Porankowy INSTAGRAM

31 lipca 2007

aktualizacje nieco chaotyczne

Kilka nieprzespanych nocy z rzędu spowodowało, że Porankowa Mama przez ostatnie dni majaczyła. Za dużo się działo dookoła, żeby móc to ogarnąć, więc do tego doszedł dygot wewnętrzny. A na to wszystko, Porankowa Panienka miewa wyjątkowo marudne dni i nic jej do wczoraj nie pasowało, nawet spanie. Viburcolu Porankowa Mama aplikować jednak w ciągu dnia nie chciała, bo raz jedyny tak zrobiła i do teraz ma wyrzuty sumienia przypominając sobie, co zrobił jej z dzieckiem (totalne ogłupienie i brak kontaktu ze światem tylko mętne spojrzenie). Viburcol jest zatem na stany bardzo kryzysowe (tzn. długie wycie aż do utraty tchu).

Dziś porankowe aktualizacje nieco chaotyczne, bo czasem podszyte jeszcze majaczącymi refleksjami Porankowej Mamy:

  • Porankowa Panienka ząbkuje, o czym była mowa. Aktualnie posiadanymi na stanie dwoma jedynkami gryzie wszystko i wszystkich, o czym boleśnie przekonała się Porankowa Mama podczas jednego z ostatnich karmień... Krew się lała... Ofiarami zębów porankowego Wampirka stał się też ostatni numer National Geographic - i artykuł, który Porankowa Mama miała przeczytać został wymemłany na wskroś. Artykułu nie przeczyta. Niedoszłą ofiarą jest także liść storczyka - dzięki Bogu za intuicję i zdolność przewidywania zdarzeń.
  • Porankowa Panienka nie sypiała ostatnio w nocy. To znaczy, zasypiała grzecznie po kąpieli, spała do 1.00-2.00 i potem zaczynała bal, a porankowi rodzice za cholerę nie mogli dojść przyczyny tego stanu rzeczy. Podejrzewali ząbki... Ale dziecię, jak się budziło to nie płakało, więc raczej to nie to. Podejrzewali także głód - w końcu młoda ma 9kg i kawał z niej baby, której zwykłe matczyne mleko mogło nie starczać... Zaopatrzyli się więc w "kaszkę na dobranoc" (gotowa kaszeczka z jabłuszkami i koprem włoskim - Porankowa Mama sama by ją chętnie zjadła) i... Wczoraj wieczorem Porankowa Panienka po kąpieli dostała w rączki butlę z kaszką, piła i piła i piła, aż jej się oczka zamknęły. Powierciła się jeszcze chwilkę i zasnęła. Przespała nocne karmienie, przespała godzinę balowania, ogólnie rzecz biorąc przespała całą noc. Obudziła się koło 6.00, przyssała się do Porankowej Mamy i... zasnęła dalej. Kaszka wchodzi zatem na stałe do porankowego menu, Porankowa Mama kończy z koczowniczym trybem życia i może wreszcie życie się jakoś unormuje, bo dotąd było to życie w letargu.
  • Porankowa Panienka stała się mięsożerem - w niedzielę skonsumowała dynię z indykiem i chyba jej smakowało... Wczoraj wprawdzie ją lekko otrząsnęło po pierwszej łyżeczce, ale skonsumowała danie do końca. W perspektywie mamy potrawkę z królika z ryżem i marchewkę z cielęciną. Schabowy za tydzień ;-D Alergii, póki co, nie zaobserwowano.
