Porankowy INSTAGRAM

27 czerwca 2009

kwiatki

Porankowe panny są często obdarowywane (z okazji i bez okazji) książkami. I dobrze, bo obie panny są od małego chowane wśród książek, których w porankowym domu jest "mnogie mnóstwo". Te książkowe podarki to zarówno dziecięca klasyka, jak i "radosna twórczość dla dzieci bliżej nieokreślonego autorstwa"... Tych pierwszych komentować wręcz nie wypada. Brzechwa, Tuwim, Andersen i spółka :) wielkimi poetami/pisarzami byli i kropka. Książki z drugiej grupy to jednak co innego. Nie sposób ich nie skomentować. Ba, wręcz należy je skomentować! Dlaczego? Proszę, oto przykłady.

Wśród wspomnianej radosnej twórczości dla dzieci przeważają ostatnio książki (choć może "książki" to za dużo powiedziane) z naklejkami. Taką książkę otrzymała niedawno Porankowa Panienka. Ładnie wydaną nakładem Wydawnictwa Grafag (podajemy, żeby nie było potem afery), kolorową, przyjemną dla oka. Tytuł: Słówka. Książka ta przypomina taki mały słownik z obrazkami - obrazki zaś to wytwory z plasteliny/modeliny. Niby wszystko super, ale jednak...

Gdy porankowe panny poszły spać, Porankowa Mama od niechcenia przejrzała książeczkę. Pierwsza strona, która przykuła jej uwagę wyglądała tak:


Czy coś przykuwa i Waszą uwagę? Jeśli nie, podpowiadamy: jest to książka wypuszczona na polski rynek, dla polskich dzieci... Z pewnością w wielu polskich domach dzieci odnajdą w kuchni małże, bakłażany, karczochy, awokado... No dobra, czepiamy się?

Naklejanie obrazków to jedno, zabawa z książką - drugie. Dwulatek chętnie bawi się w nazywanie przedmiotów. W komentowanej książeczce autorzy jednak nie pomyśleli o takiej zabawie. Porankowa Panienka miała nie lada problem z nazwaniem następujących obrazków:


Kosz na bieliznę ewidentnie wygląda jak śmietnik z Ulicy Sezamkowej (ten, w którym mieszkał Oscar). Ten czerwony ochłap jest trudny do zidentyfikowania i nawet porankowi rodzice nie nazwali go filetem. A żakiet... Cóż... Na nasze oko to raczej futro... Porankowy Tata wymyślił dziś, że pewnie wydawca zrobił nieudolną kalkę z angielskiego "jacket", bo tylko takie wyjaśnienie wydaje się być sensowne, choć ten sens jest nieco naciągany...

Pomijając powyższe, książeczka oferuje dziecku także niesamowite przeżycia "estetyczne". Oto kilka zwierzaków - proszę zwrócić szczególną uwagę na nogi (proporcje ciała) żyrafy, oczy nosorożca oraz pysk owcy:



Zaskakuje także strona: moje ciało. Nie tylko z powodu oryginalnego pokazania części ciała, ale także ich doboru.


A na koniec, powala proponowana przez Wydawcę kolejna część serii - kształty i rozmiary. Widoczny motor to przykład okręgu, a łódka to trójkąt - o innych nie wspominając...


No dobra, można pomyśleć, że to tylko wyjątek, że dziwaczność książki wynika z jej nietypowego charakteru. Ale nawet zwykłe książki - takie z obrazkami i tekstem - potrafią zaskoczyć. Proszę, poniżej niewinnie wyglądająca książeczka dla dzieci:


W tej niewinnie wyglądającej książeczce odnajdujemy szereg wierszyków o zwierzątkach. Pomijamy drobiazg, jakim jest oprawa graficzna. Skupmy się na tekście i spróbujmy sobie wyobrazić, że czytamy te wierszyki dziecku na dobranoc:


I co? Pierwszy wierszyk jawny horror. Drugi - horror ukryty. Trzeci - eee... Brak komentarza.
Generalnie, wierszyki szerzące agresję, wierszyki bez pedagogicznego sensu, wierszyki pisane chyba tylko po to, by się nazywało, że ktoś coś napisał/wydał.

