Porankowy INSTAGRAM

2 grudnia 2012

Adwent 2012

No to start!

W tym roku nasz wieniec adwentowy występuje w formie koszyczka adwentowego. Ot, natchnęło nas w pewnym urokliwym sklepie typu 1001 upominków. Aniołek wzdychał do nas przy kasie (1zł), koszyczek wołał "dam się wykorzystać i po Bożym Narodzeniu!" (7zł), złote świeczki przypadły do gustu Glorii Młodszej (1,5zł sztuka). Reszta gadżetów jest wydobyta z zapasów sprzed lat - jednak mania zbieracza na coś się przydaje.

11 listopada 2012

pyzy

Dziś 11 listopada. Flaga za oknem powiewa, w domu dziecię pieje na nutę Mazurka Dąbrowskiego (ukłony w stronę przedszkola) i dopytuje o biało-czerwone kotyliony (to też jakaś tradycja zza oceanu, czy to tylko moje wrażenie? nie przypominam sobie kotylionów "za moich czasów"). Świąteczna niedziela zasługuje na świąteczny obiad. Skromnie napomknę, że zapachy z kuchni unoszą się nieziemskie (pomińmy wymownym milczeniem lekko przypalony sos - bohatersko go reanimowałam, pacjent żyje). Mięso, klasycznie polski sos, buraczki, no i pyzy. Tradycyjnie znaczy się.

Ale wróćmy do sedna: PYZY. Wiecie, takie drożdżowe lekkie klucho-kulki gotowane na parze. Choć może nie wiecie, bo nasze poznańskie pyzy znane są ponoć w innych rejonach Polski jako: pampuchy, parowańce, kluski na parze. Sama dowiedziałam się o tych dziwnych nazwach dość niedawno. Jak się okazuje, moje wielkopolskie wyobrażenie pyzy odpowiada internetowemu wyobrażeniu pampucha - wszechwiedząca Wikipedia podaje:
Wielkopolsce pampuchy nazywane są pyzami (gw. kluchy na łachu[1]) lub kluchami na parze – są to kule z ciasta drożdżowego gotowane na parze. Ciasto przyrządza się z zaczynu drożdżowego (drożdże z dodatkiem niewielkich ilości mleka, mąki, cukru i soli), który następnie mieszany jest z właściwymi składnikami ciasta (mąka, jaja, mleko). Do wyrobionego ciasta dodaje się roztopioną margarynę[1]. Garnek z wrzącą wodą obwiązywany jest lnianą ściereczką, na którą układane są kulki z przygotowanego ciasta drożdżowego – po przykryciu są gotowane przez ok. 20 minut[1]. Wyroby takie pyzy w postaci półproduktu do przygotowania w kuchennej łaźni parowej można kupić w sklepach spożywczych. Podawane są zazwyczaj z kapustą modrą lub kaczką.
No właśnie. Ja się dziś przyczepię słowa: zazwyczaj. Jak się okazuje, pyzy mogą być także podawane na słodko, z sosem owocowym (często truskawkowym), z dżemem. Trudno mi wyobrazić sobie smak takiej pyzy na słodko, ale przyjmuję, że może to komuś smakować. U nas jednak, proszę państwa, pyzy jada się na słono. Z sosem od mięsa, ze "sztuką mięsa" obok. Pyza to część obiadu i jak żyję na tym świecie ponad trzydzieści lat, nie spotkałam wielkopolanina, który o pyzie myśli inaczej.

To teraz wróćmy do dzisiejszego obiadu. Wróćmy do mojej pachnącej sztuki mięsa, do moich buraczków. Widzicie to cudo? No, to teraz dorzućcie do tego pyzę zalatującą wanilią, która ma zdecydowanie słodki posmak. No cholera człowieka bierze!

Coca Cola (lokowanie produktu celowe) potrafi różnicować smak napoju zależnie od kraju odbiorcy. Vizir (lokowanie jw) ma inny zapach za zachodnią granicą i u nas. Dlaczego, na Boga, producenci pyz nie mogą zróżnicować ich smaku w zależności od regionu sprzedaży? Czy to sztuka napisać na opakowaniu: pyzy na słodko?

Ech, przynajmniej rogale świętomarcińskie są jedne i nie ma opcji ZONK przy jedzeniu...

16 października 2012

pocztówka z krainy ospy

Jakby ktoś pytał, ospa nr 2 w natarciu. Puder w kremie nie daje rady. Lek na swędzenie działa krótko. Nocki zarwane. Termometr wybija dziury w suficie. Ale za to ospa nr 1 dostała zaświadczenie, że jest zdrowa.

Młode dogorywają jednym okiem rzucając w stronę "Barbie - Calineczki" na ekranie.
Gloria Starsza duma:
- Ona (bohaterka) pewnie jest nastolatką, co? Bo może wyjść sama na rower. A ja nie mogę, niestety.
- Nooo - odpowiada jej młodsza - ja też nie.
- Tak, ona na pewno jest nastolatką. I jest po Komunii. Widzisz? Ma komórkę. A komórkę dostaje się na Komunię - duma dalej starsza.
- Nooo - odpowiada jej młodsza - a laptopa kiedy?

Laptopa to pewnie jak się idzie do pierwszej klasy, co?

Ech... I pomyśleć, że ja na Komunię św. dostałam zestaw szczotek do włosów, książki i torebkę... No, i zegarek z białym długopisem i kalkulatorem, of course.


10 października 2012

wiatrówka

Rankiem, w dniu, w którym w kalendarzu brakuje linijek do zanotowania listy "to-do", dziecko lat 5,5 budzi się z okrzykiem na ustach:
- Mamaaaa! Swędzi!!!
Oczom matki-w-locie ukazuje się wielka, rasowa kropka wypełniona płynem, a w głowie pojawia się myśl, której nie będę tu przytaczać, bo jest wielce niestosowna nawet jak na wymogi anonimowego bloga.
Telefon, babcia, taksówka, lekarz, izolatka, apteka, taksówka, babcia, taksówka, praca. Walnięcie głową w stół.
Tak wygląda, proszę państwa, ospa wietrzna naszych czasów.

Trzeba jednak przyznać, że ospa nie taka straszna, jeśli ma się szczęście i znajomych, którzy potrafią doradzić sposób "na przeżycie". Popularne tabletki na febrę przepisane przez pediatrę i butelka białej zawiesiny do smarowania kropek uzupełnione zostały popularnym środkiem na ukąszenia owadów i inne swędzenia (w kroplach) wraz z dużą dawką witaminy C i wapna. Jedna noc z głowy (159 swędzących kropek dało o sobie znać), ale potem luzik. Bo mieliśmy szczęście.

W przedszkolu informację o ospie przyjęli nieco lepiej niż my w domu. Sekretarka westchnęła i stwierdziła "no tak, zdarza się". Wychowawca grupy zrobił wielkie oczy i dodał "no tak, cóż zrobić". Pani Dyrektor westchnęła "no tak, takie życie" i zaczęła dopytywać, czy zlokalizowaliśmy już źródło zarażenia.

No takie życie! Czym tu się stresować?