  • Porankowa Mama obchodziła w niedzielę imieniny. Ogarnęła ją mania pieczenia, więc napiekła dobroci: ciasteczka owsiane i kruche, placek i babkę (ta ostatnia pieczona godzinę przed przyjściem gości okazała się być hitem dnia...) Goście zmietli wszystko... I dobrze, bo przynajmniej Porankowa Mama ma zrekompensowany bałagan panujący w domu. Dobrze też, że dzień wcześniej Porankowy Tata wpadł na genialny pomysł upieczenia bułek cebulowych, bo przynajmniej wieczorni goście mieli co jeść... No i dobrze, że w porankowej piwniczce z winami jest domowej roboty wino... A tak w ogóle, to jeśli ktoś będzie miał ochotę, to zapraszamy na imieniny - porankowy dom będzie otwarty każdego roku! No chyba, że nas sytuacja w kraju wkurzy do granic i chcąc ochronić dziecię wyjedziemy...
  • Porankowa Mama zaczyna się mocno zastanawiać, czy dziecię nie dostanie rozdwojenia jaźni, bowiem spora część rodziny, mówiąc o młodej damie, używała imienia Wiktoria... No owszem, Porankowa Panienka ma dwa imiona, Elżbieta Wiktoria, ale na co dzień używa tego pierwszego. Ciekawe, czy ta część rodziny o tym wie. Ciekawe, czy w ogóle zanotowała w głowie, że w rodzinie jest Ela...
  • porankowa rodzina powędrowała w sobotę do sklepu, a że zachciało jej się powędrować dalej niż zazwyczaj, znalazła się w okolicach stadionu piłkarskiego, gdzie odbywał się tego dnia mecz... Porankowa Mama z przerażeniem odkryła, że nieodzownym atrybutem kibica jest siatka z piwem. A jeżeli kibic liczy sobie mało wiosen, podąża na mecz z butelką coli lub napoju energizującego... Porankowa Mama podejrzewa, że większość mijanych osób może nawet nie mieć pojęcia, czy mecz się odbył i jaki był jego wynik... I aż strach pomyśleć, co się będzie działo podczas Euro 2012 (tak się składa, że porankowa rodzina będzie siłą rzeczy uczestniczyć w tym wydarzeniu oglądając stadion, ale nie samą murawę, z okna - oby tylko sztuczne ognie był ładne!)
  • Porankowa Panienka odkryła nowy sposób przemieszczania się, który jej się bardzo podoba. Otóż, Porankowa Panienka chodzi... Trzymana za ręce przebiera nogami i idzie! Pominąć należy fakt, że jeszcze sama nie usiądzie z leżenia (choć z pozycji półleżącej tak, a posadzona siedzi), chwiejnie stoi samodzielnie i w ogóle jakaś taka wygodna jest, bo nie podejmuje wysiłku, by się ruszyć tylko czeka aż ją ktoś przemieści... Ot, królowa...
  • A tak w ogóle, porankowa rodzina z radością wita na świecie lemurową Antosię! Oczami wyobraźni widzi już biegającą czeredę w składzie: lemurowa Tosia, przeciągowa Cela i porankowa Ela... Oj, będzie się działo!