No ale, my się na tym nie znamy. Przecież w porankowym domu nikt na pedagogice się nie zna...

***
I jeszcze jedno zdjęcie... Tak odnośnie pedagogiki. Porankową Mamę zaskoczyli jej studenci... Na nieoficjalnym spotkaniu kończącym ich "oficjalną" współpracę, wręczyli oni Porankowej Mamie taki oto prezent:


Tym prezentem Porankowa Mama zamyka pewien etap swojej akademickiej kariery. Zamyka go mając ogromne poczucie satysfakcji, bo wszystko wskazuje na to, że wykonała dobrą robotę.

23 czerwca 2009

po czym poznać...

Po czym poznać mamę dwójki małych dzieci, która większość czasu spędza z nimi w domu? Po tym, że:
- dostając zaproszenie na wesele tydzień rozważa, czy w ogóle może rozważać wyjście z domu,
- kolejny tydzień rozważa, czy czy decyzja o pójściu na wesele jest decyzją właściwą,
- po potwierdzeniu zaproszenia rozpacza, że źle zrobiła, bo (tu należy wstawić: nie ma co na siebie włożyć, dzieci i tak nie zasną, dzieci się obudzą i będą wyć, wesele jest za daleko - 25 km - i jak coś się stanie, to nie będzie jak przyjechać itp.),
- przez kolejne dni odwleka kwestię wybrania się na zakupy,
- na zakupach rozpacza, że i tak nic na nią nie pasuje i żałuje, że wesele nie jest "za jakieś 15 kg mniej",
- dzień przed weselem przypomina sobie, że nie rozchodziła butów, nie ma zapasowych rajstop, nie wie, co zrobić z włosami, zapomniała zrobić manicure itp.,
- w dniu wesela szuka wymówek, żeby na nie nie iść,
- godzinę przed wyjściem z domu stwierdza: "kurcze, gdzieś tu miałam jakąś szminkę" oraz decyduje się na związanie włosów w koński ogon przy użyciu gumki pożyczonej od własnej córki racjonalizując zarazem brak pożądnego manicure,
- jadąc na wesele myśli o tym, że właściwie to jest jej pierwsze poważne wyjście z domu od... 3 lat(?!) i że nie pamięta, kiedy była poza domem po godzinie 21:00,
- wychodzi z wesela krótko po północy, żeby pójść spać przed 1:00 - "bo dzieci i tak wstaną o 6:30, a do tego i tak idzie do pracy na 9:40, bo jaki sens przekładać ostatnie zajęcia dla studentów, skoro i tak musi wstać o 6:30?"

Po czym poznać tatę dwójki małych dzieci? Po tym, że:
- tydzień przed weselem musi sobie kupić nowe spodnie od garnituru, bo w stare się nie mieści,
- w dniu wesela przypomina sobie, że do garnituru nie pasują adidasy i przewraca pół szafy w poszukiwaniu mokasynów,
- w kościele stwierdza, że go buty obcierają,
- na weselu stwierdza, że go buty obtarły,
- wychodzi z wesela krótko po północy, żeby pójść spać przed 1:00 - "bo dzieci i tak wstaną o 6:30, a zresztą i tak musi iść do pracy na 15".


Tak, poważnie, to nie żart. Wiemy, że to żałosne. Ale liczy się fakt, że byliśmy :))))) Ech...

14 czerwca 2009

był sobie plan...