Ano, stresować się quasi-wsparciem ze strony znajomych mam.
- A jesteście pewni, że to nie ta bostońska? Bardzo groźna, trzeba uważać.
- A szczepiliście na ospę? Nie? To ty nie wiesz, jakie mogą być powikłania? Kuzyn kuzynki sąsiadki męża kolegi z pracy umarł z powodu ospy.
- Ospa? Olać sprawę. Tylko koncerny farmaceutyczne zarabiają na tej schizie z chorobami. To tylko wysypka, przejdzie samo. I broń Bóg nie podawaj jej leków, na wirusy leków nie ma - to trucizna dla dziecka!
- A syrop z boczniaka jej podawałaś? (sic!). Doskonale wspomaga odporność.

Co matka to inna teoria. Poważnie zaczynam się zastanawiać nad przyszłością ludzkości... Nie ma co, wyginiemy od tych mądrości...


ps. Państwo wybaczą lekki sarkazm, ale ja jestem koszmarnie przyziemna w moim oderwaniu od rzeczywistości i za cholerę nie potrafię wbić się w obowiązujący schemat "aktywnej-matki-dbającej-o-dobro-dziecka"


29 września 2012

taxi

Są takie dni, gdy cały misternie opracowany plan dnia rozpada się w pył. Człowiek pakuje wtedy torbę zgarniając do niej cała zawartość biurka, jedną ręką próbuje przytrzymać słuchawkę i wykręcić numer radio taxi, modli się, żeby Bóg czas zatrzymał i galopem pędzi przez korytarz do wyjścia z budynku rzucając wrogie spojrzenie w stronę opustoszałych gabinetów dyrektorskich... (Tak zazwyczaj wygląda pierwsza scena z filmów gatunku komedia romantyczna, nie? Zapewniam jednak, że dziś nie o romansie będzie).

Pędzi taki człowiek, któremu się dzień posypał do drzwi wyjściowych, zębami zapina torebkę, podtrzymuje tonę papierów i zaczyna się rozglądać za taksówką, którą zamówił chwilę wcześniej, a miła pani w słuchawce powiedziała: 5 minut.

Rozgląda się, rozgląda... Mija 5, 10, 15 minut. Szlag człowieka trafia. Angażuje rodzinę w awaryjny odbiór dzieci z przedszkola. Dzwoni do "miłej pani".
- Taksówkarz stoi w korku, ale już do pani jedzie. Granatowy mercedes. Będzie za chwilę - słychać w słuchawce.

No fakt. Może stać w korku. Piątek, popołudnie, trzeba się przebić przez mega plac budowy.

Wreszcie na horyzoncie pojawia się lśniący, granatowy mercedes.

Człowiek do niego wsiada, podaje cel jazdy, a pan kierowca z oburzeniem stwierdza:
- Wie pani jak ja długo do pani jechałem? Ponad pół godziny. I mam teraz tą samą drogą jechać? Ostatni kurs, szkoda i auta i paliwa! Obiad poczeka... - tu była jakaś kontynuacja myśli o obiedzie, spieszących się ludziach i braku poszanowania dla kierowcy...

Nic tylko dać takiemu w mordę i wysiąść. Ale się nie da, bo czas goni.
- Jedź pan - błaga więc człowiek w duchu - i nie narzekaj pan. Przecież panu płacę!

I taksówka rusza...
Prędkościomierz stoi w miejscu, wskazówka ani drgnie... Kierowcy trzęsie się ręka. Człowiekowi przed oczami migają sceny jak z filmu grozy.
- Aniele Boży, miej mnie w opiece. Jedź pan! - aż się chce krzyknąć na głos.

Taksówka jedzie. Jeśli przekroczyła prędkość 20 km/h to tylko w marzeniach. Pieszo człowiek szybciej dotrze!
- To teraz śmigniemy w tą uliczkę i jest pani na miejscu - i skręca w uliczkę z prędkością ślimaczą.

Trzeba jednak przyznać, że atrakcje taksówkowe skutecznie potrafią rozładować stres związany z rozsypanym planem dnia. Mogę spokojnie wrócić do pracy w poniedziałek bez chęci mordowania przełożonych - pioruny przeniosłam na kierowcę.

25 września 2012

znak naszych czasów

Jestem. Matka na pełen etat.

Jasne, że nie taki "prawdziwy", jak mają niektórzy. Phi, toż mój etat to tylko 23 godziny tygodniowo. I dwie z tzw. art. 42. I dwie stałe nadgodziny. I trzy godziny w świetlicy profilaktycznej. W tym wszystkim tylko 9 godzin lekcyjnych z dzieciakami. Phi, toż to łącznie tylko 30 tygodniowo! Luzik. I do tego wolne weekendy, wolne święta, wolne wakacje. Phi! Luzik...

Jestem. W locie między szkoła a przedszkolem.
Przedszkolem, gdzie zajęcia dodatkowe wybrane po raz pierwszy w karierze edukacyjnej młodych, w tym roku się rozjechały godzinowo. Powiedzieć młodej: Gloria, rezygnujemy z twojego sportu, bo matka wyzionie ducha biegając tam i nazad (tak to się pisze?)? Czy może powiedzieć drugiej Glorii: kochana, siedzicie w przedszkolu do oporu, bo nie chce mi się łazić z tobą w oczekiwaniu aż młodsza skończy szaleć na macie?

Jestem.
Rok szkolny też jest. I jakoś tak przeleciał już ten wrzesień koło nosa...

Tak wygląda XXI wiek z perspektywy rodzica.

A z perspektywy dziecka?

Gloria starsza nie chce się spotykać z kumplami z sąsiedztwa - takimi już "dorosłymi", bo szkolnymi. Powód? Nudzi się jak mops, bo szkolniaki tylko siedzą obok siebie i grają na komórkach... A ona komórki nie ma. I mieć nie będzie póki co. Koniec i kropka. Kropka com (to ostatnie to prawdziwy cytat z Glorii...)

10 sierpnia 2012

lekarz domowy

- Mamaaaaaaa - ryknęło dziecię głosem nie znoszącym sprzeciwu i zarzuciło mnie torbą pełną pustych opakowań po lekarstwach. - Będziesz panią w aptece. Bo lalka jest chora. Ale najpierw będziesz panią doktor.
- Młodaaaa - odchrypiałam głosem nie znoszącym sprzeciwu - to ja tu ledwo dycham i potrzebuję lekarza i apteki. Wykaż się.

I to był błąd. Dziecię podchwyciło temat i w mgnieniu oka chora lala wylądowała w wózku, a młoda-lekarz zjawiła się przy mnie z zabawkowymi słuchawkami.
- Oj, źle to wygląda. Jest pani chora. 
Osłuchała mi czoło (?!), zajrzała do ucha i oka, kazała kaszleć do upadłego.
- Chwila - wybiegła do pokoju po kartkę i długopis. - tu ma pani receptę. I nagroda za dzielność - przykleiła mi naklejkę na stopę. - Do widzenia.
I wyszła.