A na marginesie, Porankowa Mama odkrywa w sieci coraz to nowe blogi warte czytania. I tak sobie myśli i myśli, że chyba już wie, jakim tematem badań naukowych się zajmie (tak poza doktoratem, dla przyjemności lub też w perspektywie habilitacji, o ile takowa się utrzyma, bo jest pomysł, by ją znieść): rzecz będzie o roli pamiętników, dzienników i blogów w życiu młodzieży.

27 lipca 2007

życie z perspektywy leżaczka-bujaczka

W porankowym domu optymizm nadal fruwa w powietrzu. Szczególnie, że akurat zza okna dobiegają dźwięki granej na akordeonie piosenki "Speedy Gonzalez" (a Porankowa Mama się głowi skąd to i dlaczego...).

Wczorajsze spotkanie udało się wybornie, Porankowa Mama przywróciła w sobie równowagę psychiczną delektując się w miłym towarzystwie fenomenalną herbatą cynamonową z syropem cynamonowym (mrożona miętowa przegrała, jak w karcie objawiła się cynamonowa! dygresja: Porankowa Mama, wśród wielu swoich hopli ma również hopla herbacianego, o czym wiedzieć powinni ci, którzy planują przybycie do porankowego domu). Dziś zatem ma energię, by towarzyszyć córce w akrobacjach leżaczkowych...
Porankowa Panienka otrzymała swego czasu w prezencie od Dziadków leżaczek-bujaczek marki Fisher Price (reklama zamierzona, bo produkt tego wart). Leżaczek to istne centrum rozrywki dla malucha do 18kg (co jest ważną informacją, bowiem to chyba jeden z nielicznych leżaczków dostępnych na rynku, którego producent wziął pod uwagę, że nie wszystkie dzieci są kruszynkami). Leżaczek wyposażony jest w pałąk z zabawkami, w tym jedna z nich to małpopodobna pozytywka, która gra, gdy się stwora pociągnie z ogon. Zabawki na pałąku są mocowane na rzepy, więc można właściwie umieścić na nim dowolny obiekt (np. sitko od wyciskacza do cytryn, lejek, woreczek... tak, Porankowa Panienka ma oryginalny gust). Do tego leżaczek posiada tzw. trzęsidupka (porankowy neologizm) - pod siedziskiem zamontowana jest płytka, która po naciśnięciu odpowiedniego guzika zaczyna wibrować delikatnie trzęsąc tylną częścią ciała delikwenta na leżaczku. Każde dziecię z radością siedziałoby na tym leżaczku. Każde, ale nie Porankowa Panienka... Porankowa Panienka woli oglądać leżaczek z innej perspektywy wykonując dziwne akrobacje (oczywiście przy pełnej asekuracji opiekuna, którym zazwyczaj jest Porankowa Mama). I tak, dzisiaj w repertuarze mamy:
Akrobacja 1. siedząc na leżaczku należy podgiąć jedną nogę, wyciągnąć rękę nad głowę i odpychając się ową nogą próbować "dopaść" obrazek znajdujący się za głową. Uroku dodaje fakt, że w czasie wykonywania tej akrobacji Porankowa Panienka jest przypięta pasami bezpieczeństwa do leżaczka...
Akrobacja 2. siedząc na leżaczku należy efektownie wyrzucić na podłogę dowolną rzecz znajdującą się w zasięgu ręki, a następnie przewiesić się głową poza burtę leżaczka i odepchnąć się nogą o burtę przeciwległą próbując tą rzecz podnieść wyciągniętymi rękoma.
Akrobacja 3. siedząc na leżaczku należy donośnie powrzeszczeć lub teatralnie zakaszleć udając zadławienie się (co pozwoli przyciągnąć uwagę opiekuna, który zdesperowany weźmie siedzącego na ręce), następnie (będąc już na rękach) spojrzeć sentymentalnie na ów leżaczek, wygiąć się w jego stronę i wykonać nieoczekiwany skok w jego kierunku.
Akrobacja 4. siedząc na leżaczku należy zgiąć się w pasie i próbować dosięgnąć ustami rzep znajdujący się na wysokości pępka.
Akrobacja 5. stojąc przed leżaczkiem należy ugiąć nogi i odbić się od ziemi próbując doskoczyć do obrazka znajdującego się na zagłówku. Efektownym dodatkiem jest próba przeżucia w locie znajdujących się po drodze rzepów.
Akrobacja 6. stojąc na leżaczku twarzą do zagłówka należy uczepić się jego górnej części i podskakując wydawać z siebie głośne okrzyki.

Jako że leżaczek ma możliwość zablokowania funkcji bujania się, służy też za siedzisko do karmienia. Porankowa Panienka zasiada w nim ubrana w gustowny śliniaczek i elegancko otwiera dwuzębną paszczę oczekując na załadowanie do niej pokarmu (tu należy podkreślić, że jak dotąd, Porankowa Panienka ani razu nie pluła jeszcze jedzeniem). Zazwyczaj karmienie przebiega bez komplikacji. Zdarza się jednak, że coś tak zainteresuje Porankową Panienkę, że nie zważając na zmierzającą w jej stronę łyżeczkę, wykonuje jedną z opisanych powyżej akrobacji. Tak było dzisiaj. W wyniku nieoczekiwanego wykonania akrobacji nr 2 nastąpiła równie nieoczekiwana kolizja łyżeczki zawierającej marchewkę i ziemniaczki z ramieniem Porankowej Panienki oraz kolizja miseczki zawierającej marchewkę i ziemniaczki z nogą, która odpychała się od burty leżaczka. Refleks Porankowej Mamy pozwolił uniknąć wyrzucenia posiłku na podłogę, ale zawartość łyżeczki efektownie rozprysnęła się na prawym oku Porankowej Panienki, co młodej damie bardzo się spodobało i błyskawicznie rozsmarowała papkę po całym prawym policzku a następnie wytarła rączki w ubranko i efektownie dokończyła przerwaną akrobację...
Tak, by opanować półroczną akrobatkę potrzeba dużo energii i cierpliwości.

A wracając do leżaczka. Jak się okazuje, nie tylko porankowa rodzina odkryła jego uroki. Przeglądając internetowe albumy różnych maluchów, Porankowa Mama natknęła się już na cztery takie leżaczki... Pokolenie naszych rodziców miało szafy Kowalskiego, widocznie nasze pokolenie to pokolenie leżaczka-bujaczka Fisher Price.