Plan był taki: Porankowy Tata po powrocie z pracy i po zjedzeniu obiadu pakuje dzieci do wózka i na rower i wychodzi w odwiedziny do swoich rodziców, a Porankowa Mama przez popołudnie, wieczór i być może część nocy siedzi przyklejona do fotela przy komputerze i pod presją czasu kończy nanosić poprawki na rozdział teoretyczny, żeby jutro (tzn. w poniedziałek) od rana wręczyć go promotorowi.
Taki był plan. Ale rzeczywistość lubi płatać figle...
Pomińmy splot wydarzeń opóźniających wyjście na spacer. Porankowy Tata z córkami w końcu wyszedł, w końcu znalazł cel spaceru i przez ponad dwie godziny go nie było. Pomińmy codzienną przerwę w przyklejeniu do fotela spowodowaną koniecznością biegania za małymi golasami uciekającymi po kąpieli przed ubraniem w piżamę. Pomińmy usypianie, gdy Porankowemu Tacie Porankowa Panieneczka zwisa bezwładnie na rękach, bo nie można jej odłożyć do łóżeczka ze względu na wyjącą obok Porankową Panienkę (dziecko ostatnio przez godzinę potrafi jak mantrę powtarzać: mammmmaaaaa.... tatttaaaaa.... wchodząc na coraz to wyższe tony, póki ktoś nie przyjdzie, a wtedy zaczyna gadać - taka mała zemsta bogów za to, że Porankowej Mamie gęba się rzadko zamyka).
Dlaczego pomińmy powyższe? Bo mimo powyższego Porankowa Mama potrafi w locie i z doskoku pisać to swoje opus-wcale-nie-magnum - ot, taka rutyna, do której się człek przystosował... Czego zatem dziś nie pomijamy?
Nie pomijamy dziś nagłego przejścia histerycznego płaczu Porankowej Panienki w histeryczny wrzask, który wcale nie był spowodowany histerią. Oto bowiem o godzinie 21 z groszami dziecko nagle wyskoczyło jak oparzone ze swojego pokoju i usiłując złapać równomierny oddech zaczęło na korytarzu piszczeć: "papier w nosie, papier w nosie!".
Tak, papier w nosie, koszmar rodzica małego dziecka. Porankowa Panienka szukając sposobu na opóźnienie pójścia spać postanowiła namolnie wycierać nos. A że dziecko jest samodzielne, postanowiła skorzystać z papieru toaletowego, a nie z chusteczek, do których nie mogła sięgnąć. No i ten papier w nos sobie wetknęła. A potem prawdopodobnie wzięła głęboki oddech... W końcu ma tylko 2 lata i 4 miesiące... No i kawałek papieru w nosie utkwił...
Porankowa Mama z adrenaliną powyżej uszu, lecz z zachowaniem zimnej krwi (niespodziewanie człowiek odkrywa swoją naturę w sytuacjach podbramkowych!), przyjrzała się w przelocie dziurce w małym nosie i udała się na poszukiwania pęsety nakazując dziecku uspokojenie się, nieoddychanie i stanie pod lampą. Poszukując usiłowała sobie przypomnieć wszystkie seriale medyczne, gdzie trzeba było dziecku coś z nosa wyjmować... (Kurcze, zawsze mówiłam, że seriale to nie jest głupia rzecz!). No ale niestety... W nosie papieru nie było widać. Widać było natomiast krwistą wydzielinę... Na nic się zdało dmuchanie w chusteczkę do nosa... A oczy Porankowej Panienki robiły się coraz większe i przerażone... Ich właścicielka zaś powtarzała: "Papier! Jest w nosie!" wylewając przy tym hektolitry łez.
Porankowi rodzice oczami wyobraźni widzieli już nocną wizytę na ostrym dyżurze...
Na szczęście dziecko nagle kichnęło wyrzucając z nosa spory zwitek zakrwawionego papieru... Porankowa Mama nie mogła się powstrzymać i zapytałą:
- Dziecko, na Boga, jak tyś to tam wcisnęła?
- Bo wiesz... Nie wiem... - odpowiedziała z ulgą roztrzęsiona dwulatka i dodała - dostanę lekarstwo?
Dostała. Diphergan na uspokojenie. Po kwadransie główkowania niby wyżej wykształconych rodziców, jaką dawkę dać dziecku. CZY KTOŚ WIE, JAK SIĘ PRZELICZA TE CHOLERNE DAWKI????? Najśmieszniejsze, że Porankowy Tata na co dzień przelicza dawki leków w pracy. A dziś czarna dziura... No ale własne dziecko to nie to samo co pies nieznajomego...

Summa summarum, dziecko po kwadransie lek dostało, teraz śpi - dzięki Bogu - z drożnym nosem. A porankowi rodzice usiłują zbić adrenalinę domowym winem... (Kto nie był rodzicem małego dziecka niech nie osądza! Adrenaliny powyżej uszu w takiej sytuacji...)