Wróciła po chwili, młoda-aptekarz.
- Oj, długa ta recepta - rzekła z przekąsem rozkładając pudełka po lekach na stole. - Potrzebuje pani witaminy C, maści do smarowania i kropelek na głowę. I jeszcze ochydny syrop.
Młoda-aptekarz perfekcyjnie wybrała z zestawu pudełek te właściwe (poważnie, dokładnie te, co trzeba na bóle głowy, kaszel i gorączkę).
- Płaci pani sto pięć osiemdziesiąt.
Reszty nie wydała...
I wyszła.

Wróciła po chwili jako matka.
- Tu masz, łykaj - podała mi kubek pełen leków na niby. Potem wtarła maść na niby, nakleiła plaster na czoło... Usiadła na chwilę i zaczęła śpiewać kołysankę.
Nagle wstała.
- No, teraz jesteś zdrowa. To mamaaaaa, będziesz lekarzem?

31 lipca 2012

matka-gloria-zołza

Poniedziałkowe przedpołudnie. Na plac zabaw wkroczyła matka. Wysypała dzieciom zabawki do piaskownicy, rozłożyła torby "pod tyłek", żeby nie przemoczyły spodni (wszak w niedzielę padało),  wzięła książkę do ręki i dała się porwać miłosnej historii rozgrywającej się w paryskiej knajpce. Włos rozwiany, paznokcie starannie pomalowane, okulary na nosie. Dzieci puszczone "samopas", kombinują z piaskowymi tortami, zbierają skarby z trawnika - tego bliżej matki i tego za płotem. Matka-gloria siedzi na tej ławeczce i naraża się innym matkom. Matkom, co to za dziećmi biegają wołając: "nie do piasku, bo jest mokry", "nie po kolanach!", "gdzie zostawiłeś swoją piłkę?", "biegaj po słoneczku".
A matka-gloria spogląda na nie spode łba i słowem się nie odezwie - ani do nich, ani do dzieci.
Zołza, prawda?
Na wyjściu trzeba jej dowalić, głośno skomentować: "Nie wiem, jak można być tak wyrodną matką, żeby z dziećmi się nie pobawić i książkę na placu zabaw czytać" i wyjść zarzucając nosem tak, żeby osiadł na plecach.
A matka-gloria-zołza nic.

Bo kto wie, że matka-gloria-zołza w niedzielę wieczorem wróciła z wyjazdowego wesela (stąd te pomalowane paznokcie i burza na głowie), gdzie dzięki drastycznym zmianom aury i klimatyzatorowi na sali tak się doprawiła, że straciła głos i zawaliła zatoki, w efekcie czego głowa jej pulsuje? Kto wie, że dzieci doskonale znają teren przy piaskownicy i za płotem, że nie wyjdą dalej niż im wolno? Kto wie?
Ale czy to ważne?

Podpisano: matka-gloria-zołza

wspomniana miłosna historia w paryskiej knajpce to przeurocza książka Nicolasa Barreau

20 lipca 2012

opowieść zaległa: winda

Jedną z pierwszych opowieści na naszym blogu była opowieść o windzie. O tym, że jest za wąska i nie mieści się w niej wózek, że zapomina o naszym piętrze rozwożąc mieszkańców wedle uznania... Ta winda to przeszłość. Ponad rok temu, wczesnym rankiem, obudził nas młot pneumatyczny zwiastujący remont. Długi, kurząco-pylący remont czeluści szybu.
Zniknęły czerwone guziczki ze ściany. Zniknęły podwójne drzwi pamiętające czasy PRL. Lustro z ułamanym kącikiem. Została za to elegancka ściana, którą - co przecież oczywiste - należało wyremontować PRZED wymianą windy...


Długie dyskusje piwniczne zaowocowały wspólnotową decyzją o zakupie windy nowoczesnej, automatycznej, eleganckiej i klaustrofobicznej. Windy, która "mówi": parter, wyjście w budynku oraz przeszkoda w drzwiach (co oznacza zazwyczaj torebkę, but lub cztery-litery stojące w świetle fotokomórki decydującej o zamknięciu drzwi). Długie wspólnotowe dyskusje piwniczne nie doprowadziły jednak do tego, by winda została zaopatrzona w nową funkcjonalność jaką jest bezpośrednie połączenie z operatorem/psychologiem, gdy winda zatrzyma się z niewyjaśnionego powodu miedzy piętrami i trzeba będzie oczekiwać na przyjazd serwisantów w ciasnym metalowym pudle pozbawionym okna i wentylacji. Zdecydowano się jednak na zamontowanie monitoringu w postaci małej kamerki obserwującej każdy ruch człowieka przekonanego o tym, że go nikt nie widzi.


Ponad rok temu pierwszy raz pojechaliśmy rodzinnie nową windą - zastanawiając się, czy już działa i czy można nią jechać, bo zapomniano o informacji dotyczącej uruchomienia nowego urządzenia. Płynnie dowiozła nas na nasze piętro informując: piętro szóste. Elegancko otworzyła drzwi i świat wydawał się piękny.
Zapomnij człowieku o za wąskich drzwiach. Zapomnij o kopaniu prądem przez metalową obudowę. Zapomnij o czekaniu wieki na to aż winda raczy przyjechać. Zapomnij o wiecznych naprawach.

A teraz, po roku...


... zapomnij człowieku o tym, co napisałam powyżej...


Wsiadam do windy z dziećmi po kwadransie oczekiwania. Chcemy wyjść z budynku. Duszę "0". Winda zamyka drzwi i rusza.
Piętro siódme. ??? Piętro ósme. ???!!! Piętro dziewiąte... Piętro dziesiąte...
Wyżej to tylko do nieba. Jedziemy na parter?
Piętro siódme.
Piętro szóste.
...
Parter. Wyjście z budynku.

Narzekać jednak nie będę. Cud, że w ogóle przyjechała na to nasze piętro 6 i 1/2 bo ostatnio znowu nas nie zauważa...

9 lipca 2012

Euro 2012 raz jeszcze: stadionowo

Polski lipiec upływa pod znakiem sportu. Emocje prosto z Wimbledonu (wicemistrzostwo to też zaszczytne miejsce), emocje spod siatki (rozgromiliśmy Amerykanów 3:0 zostając mistrzami ligi światowej). U nas jednak nadal emocje piłkarskie - ogarnęliśmy zdjęcia i trafiliśmy na wspominki Ślubnego z meczu Chorwacja-Włochy. Miał facet to szczęście, że mecz śledził nie sprzed telewizora, lecz z trybun stadionu.

 





 
 

8 lipca 2012

burze i inne zjawiska pogodowe

Dzieci w domu, mama w domu - znak to, że nastąpiły WAKACJE!
Sprzatamy, resetujemy się i łapiemy za aparat częściej niż zwykle.
Bloga też odkurzymy juz za chwilę, a tymczasem:

ZAOKIENNE WIDOCZKI by Porankowy Tata

 
 
 
 


Jest na co patrzeć, prawda?