26 lipca 2007

optymizm

Jakimś dziwnym trafem, optymistyczne nastawienie do życia i pozytywny stosunek Porankowej Mamy do świata są wprost proporcjonalne do jej zmęczenia. Ot, choćby dziś. Porankowa Mama prawie w ogóle nie spała, bo Porankowa Panienka budziła się co godzinę. Wprawdzie o 6.00, gdy zadzwonił budzik Porankowego Taty, juniorka została bez słowa przekazana w ręce ojca, a Porankowa Mama była bliska eksplozji, ale jak tylko godzinę później drzwi za Porankowym Tatą się zamknęły, Porankowa Mama postanowiła, że właśnie zaczyna się pierwszy dzień reszty jej życia i nie zamierza go zmarnować użalając się nad swoim losem, a tym bardziej wylewając swoje żale półrocznemu niemowlakowi (Porankowa Panienka kończy dziś pół roku! Przerażające, jak ten czas szybko leci!). W efekcie, Porankowa Mama ma dzisiaj wychodne o 17.30, bo umówiła się na ponoć rewelacyjną mrożoną herbatę miętową z dziewczynami z pewnego forum internetowego (do którego nomen omen zajrzała po raz pierwszy od bardzo dawna), opiekę nad dziecięciem przejmuje Porankowy Tata i powinno to wszystkim wyjść na dobre. A jeśli się uda pewien projekt, w którym Porankowa Mama być może weźmie udział, to może nawet coś dobrego zostanie zrobione dla reszty świata. Bo jak rzekł Porankowy Tata: jak Ty się już za coś zabierasz, to zazwyczaj wychodzi z tego coś dobrego dla innych.
A dobry nastrój już się udzielił Porankowej Panience, która smacznie śpi od półtorej godziny (ba, od dwóch godzin) na tapczanie w swoim pokoju - Porankowa Mama boi się ją ruszyć, żeby czar słodkiego chrapania nie prysł. Niech mi ktoś jednak wyjaśni, dlaczego to dziecię śpi w dzień, a nie śpi w nocy?

Jeśli idzie o komentarze do bloga, to wczoraj dwa porankowe szwagro-braty bez najmniejszego kłopotu zamieściły swoje wpisy pod postami... Widocznie blog miał zły dzień.

24 lipca 2007

rozgoryczenia ciąg dalszy

Właśnie przeczytałam w pasku informacyjnym TVN24, że poszkodowani przez trąbę powietrzną otrzymają od rządu... po 6 tysięcy złotych... Przypominam, że rodziny ofiar wypadku pod Grenoble otrzymają ponad 100 tysięcy złotych... Cisną mnie się na usta bardzo niecenzuralne słowa. Baaaardzo niecenzuralne słowa! Zastanawiam się nad napisaniem listu z wyrazami oburzenia, który zaadresuję do braci rządzących... A biorąc pod uwagę stan psychofizyczny, w jakim się znajduję, jestem do tego zdolna.
Jeśli chodzi o mój stan psychifizyczny to powiem tak: Porankowa Panienka nie baczy na reguły rozwojowe i mając niecałe pół roku jest od trzech tygodni dumną posiadaczką dwóch zębów - dwóch dolnych jedynek. Jeśli zaś wierzyć wyczuciu Porankowego Taty, pozostałe zęby zazdroszczą owym jedynkom i są gotowe ujrzeć światło dzienne już niedługo. Co się zaś wiąże z powyższym, Porankowa Panienka ślini się jak serialowy Śliniak vel Fąfel, jest marudna jak nigdy dotąd, pożera swoje dłonie (gryzaczki nie przypadły jej do gustu), niechętnie je i ma ogromne trudności ze spaniem. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest fakt, że Porankowa Mama źle sypia w nocy (o ile w ogóle o spaniu może być mowa), boleśnie doświadcza obecności dwóch zębów na swoim ciele i ogólnie jest rozdrażniona, nie ma ochoty nic robić (więc w domu robi się bałagan, który zdecydowanie jest sprzeczny z osobowością Porankowej Mamy i ją jeszcze bardziej drażni), a to wszystko w połączeniu z pogodą powoduje, że są takie chwile, gdy Porankowy Tata z Porankową Panienką muszą się ewakuować z domu. Ewakuacja ma na celu zachowanie ich przy życiu oraz odnowę psychiczną Porankowej Mamy, przy czym to pierwsze udaje się osiągnąć, podczas gdy to drugie, nie. Stan psychiczny Porankowej Mamy pozostawia zatem wieeeele do życzenia.

