Porankowy INSTAGRAM

31 marca 2015

Dziecko na Warsztat 7 - Australia

Dziecko na Warsztat - odsłona siódma: Australia
Temat przewodni: sztuka



- Nie umiem. To jest bez sensu!
Gloria starsza rzuciła pędzlem i odmówiła współpracy. Przerosły ją kropki.

- No a gdzie ta sztuka? - dopytywała z kolei Młodsza wpatrując się w ponoć przełomowe arcydzieło.
- Właśnie na nią patrzysz.
- Na te kropki? I paski? Ale tu nic nie widać... Same kropki i paski...
Sztuka nas przerosła...
By w tworzonych dziełach nie ujawniać sekretnych informacji o swoim plemieniu, artyści zrezygnowali z dokładnego przedstawiania tajnych motywów na rzecz abstrakcyjnego malowania za pomocą kropek. Dzięki temu jedynie twórca obrazu rozumiał dokładnie znaczenie każdego namalowanego elementu, a pozostali mogli podziwiać tylko estetyczną stronę malowidła. 
I tak jest po dzień dzisiejszy.

Najpierw miał być wąż. Nie byle jaki, ale tęczowy, zwany też Ngalyod. Postać mityczna kultury aborygeńskiej pojawiająca się w malowidłach i legendach. Z węża nic nie wyszło. Nie chwycił - jeszcze za bardzo odległy jest abstrakcyjnie dla "małego rozumku". Ale kropki zaciekawiły. A od kropek blisko było do Emily Kngwarreye.

Emily Kame Kngwarreye
źródło: http://www.mbantua.com.au/media/pics/site/imagecache/4/F/4FF384BE05FAAEC5227B4709AF69F827.jpg
- Jak takie małe krzaczki na pustyni - skwitowała Młodsza.
Emily malowała wykorzystując znane jej symbole do przekazania tego, co dyktowała jej wyobraźnia.
- Ale to jest trudne. Bez sensu te kropki. To oni w tej Australii nie wiedzą, że można malować pociągnięciami? I nie wiedzą, że człowiek musi mieć głowę, ręce, włosy...
Ano nie wiedzą. A może i wiedzą, ale inaczej nie potrafią. Tak jak i moje Glorie nie potrafią odrzucić pewnych "standardów" myślenia. 
No i z kropek powstały linie, a z linii już znana "Księżniczka na tle nieba". 



Bo sztuka powstaje w głowie człowieka.
I o sztuce nie można za dużo gadać. Sztuki trzeba doświadczyć, by zrozumieć. Więc kończę i idziemy oglądać kropki.

30 marca 2015

lektura

Dziecko wróciło do domu z wiadomością ze szkoły:
- Na "po świętach" mamy przeczytać pierwszą lekturę. "Zaczarowaną zagrodę".
- Super! - choć w głowie huczało "No to teraz się zacznie". Wszak do tej pory przerabiali lektury "w klasie" - częściowo czytane głośno przez panią, częściowo przez uczniów - lub w teatrze (np. wiersze Tuwima podczas spektaklu "Pan Maluśkiewicz"). Teraz trzeba będzie umieścić czytanie w grafiku książkowym - tak to się ma, jak się czyta kilka powieści na raz...
"Zaczarowanej zagrody" Centkiewiczów na półce akurat nie mamy (mamy za to "Karolcię" i już nie mogę się doczekać!) - trzeba więc pożyczyć.
Wracając z pracy przechodziłam obok mojej biblioteki z dzieciństwa. Biblioteki, która przez lata praktycznie się nie zmieniła (i to nie jest złe), a do pełni magii brakuje jej tylko czarnego kota wylegującego się na schodach prowadzących na pięterko. Biblioteki, w której słychać dzwonki powietrzne rozbrzmiewające przy otwieraniu drzwi. Biblioteki pachnącej książkami, ale nie kurzem.
- A co tam, wypożyczę lekturę - pomyślałam.
Przedstawiłam pani bibliotekarce zapotrzebowanie, dopowiedziałam, że to pierwsza lektura dla drugoklasistki. A pani... A pani rozłożyła przede mną kilka wydań "Zaczarowanej zagrody" i rzecze:
- Proszę wybrać, która pani córce będzie najbardziej pasować. Ta ma duże litery dla dzieci słabiej czytających. Ta ma literki mniejsze, ale za to obrazki ładniejsze. O, a ta bez ilustracji dla dzieci z zaburzeniami koncentracji uwagi.
Zdębiałam. Jako pedagog, zaniemówiłam. Pierwszy raz od dawna ktoś mnie tak zaskoczył.
Czapki z głów przed panią bibliotekarką!

"Zaczarowana zagroda" czeka już w kolejce do samodzielnego czytania.