24 czerwca 2012

McDonald's

Uwielbimy hot-dogi i hamburgery. Domowej roboty. Napchane po brzegi warzywami, polane sosem czosnkowym . Podawane bez dodatku zabawki w zestawie.
Zaszaleliśmy i zabraliśmy Glorie do McDonald's. A niech raz mają to, co reszta rówieśników. Kupiliśmy im HappyMeal (o zgrozo, co za nazwa!), rozsiedliśmy się w fotelach i zaczęliśmy wspominać czasy, gdy w naszym mieście był jeden McDonald's przy Targach i chadzaliśmy tam z klasą na ciacho, shake'a czy lody. 

Nasze Glorie w tym czasie całe w skowronkach zajrzały do pudełka HappyMeal, wygrzebały z niego zabawkę (dwukrotnie reklamowaną przy kasie, bo nie działała), kartonik soku jabłkowego i jabłko (sic!) zupełnie nie interesując się resztą zawartości. Olały hamburgera, olały frytki.
- Nie spróbujesz nawet?
- No dobra... - i dziecko sięgnęło po frytkę. - Słona. Nie smakuje mi.
- A hamburger? - świat się wali, namawiam dziecko do zjedzenia hamburgera z sieciówki!
- No... dobra. - ugryzła. - Bleeee... Ochyda.

Ślubny zwątpił, zeżarł dwa małe hamburgery, uznał, że faktycznie kminku mają masę, są suche i jakieś takie mało.. zachwycające. 
- Może lody mają nadal takie jak kiedyś?
Nie do końca. Są dużo słodsze i dużo mniejsze niż kiedyś.

McDonald's na nas nie zarobi.



10 czerwca 2012

dialogi EURO2012

Euro w toku. Pierwszy mecz w naszym mieście. Emocji masa. Fotki strzelamy bez przerwy, bo wciąż dzieje się coś wartego uwiecznienia. A pogaduchy przy tym takie:

- Ostatnio nic się o naszej murawie nie słyszy.
- No ba. UEFA przyjechała to trawa jest europejska!


- Mama, krasnoludki idą po ulicy!
- (konsternacja i wyjrzenie za okno) Eeee, to kibice z Irlandii, kochanie.


sąsiad drzwi obok:
- No to idę zasiąść w loży vipów - rzekł kierując się w stronę balkonu


- Ale mecz. Akcja wciąż pod bramką! - komentarz przy meczu Irlandia-Chorwacja
- Poczekaj aż Polacy będą grać. Też będzie akcja pod bramką. Ciągle naszą.


Ciasteczkowy Potwór na Tweeterze twierdził, że nazwiska z pierwszego meczu (Polska-Grecja) są koszmarne do wypowiedzenia. Ja nie potrafię powtórzyć nazwisk Chorwatów! "-ić" tyle wiem...

Wow, właśnie Chorwaci strzelili 2 gola! A to dopiero pierwsza połowa!

8 czerwca 2012

przed pierwszym gwizdkiem Euro 2012

Znowu o Euro. Jak można inaczej?

UEFA EURO 2012 w naszym obiektywie w dniu rozpoczęcia Mistrzostw:

tak, to jest bułka; nie, to nie jest kwiatek - to PIŁKA! :)
nie wiem jak dla was, ale dla mnie część tych  oznaczeń jest zagadkowa...
nasz stadion dostał "nową twarz"
jak kibicować to na całego!
chcieliśmy zrobić zdjęcie z Benjim, ale się nie udało ;) furgonetka mnie jednak powaliła!

A teraz zagadka ze spacerku, co to jest?



Podpowiadamy: znajduje się to w Strefie Kibica w Parku Kasprowicza (znanego tubylcom jako Arena).

Odpowiedź widoczna jest w nieco szerszym kadrze:
 
Meldujemy, że Poznań jest gotowy!

1 czerwca 2012

uwaga, Euro!

Dziś czysto informacyjnie, jeśli ktoś jeszcze nie dotarł o informacji dotyczącej zmiany w organizacji ruchu w okolicy stadionu na czas trzech meczy Euro:

W dniach 10 i 18 czerwca 2012 roku od godziny 16.45 do 1.45, 
a w dniu 14 czerwca 2012 roku od 14.00 do 23.00 zamknięty będzie poniższy obszar:

zamknij
"Bezwzględny zakaz wjazdu wszelkich pojazdów, także dla mieszkańców i rowerzystów, obowiązywać będzie na następujących ulicach:

- Grunwaldzkiej na odcinku od Grochowskiej do Smoluchowskiego i Jawornickiej; 

- Bułgarskiej od Bukowskiej do Grunwaldzkiej; 
- ciągu ulic: Jugosłowiańska, Taczanowskiego, Ściegiennego od Grunwaldzkiej do Promienistej;
- Marcelińskiej od Wałbrzyskiej do Rycerskiej;
- Strzegomskiej od Staffa do Wałbrzyskiej;
- Wałbrzyskiej;
- Świerzawskiej;
- Ptasiej;
- Rumuńskiej;
- Byczyńskiej.
W pozostały obszar objęty ograniczeniami w ruchu będą mogli wjechać mieszkańcy na podstawie „warunków wjazdu” wydanych przez Zarząd Dróg Miejskich. Dla rowerzystów i pieszych nie będzie ograniczeń.
Informujemy, że wychodząc naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców, od dnia 8 maja do dnia 26 maja 2012r. „warunki wjazdu” dostarczane będą osobom, które w dowodzie rejestracyjnym mają wpisany adres zamieszkania na ulicach znajdujących się w obszarze wyłączonym z ruchu w sąsiedztwie Stadionu Miejskiego.W w/w przypadku nie ma konieczności wnioskowania o wydanie „warunków wjazdu”, bowiem będą one dostarczane za pośrednictwem gońców do skrzynek pocztowych"



tak przynajmniej podają na stronie Zarządu Dróg Miejskich...

31 maja 2012

Euro koko spoko

UEFA Euro 2012 już stoi za progiem i wali nam do drzwi.

źródło: http://www.pzpn.pl/index.php/Media2/Logotypy-do-pobrania/Logo-UEFA-EURO-2012


Zaczyna się ruch w interesie. Remonty się kończą, okolica zaczyna lśnić i jakoś tak pięknieje z dnia na dzień. W przedziwnych miejscach pojawiają się tabliczki informacyjne wyjaśniające przyjezdnym "kto - co - gdzie - kiedy - jak". Nasz Prezydent Miasta po angielsku zachwala nasze pyry i pierogi, i wita Irlandię z murawy stadionu, który nabrał kolorów narzuconych przez UEFA.
Tubylcy nagle odkrywają przynależność narodową, biało-czerwone flagi powiewają z aut, rowerów, motorów... Nawet Biedronka w związku z Euro rozkwitła (ponoć sponsorem jest, prawda to?).

A moje dzieci od rana śpiewają:

"Koko koko Euro spoko! 
Piłka leci hen wysoko. 
Wszyscy razem zaśpiewajmy, 
naszym doping dajmy!"

(Niech mi tu nikt nie marudzi na wybór pieśni dopingującej - wyobrażacie sobie przedszkolaki śpiewające operowe "do boju, Polsko!"? Koko jest spoko!)

Przy myciu zębów zaś słychać: "Polska! Biało-czerwoni!".