23 lipca 2007

rzecz o żałobie, na którą Porankowa Mama się nie zgadza

Wczoraj zdarzyła się tragedia: autokar z polskimi pielgrzymami miał wypadek w okolicach Grenoble we Francji. 26 osób nie żyje, wiele osób jest rannych, część z nich jest w stanie ciężkim. Wiadomość o wypadku podawana była w każdej stacji telewizyjnej, dziś znajduje się w każdej gazecie.
Wczoraj na miejsce tragedii pojechali nie tylko przedstawiciele Polski urzędujący we Francji. Wczoraj poleciał tam Prezydent. Zapalił znicz przy barierce, przez którą wypadł z trasy autokar. Rozmawiał z niektórymi poszkodowanymi i... oznajmił, że rodziny ofiar i poszkodowanych otrzymają pomoc tak psychologiczną, jak i pieniężną (czy ja dobrze widziałam kwotę, o której mowa???) oraz ogłosił żałobę narodową, która ma trwać do środy...
Stacje telewizyjne zmieniają swój program, dziennikarze ubrani są na czarno, na ekranie tak telewizora jak i komputera pojawiają się czarne wstążki, odwołano koncerty na sopockim molo, wystawione są księgi kondolencyjne...
A ja, przysłuchując się temu w czasie, gdy biegam galopem między kuchnią i pokojem starając się opanować półroczną, ząbkującą córkę, mówię ogólnopolskiej żałobie narodowej z powodu wypadku pod Grenoble stanowcze NIE!
Nie zaprzeczam, wydarzyła się rzecz tragiczna, której można było zapobiec. Zginęli ludzie. Zarówno ja, jak i moja druga połowa, określana w niniejszym blogu, jako Porankowy Tata, łączymy się w bólu z ich rodzinami. Modlimy się za dusze zmarłych w tym wypadku, za powrót do zdrowia tych, którzy przeżyli, za ukojenie i spokój ducha ich rodzin. Przyglądając się jednak obecnej sytuacji, cholera nas bierze, bo:
Każdego dnia w Polsce i na świecie umierają ludzie. Umierają z powodu starości, choroby, ale umierają także w wyniku wypadków komunikacyjnych, zabójstw, zdarzeń losowych... Umierają pojedynczo, ale zdarzają się też sytuacje, gdy jednorazowo ginie kilka osób. O ile mnie pamięć nie myli, niedawno był wypadek, w którym zginęły naraz 4 osoby. Czy rodziny osób, które giną każdego dnia otrzymują pomoc finansową od rządu? Czy ogłaszana jest z powodu ich śmierci żałoba narodowa? Nie. A dlaczego? Czy ich śmierć jest mniej ważna? A może wypadek pod Grenoble zasługuje na miano tragedii narodowej, bo zdarzył się poza granicami kraju?
Mój ojciec zwrócił mi dziś uwagę, że po wypadku w kopalni Halemba także była ogłoszona żałoba narodowa... Uważam jednak, że - na upartego - jest pewna różnica, bowiem to był wypadek podczas pracy wykonywanej na rzecz nas wszystkich. Mogę się ewentualnie zgodzić, że w takiej sytuacji ogłaszana jest żałoba narodowa (choć też mam, co do tego mieszane uczucia - nie , mam zdecydowanie mieszane uczucia i uważam, ze to lekkie przegięcie) - górnicy zginęli bowiem podczas swoistej służby (bardzo naciągany argument). Tragedia we Francji dotyczy zaś grupy pielgrzymów wracających do domu, to wypadek autokarowy, taki jak wiele innych wypadków, które zdarzają się każdego dnia...
Poza tym, zadam trywialne pytanie: dlaczego rodziny ofiar spod Grenoble mają otrzymać pomoc finansową? Rozumiem pomoc w postaci samolotu rządowego, by bliscy mogli polecieć do Francji... Rozumiem pomoc w załatwieniu formalności związanych z przylotem ofiar do Polski. Ale ludzie kochani, 100 tysięcy złotych dla rodzin ofiar i rannych? Po chamsku się zapytam: za co? Za to, że pojechali na pielgrzymkę i wracając z niej zostali zabici przez błąd kogoś, kto z jakiegoś powodu ominął wszystkie znaki drogowe zakazujące wjazdu na tę drogę? Prędzej zrozumiałabym taki "gest", gdyby to była pielgrzymka jedynych żywicieli rodziny... 100 tysięcy złotych... Szanowni państwo rządzący, nie macie co robić z pieniędzmi? Z chęcią wam pokażę!
Emocje biorą górę, więc wbrew swojemu postanowieniu, by utrzymać ten blog apolitycznym, podzielę się jedną myślą: mamy w perspektywie wcześniejsze wybory, prawda? Wstydźcie się wy, którzy rządzicie. Mogłam się spodziewać wszystkiego, ale wykorzystywanie tragedii ludzi w celu zdobycia przychylności narodu nie przeszło mi nawet przez myśl...

