w mieście P”. Ooo, ciekawe. Tu was mam! Niezabezpieczona galeria internetowa. Zdjęcia dzieci z danego przedszkola podane na tacy oszołomom sieciowym. Na tym punkcie jestem przeczulona. Wiem o przypadkach, gdy rodzic znajduje „śmieszną” fotkę swojej pociechy wykorzystaną w Demotywatorach. No i proszę! Kolejna ogólnodostępna galeria z drzwi otwartych w innym przedszkolu i moja sąsiadka z dzieckiem na zdjęciu. Lecę więc drzwi obok i pytam: „Sąsiadka, wiesz, że jesteś w internecie na zdjęciu?”. Widzę jak jej oczy robią się coraz większe. Oj, paskudnie. Pokazuję jej zdjęcie. Przy okazji zaczynam się mu dokładnie przyglądać. Sflaczałe baloniki sylwestrowe na ścianie, odrapane i uszkodzone (sic!) stoliki, lalka bez ręki (sic!)... Matko, bycie pedagogiem, który jest dzieckiem pedagogów jest koszmarne. Normalny rodzic pewnie na to by nie spojrzał... Dla mnie to ważne.
b)      Mam okazję zobaczyć jedno z potencjalnych przedszkoli od środka w „sytuacji naturalnej” - poproszono mnie - ciotkę - o odbiór dziecka. Wierzcie mi, nie chcecie wiedzieć, jaki jest poziom zabezpieczeń w niektórych placówkach... Przedszkole skreślone z listy...

Po dwóch miesiącach wybraliśmy. 1 marca o 8:00 podania wylądowały w sekretariacie przedszkola marzeń. Do 20 kwietnia w południe mamy spokój. Potem czeka nas (albo i nie) przygotowanie do akcji PRZEDSZKOLAK.

Powinni robić szkolenia i wydawać licencję na bycie rodzicem, bo to sztuka wymagająca nadludzkich umiejętności.

6 kwietnia 2011

...



Pani Porowa poszła spać. Znak to, że dzieci mają się lepiej (dziękujemy za zainteresowanie i życzenia powrotu do zdrowia), a mamusia błaga o kawę. Aktualizacja bloga musi więc poczekać, bo pewne potrzeby mają status PRIORYTET.