Dziś do repertuaru dołączyła piosnka o tym, że piłka jest jedna, bramki dwie i wszystko może zdarzyć się, jak ta piłka jest w grze (czy jakoś tak, bo artystki jeszcze nie przypomniały sobie wszystkiego do końca).

W przerwie między piłkarskimi okrzykami młode dostarczają karteczki z informacjami z przedszkola. Że trzeba się ubrać w barwy narodowe, bo do przedszkola zawitają maskotki Euro. Że przedszkole przypomina o utrudnieniach w ruchu spowodowanych przez Euro.

No, edukacja obywatelska i stadionowa w pełnym rozkwicie w tym naszym przedszkolu! Teraz tylko czekam, aż Glorie zaczną mi rzucać nazwiskami piłkarzy i zgłoszą chęć zostania pomponiarami naszych klubów.

3 - 2 - 1 - ... do Euro, gotowi?

Ja tam się cieszę!

20 maja 2012

cytaty z pięcio-i-pół-latki

- Młoda! Wychodzimy! Pospiesz się, ile można czekać?
- Jeszcze usta maluję!
- Daj spokój z ustami, dziewczyno.
- Mama, co ze mnie za kobieta, jeśli ust nie pomaluję?

***

- Mama, a jak człowiek umiera to można powiedzieć, że kończy się jego historia, tak?
- No tak.
- A historia to taka prawie bajka, prawda?
- Noo, tak jakby.
- A jeśli to taka bajka to można powiedzieć, że nasze życie to też taka bajka, tak?
- Nooo, tak...
- No to jesteśmy w jakiejś bajce i może tą bajkę czyta pan kret i słuchają go myszy?
- Eee...
- A potem zamknie książkę i musimy umrzeć.
- ?!?!

***

znalezione w zeszłorocznym kalendarzu:



3 maja 2012

truposz

Ślubny wrócił z pracy i od progu woła:
- Wszyscy żyjecie?
- A co? Mieliśmy z jakiegoś powodu zejść? - pytam zdziwiona.
- Pytam, bo pod blokiem stoi Universum i panowie w czarnych garniturach.
- No cóż. To nie do nas. Ciekawe kto umarł... - i zaczęliśmy rozważać, po którego z sąsiadów przyjechał karawan.

Kilka godzin później wchodzę do naszego lokalnego Społem. W środku emocję wrą. Sąsiadka z naszego bloku dyskutuje ze sklepową (sprzedawczyni mi jakoś do Społem nie pasuje - tu jest "sklepowa").
- Witam sąsiadkę, słyszałam, że ktoś u nas umarł. Wie pani kto? - zagaduję.
- Pani! Nie umarł! - wykrzykuje sąsiadka ku mojemu zaskoczeniu. - SKOCZYŁ!

Poważnie. Skoczył. Kolejny w ciągu siedmiu lat naszej bytności w tym bloku. Tym razem tubylec a nie obcy. Co nie zmienia faktu, że skoczył z wysokiego piętra.

Plotka niesie, że chciał wywiesić flagę. Inna, że mu się coś pomyliło i chciał zejść przez okno po drabinie. Jeszcze inna, że się poślizgnął (na loggi???) A ja nadal się głowię, który to mieszkaniec, bo choć nazwisko mi znane, nie mogę sobie twarzy przypomnieć... I teraz nie wiem, co mnie boli  bardziej, kolejny skoczek czy jego anonimowość.

1 maja 2012

a życie toczy się dalej

- Mama, a czy prababcia w niebie jest goła? Bo zostawiła ciało w trumnie, prawda?
- Mama, a prababcia nie spadnie z nieba, bo w chmurach są dziury...
- Mama, a można samolotem polecieć do prababci?

A życie toczy się dalej.

Pięciolatka znowu urosła (125cm wzrostu i but rozm. 33), drugi ząb wisi na włosku. Prawie czterolatka włosy wiąże w dwa kucyki i ubiera się tylko w spódnice i sukienki. W kwietniu zrobiło się lato. Pyłków w powietrzu tyle, że tabletki na alergię przestają działać po kilku godzinach. Rzeczy do zrobienia jest taka masa, że człowiek nie wie, za co się zabrać. Na horyzoncie I Komunie św. i śluby. Chrztów chwilowo brak. Pogrzeb już był. Rocznica ślubu też. Siódma. W książkach piszą, że to czas na kryzys.

A życie toczy się dalej.

- Kto jest organizatorem tej imprezy? - pyta parkingowy spod restauracji, w której odbywała się stypa.
- Hmmm - odpowiada Hetman Dziad - Teściowa, ale chwilowo zmarła.

A życie toczy się dalej.


Majówkę mamy podobno. Wywieszam flagę i idę spać.

Chwilowo na więcej nie mam siły.

12 kwietnia 2012

MPK

O tym, że nasze miasto jest w kompletnej rozsypce komunikacyjnej chyba już każdy wie. Połapać się nie można, który przystanek gdzie aktualnie się znajduje i jaki autobus danego dnia przyjedzie na ten przystanek. Na temat godzin przyjazdu autobusów nawet nie rozmawiajmy. O tramwajach nie wspominam, bo nasz fyrtel ostatnio w ogóle odcięto od tego rodzaju komunikacji.
Zdezorientowany człowiek szuka więc pomocy na stronach Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego i przy okazji natyka się na urocze kwiatki:

Informujemy, że od 6 lutego 2012 r., autobusy linii T3 zatrzymywać się będą na nowym przystanku „Os. Kopernika” (dla wysiadających) zlokalizowanym przy ostatniej latarni na ul. Jawornickiej przed skrzyżowaniem z ul. Promienistą. Z uwagi na ukształtowanie ulicy, rozmieszczenie latarni oraz nawierzchnię pobocza, autobusy powinny zatrzymywać się na wysokości latarni z tabliczką przystankową.


Czyż ta latarnia nie jest urocza? Tylko u nas z taką precyzją można określić lokalizację przystanku. 

Co ciekawe, niedawno byłam na tym przystanku i rzeczywiście opis pasuje co do joty.

Ale, ale... Najciemniej to chyba pod latarnią. Na autobus czekałam dobre pół godziny...

8 kwietnia 2012

Wielkanoc




Alleluja!

Cóż powiedzieć więcej?

Radujmy się! Świętujmy! 
Żyjmy Wiarą, Nadzieją i Miłością.

Dobrych Świąt,

Porankowi


pozostając jeszcze w klimacie - ciekawe wersje znanych (mamy nadzieję) utworów:





1 kwietnia 2012

otwierasz lodówkę, a tam my

Uwaga, reklama:

Nowy portal dla rodziców


My też tam będziemy :) 
Właściwie już jesteśmy z jednym tekstem.

Mamy nadzieję, że będziemy pojawiać się regularnie.

To wcale nie Prima Aprilis!!!

Pozdrawiamy Lemura i spółkę :)




18 marca 2012

wiosna, panie sierżancie!