A jeśli ktoś jeszcze nie rozumie, o co mi chodzi, niech się zapozna z poniższym:

Wikipedia.pl podaje: Żałoba narodowa - żałoba ogłaszana przez władze państwowe po śmierci wybitnej osobowości (najczęściej związanej z krajem jej ogłoszenia) lub z powodu wielkiej katastrofy. Może być ogłaszana na skutek tragicznych wydarzeń w kraju, w którym ją zarządzono, ale także jako rodzaj hołdu złożonego ofiarom podobnych zdarzeń (zamach, katastrofa naturalna lub inna) poza granicami państwa. (...). Podstawą prawną do wprowadzenia żałoby narodowej jest artykuł 11 ustawy z dnia 31 stycznia 1980 roku o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej. (...)

Żałoba narodowa była w Polsce ogłoszona:

W świetle powyższego, żałoba narodowa po wypadku pod Grenoble (jak na to spojrzeć, to pozostałe żałoby ogłoszone po śmierci Jana Pawła II także) to już lekka przesada... Nie tylko według mnie...
Uff... Ulżyło mi trochę.

I jeszcze raz podkreślam, nie deprecjonuję tragedii pod Grenoble.

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie,
a światłość wiekuista niechaj im świeci, na wieki wieków.
Amen.

18 lipca 2007

rzecz o pieluchach

Kupa jest teraz modnym tematem, więc dziś o kupie, a raczej o pieluchach.
W poniedziałek porankowa rodzina przeżyła kryzys pieluchowy. Upały spowodowały, że porankowi rodzice przestali być czujni i rano okazało się, że w domu są zaledwie trzy pieluchy. Ponieważ Porankowy Tata musiał wyjść do pracy, wizja zakupów była możliwa do zrealizowania dopiero wieczorem. Porankowa Mama odważnie zadecydowała więc, że po porannej drzemce odwiedzą z Porankową Panienką najbliższy sklep i dokonają zakupu małej paczki pieluch. Pomysł był odważny, bowiem obecnie Porankowa Mama nie jest w stanie wychodzić sama na spacery z wózkiem - porankowa rodzina czeka na inny wózek, który - dzięki uprzejmości kuzynki - ma być dostarczony niedługo i jest szansa, że do windy się zmieści... oby.... Wizja małych zakupów obejmowała więc wzięcie Porankowej Panienki na ręce i wybycie z domu bez wózka.
Podczas gdy Porankowa Panienka smacznie drzemała, temperatura za oknem zaczęła osiągać niebezpieczny pułap 30 stopni w cieniu. Gdy Porankowa Panienka się obudziła, upał doskwierał już znacząco. Niestety, dziecięciu nie wytłumaczysz, że ma oszczędzać pieluchę i koło 11:00 rano obie porankowe panie zmuszone były się udać do sklepu.
Porankowa Panienka została odpowiednio odziana, wysmarowana kremem z filtrem, otrzymała gustowne nakrycie głowy (które od razu próbowała zdjąć) i z pełnym podekscytowaniem ruszyła na zakupy do pobliskiego sklepu.
Wychodząc z bloku Porankowa Mama wysłuchała uwag zatroskanych sąsiadów, którzy starali się wybić jej z głowy wychodzenie z niemowlakiem na dwór... Tak, znowu wyszło na to, że jest nieodpowiedzialną matką... Przyzwyczaja się do tego.... Dzięki Bogu, rząd sklepów jest dosłownie żabi skok od porankowego bloku.
W mgnieniu oka porankowe panie dotarły wpierw do apteki.
- Dzień dobry, potrzebne nam są pieluchy dla tej młodej obywatelki. Jakie rodzaje ma pani w sprzedaży? - zagaiła Porankowa Mama, a Porankowa Panienka odpowiednio się uśmiechnęła prezentując jeden mały ząb.
- Pieluchy? Niestety nie ma. - odpowiedziała zdziwiona (sic!) pani aptekarka.
