Porankowy INSTAGRAM

25 listopada 2009

biedronkowa walka z pandemią


Sieć sklepów Biedronka oferowała nam wiele: "dżem z biedronki", "herbatę z biedronki", nawet "szynkę z biedronki". Czas teraz na "mądrości biedronki".
A że Biedronka jest pod nosem, biedronkowe mądrości przywędrowały do porankowego domu - w ramach "wychowania obywatelskiego" i kształtowania właściwych nawyków prozdrowotnych.

Biedronka instruuje, co robić, by ustrzec się przed pandemią grypy. Instruuje zarówno tych bardziej kumatych i czytatych (pełna strona tekstu drobnym maczkiem), jak i tych mniej kumatych i nie-czytatych oferując im instruktaż obrazkowy (patrz obok)

Pech chce, obecnie w porankowym domu obie Porankowe Panny walczą z jakimś wirusem (choć raczej nie tym świńskim, bez obaw!). Porankowej Panience po dwóch dniach podgorączki i bólu gardła wybiło w katarze i zaowocowało rzężącym kaszlem (ale już bez temperatury), Porankowa Panieneczka zaś chrypi, gdy wyje (a wyje dużo, bo rosną jej trzonowce).
Z tej oto okazji Porankowa Mama zawiesiła na drzwiach lodówki biedronkową instrukcję w wersji dla mniej kumatych - Porankowa Panienka może i jest nad wyraz rozwinięta intelektualnie, ale nie przeceniajmy jej umiejętności.
Porankowa Panienka zapoznała się z instrukcją i stara się do niej stosować - o dziwo, całkiem dobrze jej idzie.
Narodzie, jednoczmy się przeciw pandemii! ;)

A tak poza tym, jeszcze dychamy. Porankowa Mama ostatnie cztery dni spędziła w dużej mierze poza domem - szkoląc, będąc szkoloną, robiąc za królika doświadczalnego, prowadząc spotkanie "biznesowe" oraz usiłując kupić buty na "zimę"... Porankowy Tata w tym czasie przeszedł na etat "full time daddy" i - zgodnie ze wszelkim prawidłami - razem z dziećmi wiercił dziury w ścianach, porządkował kable, przestawiał meble, porządkował piwnicę... Ale to już inna bajka, czy raczej kilka innych bajek.

15 listopada 2009

chlebowe żółwie

Porankowa Panienka z uporem maniaka próbuje zdobyć sprawność kuchcika.
Zaczęło się od wypożyczenia z biblioteki takiej oto książki kucharskiej:


W książce tej dziecko upodobało sobie przepis na chlebowe żółwie. Jako że Porankowej Mamie jakoś tak z żółwiami w kuchni nie było po drodze, dziecko postanowiło wziąć sprawy w swoje ręce. Gdy Porankowa Mama weszła do kuchni zastała małą kuchareczkę stojącą na stołku przy kuchennym blacie, na którym to blacie przygotowane było dosłownie WSZYSTKO, co potrzebne do upieczenia chlebowych żółwi - rozłożona książka kucharska, wyjęty mikser i składniki, nawet łapka kuchenna do wyjęcia gorącej blachy z pieca... Przyznać trzeba, że autorzy książki mieli dobry pomysł z rozpisaniem przepisu przy użyciu obrazków:


Cóż było robić, trzeba było pomóc dziecku w pieczeniu. Szczególnie, gdy takie dziecię lat prawie trzy patrzy na człowieka wielkimi oczętami i pyta: "To od czego zaczynamy, mamuśka?"
Porankowe panie zaczęły więc mieszać i miksować - zgodnie z przepisem. Aż dotarły do punktu o następującym brzemieniu:


- Masło? Jakie masło? - zapytała mądrze Porankowa Panienka.
- No masło... - Porankowa Mama usiłując odnaleźć w przepisie ile tego masła trzeba dodać. O maśle jednak ktoś - czyli autor - zapomniał. Nie było go ani w spisie potrzebnych składników, ani w przypisach i dygresjach do całego przepisu. Porankowe panie dodały więc masła na przysłowiowe "oko" licząc, że efekt będzie zbliżony do tego podanego na obrazku, a więc:


Po prawie godzinie ugniatania, klejenia, podsypywania mąką, mycia rąk, prania ubrań, kolejnego sypania mąką, wyjmowania z buzi surowego ciasta, nawoływania: "mama, a Ula zżera żółwia!", mycia twarzy i rąk, ratowania żółwi od zalania sokiem, ratowania żółwi zasypanych kilogramem sezamu, ratowania kuchni przez zasypaniem mąką itd. z piekarnika wyjęta została blacha z pachnącymi, rumianymi chlebowymi żółwiami:


Już pal licho, że miało ich wyjść osiem, a wyszło tylko pięć. Pal licho, że całe mieszkanie nadawało się do generalnego sprzątania. Pal licho, że dzieci odmówiły zjedzenia obiadu na rzecz zjedzenia żółwi. Porankowi rodzice są dumni z małego kuchcika lat prawie trzy!