Ano wiosna pełną gębą! Termometr sam w szoku, że musi pokazać temperaturę około 20 stopni. Słoneczko świeci. Pyłki latają. Motylki latają. Palma wielkanocna na wystawę do przedszkola "się zrobiła". Za oknem pierwszy raz w tym roku słychać grajków, którzy pod oknami umilają niedzielę grą na akordeonie oczekując w zamian grosika (lub kilkudziesięciu grosików). Glorie chyba zdrowe czekają niecierpliwie pod drzwiami, żeby wreszcie móc wyjść na rower / hulajnogę / plac zabaw. Czego chcieć więcej?

Wiosna. Do środy w przedszkolach trwa akcja rekrutacyjna. Glorie trzeba było ponownie zgłosić - taka procedura. Po zeszłorocznych doświadczeniach, wypisywanie karty zgłoszeniowej nie było trudne. Z jednym ale. Na karcie zgłoszeniowej Glorii Starszej - pełnoprawnego pięciolatka - musieliśmy zaznaczyć, która podstawówka jest naszą obwodową i czy jest to placówka, do której chcemy posłać dziecko... Jeśli nie chcemy, trzeba było wpisać preferowaną szkołę. Ze szkołą preferowaną problemu nie było - od dawna wiemy, gdzie będą pobierać nauki Glorie. Ale która szkoła jest nasza obwodowa? Czy ta, którą widzimy z okna? Szwagier też widzi z okna kościół po drugiej stronie ulicy i nie jest to jego parafialny kościół. Okazało się, że szkoła widziana z okien jest jednak nasza. Nie powiem, blisko. Z zewnątrz fajna. Jeśli jednak zacznę wyliczać znane mi ale, lista będzie długa. Szczerze, nigdy nie braliśmy tej szkoły pod uwagę i zgodnie z prawdą umieściliśmy odpowiednie zapisy na karcie zgłoszeniowej.

Kilka dni po złożeniu kart w sekretariacie przedszkola, w skrzynce pocztowej znaleźliśmy list. Adresowany do nas - rodziców. W liście tym...

" Dyrekcja i Grono pedagogiczne Szkoły podstawowej nr (tu numer szkoły obwodowej) zapraszają dzieci urodzone w latach 2005, 2006, 2007 wraz z rodzicami na Dni Otwarte Szkoły...". 

A dalej program spotkania i wszelakie dostępne chwyty marketingowe.
Wow...

List zachowam. Powalił mnie. Ze spotkania nie skorzystaliśmy. Glorii powiedzieliśmy, że szkoła nie może się już doczekać jej przyjścia. Gdyby mogła już dziś spakowałaby plecak i książki.

Wow...

10 marca 2012

witaminki

Zerkają na człowieka z półek aptek i supermarketów. Podskakują radośnie w reklamach. W I T A M I N K I. Suplementy dziecięcej diety. W postaci miśków, strzelających kapsułek, bzyczących proszków, latających w jamie ustnej wróżek (nie, stop, latają na pudełku). Eksperci radzą, by koniecznie podawać je dzieciom w okresie zwiększonego ryzyka zachorowań. Nie lubię ekspertów. Rzadko kupujemy te specyfiki. Wolimy czosnek, owoce, warzywa, witaminki w wersji au naturel.
- A wasze piękne zdrowe? Bo taka wirusówka panuje. Krtań, nos. Koszmar na całego - słychać zewsząd.
- Nie, od grudnia spokój. Wychorowały się.
Od grudnia spokój. A tu już marzec, przesilenie wiosenne ponoć nadchodzi (gdzie ta wiosna, co?). No i daliśmy się skusić na takie małe pudełko, różowe, z witaminkami.
... (tu wstawić przekleństwo). Czy ktoś słyszał o korelacji między podawaniem witamin a zachorowaniami? Poważnie. Dwa dni podawania różowych tabletek i proszę bardzo, uch, ech, apsik, mama gardło mnie boli.
Oczy przekrwione, nos jak u clowna, czoło podgrzane... Uch, ech, apisk. A mama do diaska miała widzi-mi-się i do pracy polazła. I co teraz?
Uch, ech, apsik. Nigdy więcej cholernych witaminek dla dzieci! 

6 marca 2012

Poznań - Euro Walentynki w marcu. Idziecie?

Halo! Poznań! To info dla ciebie.
Biegam. Jestem w locie. Laptop wyzionął ducha - tzn. zasilacz mu padł. Ja za to pracuję. Na pół etatu, co oznacza, że w czasie o połowę krótszym wykonuję dwa razy więcej pracy za śmieszne pieniądze.
W czasie tego lotu wpadł mi w oczy ciekawy kawałek papieru - dzielę się, bo może ktoś nie ma jeszcze planów na najbliższy piątek.



Szkołę znam ze słyszenia - mówią o niej dobrze. Pomysł na imprezę świetny. Program - rewelacja. Idziecie? Bo my chyba się wybierzemy.

25 lutego 2012

wróżka zębuszka cz. 2

Porankowa mama myśli:

Co kraj to obyczaj, a co dom to inny cennik wróżki zębuszki.
Wymagania cenowe porankowej wróżki opisałam tutaj. A u innych? Proszę bardzo, w trakcie konsultacji na wysokim szczeblu magicznym dowiedziałam się, że:
- cena za ząb uzależniona jest od wielkości zęba - trzonowce są droższe, dochodzą nawet do 20zł, siekacze idą za 5zł.
- im dłużej dziecko musi się "namęczyć" z wypadającym zębem, tym wróżka przyniesie za niego więcej pieniędzy - czas męczenia liczony jest od chwili zauważenia, że ząb się rusza, do jego wypadnięcia - cena od 5 do 20zł.
- z chwilą zauważenia, że ząb się rusza wróżka dostaje listę drobiazgów, które dziecko chciałoby otrzymać w zamian za ząb - wróżka nie przynosi więc pieniędzy, ale spełnia marzenia.
- w niektórych domach pojawia się opłata stała, tzw. przesyłowa za ząb - 10zł.
- w niektórych domach w ogóle nie słyszano o wróżce zębuszce!

Wikipedia na temat cennika wróżki zębuszki milczy. Podrzuca z kolei masę interesujących informacji na jej temat:
Zębowa wróżka (lub wróżka-zębuszkawróżka zębinka ang. Tooth fairy) – baśniowa postać, która daje dzieciom pieniądze (lub drobny podarek), w zamian za ich zęby mleczne, schowane pod poduszką lub wrzucone pod szafę.
Mit zębowej wróżki rozwinięty jest głównie w krajach kultury zachodniej, jak choćby w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. W krajach hiszpańskojęzycznych zębowa wróżka występuje pod postacią małej myszki Ratoncito Pérez.
Zębowa wróżka jest przykładem legendy, którą dorośli przedstawiają dzieciom jako fakt.
Przykładami innych podobnych zjawisk są Święty Mikołaj i Zajączek wielkanocny. Odkrycie prawdy o zębowej wróżce jest częścią procesu emocjonalnego dojrzewania dziecka.
Wróżka Zębuszka pojawia się również w książce Wiedźmikołaj Terry'ego Pratchetta, w której przedstawicielka zawodu wróżek jest jedną z bohaterek oraz wypowiedzi Linusa Torvaldsa, który na oskarżenie, że nie jest autorem jądra Linux odpowiedział: To prawda, że nie jestem autorem Linuksa – reprezentuję tylko prawdziwych autorów, zębową wróżkę i Świętego Mikołaja.
Mit został przeniesiony także i na polski grunt, pojawia się również w polskiej literaturze dziecięcej przełomu XX i XXI wieku, np. w Dynastii Miziołków Joanny Olech.
na marginesie: fragment "Odkrycie prawdy o zębowej wróżce jest częścią procesu emocjonalnego dojrzewania dziecka" mnie powalił, a z kawałka: "w polskiej literaturze dziecięcej przełomu XX i XXI wieku" nieźle się uśmiałam, po czym zdałam sobie sprawę z tego, że nie ma tu nic śmiesznego, bo to prawda...