- Nie ma? A to dziwne... To poproszę Infacol, skoro już tu jesteśmy? (wyjaśnienie: Infacol to genialny środek na wzdęcia u niemowląt).
- Infacolu też nie ma - powiedziała pani aptekarka, a Porankowa Mama już miała na końcu języka pytanie o to, co w takim razie jest w aptece, prócz wystawionych w witrynie produktów marki Durex... Powiedziała jednak: to dziękujemy i idziemy do konkurencji.
Porankowe panie zawitały zatem do starego, socjalistycznego "samu" i od progu zapytały, czy można płacić kartą (ważna uwaga: Porankowa Mama miała tylko kartę kredytową przy sobie). Pani sprzedawczyni z dumą oznajmiła, że owszem, więc Porankowa Mama, ku uciesze dziecka, wzięła koszyk i udała się w kierunku stoiska kosmetycznego. Pieluch jednak nie znalazła i opuściła sklep dość szybko udając się drzwi obok do nowoczesnego "samu" znanej sieci o nazwie na L.
Jak się jednak okazało, pieluchy to towar luksusowy... Po dobrych 10 minutach, jedyne co Porankowa Mama znalazła, to podejrzanie wyglądające paczuszki z ledwo widocznym napisem "pieluszki dziecięce". W akcie desperacji chciała już je kupić, ale natknęła się na jedną otwartą paczuszkę i postanowiła obejrzeć produkt przed zakupem. To było genialne posunięcie, bowiem pieluchy okazały się być narzędziem tortury dla niemowlaka. Zwykła wata, czy coś w tym stylu, zapakowane w kawał folii... Nawet w chłodne dni odparzyłby delikatną pupę. Jak można coś takiego w ogóle produkować??? Będę świnia i podaję nazwę firmy: Aro. Antyreklama z premedytacją. Zdruzgotana i oburzona Porankowa Mama opuściła sklep. Porankowa Panienka także opuściła sklep, bo nie miała innego wyjścia.
Niestety, więcej sklepów, w których można płacić kartą, w najbliższej okolicy nie ma, więc Porankowa Mama wróciła do domu i wykonała alarmowy telefon do Hetman-Dziadów z Łazarza, czyli rodziców. Przedstawiła sprawę i otrzymała zapewnienie, że pogotowie pieluszkowe przyjedzie w ciągu godziny.
Po godzinie zadzwonił telefon... Hetman-Babcia (analogicznie do Hetman-Dziada powinna być Hetman-Baba, ale brzmi tragicznie) poinformowała, że obeszła całą okolicę i pieluch jak na złość nie było, dopiero gdzieś daleko dopadła ostatnie dwie paczki, które Hetman-Dziad wiezie. Dodała również, że pani w aptece zaoferowała, że może pieluchy zamówić i będą jutro...
Hetman-Dziad rzeczywiście przyjechał z dwoma paczuszkami pieluch - jedną znanej, wiodącej marki, która mimo że jest tragicznie droga, to zdecydowanie najlepsza i drugą, eksperymentalnie kupioną polską produkcją, która okazała się w sumie nie taka zła, ale porankowi rodzice kupować pieluch tej marki więcej nie będą. Porankowa Panienka mogła teraz zapełniać pieluchy do woli (co zresztą od razu uczyniła).
Wieczorem, jak się ochłodziło, porankowa rodzina udała sie na zakupy do dużego centrum handlowego i nabyła drogą kupna dużą paczkę pieluch kolejnej znanej marki (promocyjna cena i dobra reklama oraz kolorowe opakowanie, które zachwyciło Porankową Panienkę). Do tego wczoraj Porankowa Panienka otrzymała w prezencie kolejną dużą paczkę pieluch także znanej marki, więc teraz w porankowym domu jest magazyn pieluch, a Porankowa panienka może wybierać w kolorach i rozmiarach.
Uff, kryzys pieluchowy opanowany.
A tak na marginesie, zastanawia mnie, co jest z tymi pieluchami? Dlaczego nie można ich kupić w normalnym sklepie?