I w ten oto sposób plan diabli wzięli!!!

ps. niniejszym Porankowa Mama usprawiedliwia się z faktu niedokończenia nanoszenia poprawek na swoją pracę doktorską. A co za tym idzie, poprawionego rozdziału jutro nie odda. Siła wyższa. W końcu nie jest matką ośmiorga dzieci i nie ma doświadczenia w sytuacjach podbramkowych. Świat się nie zawali bardziej niż obecnie. Zresztą, kto wie, czy w ogóle jej siedzenie przed komputerem i nanoszenie poprawek ma sens... Bo jeśli każą płacić 10 tysięcy za obronę po terminie to doktorat diabli wzięli... A takie plotki chodzą...

10 czerwca 2009

był sobie pomnik

Był, bo już go nie ma. Porankowy Tata uwiecznił na zdjęciu to, co dziś (dosłownie dziś, w środę 10 czerwca) z pomnika zostało:



Od 30 lat stał sobie niedaleko porankowego domu jako charakterystyczny element wystroju otoczenia. Niezbyt urodziwy, trzeba dodać, ale charakterystyczny. 16 metrowa betonowa belka ustawiona w pionie.
Od jakiegoś czasu pomnik budził wiele emocji, nie tylko z powodu jawnej brzydoty i znikomej użyteczności społecznej, ale przede wszystkim z racji tego, że był to pomnik na cześć pewnego generała, co to wcale pozytywnym bohaterem nie był. Przynajmniej dla sporej rzeszy ludzi, bo znalazło się też grono, dla którego ów generał był wielkim bohaterem.
Generała postanowiono więc się pozbyć w imię akcji dekomunizacyjnej. Pewna partia, co to się z pistacjami kojarzy, wpadła na szalony pomysł, by przeszczepić generałowi twarz (ot, zrobimy z niego Sikorskiego i po kłopocie - poważnie!). Przeszczep się nie przyjął już w przedbiegach, bo postanowiono generała rozebrać (i nie jest to błąd językowy czy stylistyczny, bowiem na tablicy informacyjnej w miejscu rozbiórki widnieje wołami pisane: "rozbiórka generała X."). Decyzja ta zapadła ponoć jakiś czas temu. No ale...
Wieść się niosła, że generał ma niezłe korzenie. Dosłownie. Pomnik jest zbudowany ze zbrojonego betonu i by się go pozbyć trzeba go wysadzić. Porankowa rodzina szykowała się więc na wielkie "bum", podczas gdy mądrzy ludzie myśleli nad tym, jak takie "bum" zrobić, by przy okazji nie wysadzić okolicznych bloków. Czas mijał, a generał stał tam, gdzie stał.
I oto nagle, w poniedziałek po eurowyborach przepuszczono nagły i nieprzyjemny atak na generała:



We wtorek popołudniu Porankowa Mama popijała kawę patrząc przez okno porankowej kuchni (cóż, nie każdemu dany jest taras z widokiem na zieleń okolicznych lasów, pola czy morze). Przyglądając się otoczeniu spojrzała na wystający zza sąsiedniego domu czubek pomnika, który miał zostać poddany rozbiórce.
- Przydałoby się ostatnie zdjęcie. Poglądowe dla potomności - pomyślała i wyszła do pokoju po aparat fotograficzny. Gdy wróciła po kilkudziesięciu sekundach... czubek pomnika był już tylko wspomnieniem. Bez "bum", tak zwyczajnie - koparki, młoty pneumatyczne, robotnicy... W ciągu niecałej minuty.
I po co te wielkie debaty o wysadzaniu?

4 czerwca 2009

a w maju...

Kruk krukowi oka nie wykole, ale dziecku owszem. Szczególnie, gdy zostanie ono potraktowane przez tego kruka jako wróg i konkurent do dobroci w śmietniku... Dobrze, że Porankowy Tata nieco się na tych stworzonkach zna...


Szukajcie a znajdziecie... Szkoda tylko, że nie dogadały się w sprawie tego, kto szuka, a kto się chowa...


Potrzeba matką wynalazku. Jak zamienić nudny obiad w coś fajnego? Trzeba trochę pomysłu i "imaginacyi".


"Nie chcem, ale muszem" - czasem się nie da przeżyć dnia bez czegoś słodkiego. Ciasteczka z kleiku ryżowego - polecamy!