Czy są jeszcze jakieś ważne rozwojowo legendy/fakty, o których powinnam wiedzieć?

Porankowa opowieść:
ząb wypadł, zębuszka zostawiła 5zł, szczerbol się szczerzy :)

a o wróżce zębuszce można sobie też poczytać i pooglądać tutaj i tutaj - całkiem fajne strony!

18 lutego 2012

wróżka zębuszka

Katastrofa. Ząb się rusza. Trochę mu zbieg okoliczności pomógł, gdy właścicielka szczęki zgrzytnęła zębami przy psiknięciu, ale fakt faktem. Ząb się rusza i zamierza wypaść. Chyba.
- Gdzie moje pudełko dla wróżki zębuszki? Jak mi w nocy ząb wypadnie, skąd będzie wiedzieć, że ma mi zostawić pieniądze?
Świat się zmienia. Za MOICH czasów nie było wróżki zębuszki. Zupełnie nie jestem obeznana w temacie.
- Młoda, a ta wróżka to jakie pieniądze przynosi? - podpytuję dziecię.
- Takie prawdziwe - buu, czekoladowe nie przejdą, myślę sobie.
- To znaczy monetę czy papierek? - dopytuję dalej.
- Kółeczko z metalu - ufff, nie zbankrutujemy. Zapamiętać, banknot to nie prawdziwy pieniądz.
- Aaa. A jakie kółeczko? Duże, małe? - jak już wywiad to pełen, prawda?
- Takie z 5. Bo tyle mam lat.

Dobrze, że zęby wypadają, jak człowiek ma mało lat. Jest szansa, że nie zbankrutujemy. Choć jeśli zsumujemy zapłatę za każdy ząb, który wypadnie, kwota i tak będzie pokaźna.

Swoją drogą, czy wróżka zębuszka płaci procenty za zwłokę? Bo jeśli ta wróżka istnieje, moje konto powinno się wzbogacić o duuuuużżżżżooooo pieniędzy ;) A konto Ślubnego o tyle samo i jeszcze trochę ;)


4 lutego 2012

w Knedelkowie

Wyspane, najedzone, opatulone w ciepłe szale wyruszyły porankowe kobiety w sobotę przedpołudniem na wyprawę do Starego Knedelkowa na spotkanie z gąską Walerią i Cecylką Knedelek (kto nie zna Cecylki, niech szybko zagląda TUTAJ). Jak można przepuścić taką okazję?
Bajecznie kolorowe stoisko, pełne uśmiechniętych dzieci, które w towarzystwie gościa honorowego - autorki opowieści o Cecylce - tworzyły gałgankowe muffiny, znalazłyśmy bez problemu. Co z tego, że było wciśnięte między inne stoiska w gwarnej hali? Ślady łap gąski Walerii sprawę ułatwiły. Dotarłyśmy, kupiłyśmy kolejną część przygód Cecylki (o Wielkanocy tym razem), zdobyłyśmy autograf autorki (knedelkowianka pełną gębą!) i przede wszystkim, świetnie się bawiłyśmy. A teraz zastanawiamy się, jak można zdobyć pluszową gąskę, która zerkała na nas z każdego zakątka Knedelkowa...



Kto jeszcze nie wie, że raz do roku w naszym mieście odbywają się Targi Książki dla Dzieci i Młodzieży, niech szybko notuje w kalendarzu i pamięta o nich za rok. Istny raj dla oczytanych. A do tego masa ciekawych ludzi, spotkania z autorami i nie tylko (my dzisiaj posłuchaliśmy opowieści pana Maleszki!). No i książki z rabatami.
Targi Książki połączone są z Targami Edukacyjnymi, dzięki czemu, Glorie załapały się także na pokaz w wykonaniu wykładowcy z naszej Politechniki. Młodszej (tak, młodszej, lat 3,5!) tak się spodobało, że na ochotnika, jako pierwsza, przystąpiła do samodzielnego (pod nadzorem pana prowadzącego) wytłaczania w jakiejś dziwnej maszynie krążka z tworzywa sztucznego, które pod wpływem ciepła zmienia kolor. Teraz dumnie chodzi i wszystkim prezentuje "magię" tłumacząc, że to nie czary tylko właściwości :)
Czyżby rósł nam mały inżynier? 
Dodam tylko, że krążek z tworzywa w temperaturze pokojowej ma kolor... świńsko różowy...


* bonus - pomysł na cuchnącego hiacynta:

26 stycznia 2012

5









3 galaretki, 2 opakowania śmietanki, 12 jajek na tort, 3 jajka na 30 muffinek, 8 kwiatków, 16 listków, tona mąki, trochę cukru i morze kawy. Do tego jedna świeczka z cyfrą PIĘĆ! I tyle w tym temacie. Do Gwiazdki nie będę patrzeć na słodkie!

I żeby nie było, tort zrobił Ślubny! Mój biszkopt wyszedł... wyrośnięty inaczej.

24 stycznia 2012

Pojutrze...

... to nie tytuł filmu katastroficznego, który można było oglądać w kinach. Choć szczerze mówiąc, data 26 stycznia - czyli właśnie pojutrze - może faktycznie zaznaczyć się w historii jako koniec świata w wydaniu nam znanym. Tak, chodzi o SOPA, ACTA i im podobne regulacje.

PORANKOWA RODZINA MÓWI: STOP ACTA!!! 
Dla dobra naszych dzieci!



Ale nie o tym miało być. Pojutrze, moi drodzy, w porankowym kalendarzu ważna data. Gloria Starsza, znana też jako Porankowa Panienka, bohaterka wielu opowieści, obchodzić będzie 5 urodziny. P I Ą T E! Świeczka kupiona, tort zaplanowany, ciastka do przedszkola także. Rozważania na temat zerówki/szkoły rozpoczęte, ulgowe bilety autobusowe kupione. But rozmiar 33/34 także.

I uparcie nadal podkreślam, bo nie do wszystkich to dociera: nie, my nie obchodzimy hucznie regularnych urodzin, nie urządzamy kinder balu, tort pieczemy własnymi siłami dla najbliższych (włączając w to babcie i dziadków), nasze dziecko nie oczekuje góry prezentów. Podobno nadal jesteśmy w mniejszości... Chyba zacznę się do tego przyzwyczajać...

A na marginesie, post ze zdjęciami, który wisiał na stronie przez dzień usunęłam z powodu usterki technicznej - blog odmówił współpracy z programem obsługującym transfer zdjęć. Może sąsiad się wściekł jak zobaczył swoje kwiatki z ogródka sfotografowane bez jego zgody? Może jego koncepcja zasadzenia kwiatków w ogródku jest chroniona prawem autorskim? Kto wie...

17 stycznia 2012

siła przyzwyczajenia

Mówi się, że dzieci matek, które są gadułami, później zaczynają mówić, ale gdy już zaczną, mówią pełnymi zdaniami. Niedawno dowiedziałam się także, że jeśli dziecko zaczyna nagle mówić skracając bądź pomijając etapy wydawania z siebie "dziwnych dźwięków", jego język staje się leniwy i może mieć problemy z poprawnym artykułowaniem. Przykład, Gloria Starsza, która gadulstwo ma w genach po matce, ale dopiero dzięki pomocy logopedy zaczęła latem prawidłowo artykułować dźwięki szeleszczące i syczące i nadal pracuje nad poprawnym "r".
Chadzamy więc do logopedy. Podczas gdy Gloria macha jęzorem, powtarza słówka i zdania oraz układa różne puzzle, matka-pedagog zwija się z nudów na krzesełku (od niedawna biorę ze sobą notes i bawię się ze swoją wyobraźnią). Ostatnia wizyta była jednak intrygująca. Oto kilka zagadek językowych, które zapamiętałam (rysunki mojego autorstwa):

Dokończ zdania zgodnie z tym, co widzisz na obrazku:
1. Ola ubiera...


2. Między drzewami wisi...

Proste, prawda? Ha, jak się okazuje, nie.

Rysunek 1. 
Gloria spogląda na obrazek i mówi:
- Ola ubiera czapkę, szalik, rękawiczki i płaszcz.
- Nie, to nie jest płaszcz - odpowiada logopeda.
- Kurtkę? - zgaduje zdziwiona Gloria.
- Nie, rybka. To jest PALTO.
Tak, jasne, palto... mama, a co to jest palto? 

Rysunek 2.
- Między drzewami wisi sznurek- mówi Gloria.
- Nie, to jest LINA. A na linie, co wisi?
- Jakiś materiał.
- No, jak to się nazywa? To coś na czym śpisz.
- Pościel? Prześcieradło?
- Nie. To jest przecież BIELIZNA POŚCIELOWA.

W repertuarze były także: liszka (usilnie nazywana przez Glorię gąsienicą i dżdżownicą), afisz (przecież nie plakat), pajac cyrkowy (clown to przecież nie po polsku), floksy i lewkonie...

Ręce opadają. Czemu się jednak dziwić? Logopeda jest pokolenie starszy ode mnie. Być może w naszych czasach pokolenie to przepaść... A nad przepaścią liczy się siła przyzwyczajenia, także językowego.

Kto prawidłowo dokończył zdania?  



11 stycznia 2012

żaby

Ciekawym tego, co słychać u naszych Aborygenów, melduję, że mają się dobrze. Ostatnio prowadzą dość urozmaicone życie towarzyskie. Rosną, nocami kumkają, są coraz bardziej oswojeni i nawet chwilami zabawni.

(zdjęcie jest genialne, prawda? moje ulubione!)


a dla tych, co nie wierzą, że to zwierzęta zabawne, prezentuję dowód
- uwaga! film dla ludzi o mocnych nerwach! ;)

Ślubnemu nic się nie stało, żaba ma się też dobrze, uciekinier został złapany (podobno...).

6 stycznia 2012

Orszak Trzech Króli



 Mędrcy świata, monarchowie, gdzie śpiesznie dążycie?  
Powiedzcież nam, Trzej Królowie, chcecie widzieć Dziecię?
Mędrcy świata przybyli, a wraz z nimi jakieś 3 tysiące osób (tak szacują media). Korony zdobyliśmy - dla Glori stanowczo za duże. I choć pogoda była taka sobie, nie przeszkodziła nam w dobrej zabawie (co innego Aniołom - te zapewne padną na zapalenie płuc w najbliższym tygodniu, bo stały na tym zimnym wietrze bez kurtek!). 


Za rok też się wybieramy! Tym razem przygotujemy odpowiednie szaty.

Organizatorom proponujemy popracować trochę nad nagłośnieniem imprezy oraz zmienić "człowieka od muzyki", który chyba zapomniał jej ze sobą zabrać.


I jeszcze jedna uwaga do organizatorów: może warto inaczej rozwiązać kwestię reporterów? Trochę dużo ich się kręciło w Betlejem i nieco "przyćmili" swą obecnością istotę sprawy, co widać chociażby na załączonym video:




No ale przede wszystkim: Chester był BOSKI!

A kto nie wie, o czym mowa, niech zajrzy tu:

Orszak Trzech Króli

4 stycznia 2012

nie chcę cię znać!

Sąsiad mnie nie lubi. Miał dziś do nas przyjść i w połowie korytarza zawrócił do domu z płaczem wołając "Nie idę". Nie powiem, zrobiło mi się dziwnie.
Co innego Glorie. Glorie sprawiały wrażenie szczęśliwych, że sąsiad się rozmyślił. Odetchnęły z ulgą i zabrały się do wyciągania pochowanych po kątach - w obawie przed sąsiadem - zabawek. Zdemontowały też zaporę zakazującą sąsiadowi wstępu na górny poziom piętrowego łóżka.
Ślubny z kolei wcale się nie zdziwił takim obrotem spraw. Powiedziałabym wręcz, że się tego spodziewał, choć może nie tak szybko.
- Ale mnie nie bawi to, że on mnie aż tak nie lubi. Będę musiała iść do niego się pobawić. Może zmieni zdanie? - gdybałam.
- I niewiele to zmieni. Trochę cię polubi, ale i tak przychodzić do nas nie będzie chciał. Źle mu się to miejsce kojarzy - skwitował Ślubny.

To nie jest zajawka powieści kryminalnej ani wyznanie patologicznej sąsiadki. To smutna rzeczywistość, z której trzeba zapamiętać jedno: Nigdy nie wychodź bez pożegnania się z dzieckiem, gdy zostawiasz je nawet na chwilę pod opieką sąsiadki...
Nawet jeśli ta sąsiadka jest całkiem fajna i pedagogicznie rozgarnięta! ;)

2 stycznia 2012

Szczęśliwego Nowego Roku!


Nowy Rok! 

Sylwester, g. 22:30
- Mama, ale obudzisz mnie na fajerwerki?
- Jasne. Śpij. Obudzimy Cię.

Sylwester, dziesięć minut przed północą
- Młoda, budzimy się, fajerwerki niedługo będą!
-  (cisza)

Nowy Rok, g. 3:10
- Fajerwerki!?!? Były fajerwerki! Nie obudziliście mnie! Przegapiłaaaammmmm!

Szczęśliwego Nowego Roku, moi drodzy. Oby Was w tym roku nic ważnego nie ominęło!