15 lipca 2007

wakacje pod gruszą

Niektórzy mają dobrze i należy im się ekwiwalent za wakacje pod gruszą. Porankowa Mama do takowych należy. Niestety, czas wypełniania wniosków o przyznanie pieniędzy przypadł w okresie jej urlopu macierzyńskiego, więc Porankowej Mamie ekwiwalent śmignął koło nosa - tak się przynajmniej wydawało. Wydawało, bo jak się w sumie okazało, wakacje pod gruszą należą się każdemu zorientowanemu, o ile wykaże się sprytem. Porankowa Mama sprytem się wykazała i udała się do Rektoratu, by wypełnić wniosek. No i się zaczęło, jak na filmie o Asterixie i Obelixie...
Wiedziona intuicją Porankowa Mama wczłapała na wysokie trzecie piętro Rektoratu. Kluczyła kilka chwil po pokojach i w końcu zapytała tubylca, gdzie jest dział socjalny, bo do takowego kazano jej iść. Okazało się, że dział socjalny jest na parterze, tuż przy kasie. Poczłapała zatem na dół z wysokiego piętra trzeciego i przybyła do pokoju przy kasie. Tam uprzejmie acz stanowczo wyjaśniła cel swego przybycia, a miła pani, choć trochę ospała, kazała pobrać wniosek z półeczki. Porankowa Mama znalazła potrzebny druk i wypełniła. Zaniosła go ospałej pani, a ta, uprzejmie acz stanowczo stwierdziła, że teraz to trzeba zanieść do działu płac i do działu kadrowego, bo tam muszą przybić odpowiednie pieczątki. A że Porankowa Mama przychodzi po terminie to musi sobie te pieczątki załatwić w tych działach sama...
Z wypełnionym wnioskiem Porankowa Mama poczłapała na wysokie piętro drugie do działu kadrowego. Tam kolejna ospała pani spojrzała, wklepała w komputer kilka liter, spojrzała po raz wtóry, przybiła pieczątkę i postawiła parafkę. Gadała przy tym cały czas przez telefon, więc Porankowa Mama sama wydedukowała, że wniosek można zabrać.
Następnie Porankowa Mama wczłapała na wysokie piętro trzecie, gdzie wcześniej pytany o drogę tubylec zdziwiony, że ją widzi, zaczął powtórnie wyjaśniać, gdzie jest dział socjalny, a Porankowa Mama z kolei, wyjaśniła mu, że już tam była. W odpowiednim pokoju przybito odpowiednią pieczątkę i kazano zanieść wniosek do... działu socjalnego na parterze przy kasie.
Porankowa Mama poczłapała z wysokiego piętra trzeciego na parter, tam zastukała do działu socjalnego i wręczyła ospałej pani opieczętowany wniosek. Ospała pani zdziwiła się, wpisała na wniosku dwie kwoty (Porankowej Panience też się wakacje pod gruszą należą), zsumowała je, przystawiła pieczątkę i... kazała zanieść do działu płac na wysokie trzecie piętro.
Porankowa Mama odwróciła się zatem na pięcie, stanęła przed wielkimi schodami i po raz kolejny poczłapała na wysokie trzecie piętro, z tą różnicą, że tym razem, musiała zrobić kilka przystanków po drodze, by zaczerpnąć powietrza.
W odpowiednim pokoju wręczyła odpowiednio opieczętowany odpowiedni wniosek odpowiedniej pani i nieśmiało zapytała, kiedy można się spodziewać wpłynięcia ekwiwalentu na konto. Odpowiednia pani z odpowiednią miną stwierdziła, że tak jak dla wszystkich doktorantów, pieniądze będą na koncie 1 sierpnia.
No to się pytam, po cholerę wnioski był do wypełniania w maju? Odpowiedzi nie otrzymano...
I po cholerę w ogóle trzeba wypełniać wniosek, skoro ekwiwalent należy się wszystkim? Odpowiedź w domyśle: bo się widocznie wszystkim należy, ale niektórym należy bardziej... Niektórym, czyli tym sprytnym...
A że porankowa rodzina spędza wakacje na działce Hetman-Dziadów z Łazarza i wcale nie pod gruszą tylko pod winogronem, ekwiwalent przeznaczony zostanie na gruszki w słoiczkach dla Porankowej Panienki - tak, żeby tym gruszkom stało się za dość (a za resztę pieniędzy porankowa rodzina kupi chyba fotele do "salonu", wcale nie w kolorze gruszkowym tylko czerwonym).

A na marginesie: winda znów ma humory. Tym razem jednak, porankowi rodzice po burzliwej dyskusji z gospodarzami domu (w liczbie mnogiej, ale to inna historia) zaczęli spisywać daty i godziny windowych fochów i w sierpniu sporządzą odpowiednią notę protestacyjną...

11 lipca 2007

era słoiczkowa

Ponieważ Porankowy Tata ma wolny tydzień, Porankowa Mama nie ma chwili dla siebie... Taka kolej losu - tata i córka bawią się radośnie, a mama po nich sprząta i pilnuje, by dom się nie rozpadł...
W ekspresowym skrócie zatem: od soboty Porankowa Panienka żyje w erze słoiczkowej i o dziwo, zachowuje się tak, jakby wcale nie było to dla niej nic nowego. Bez problemu je z łyżeczki i pije z kubeczka. Wprawdzie przeżyła szok przy pierwszym kęsie marchewki Gerbera, ale trwał on tylko chwilę i od razu załapała, o co biega (załapała dosłownie, bo wpierw złapała marchewkę w łapkę). W menu mamy więc jak dotąd: marchewkę, sok jabłkowy i sok z winogron z melisą i rumiankiem, skórki od chleba i herbatki Hipp. W kolejce czekają kolejne słoiczki, kaszki i soczki. Pychota! Serio!

Teraz w porankowym domu rządzi Porankowa Pani Prezes! (to tak nawiązując do reklam tv...)

4 lipca 2007

porankowa nie-sielanka

Niniejszy post dedykuję tym, którzy myślą, że porankowa rzeczywistość to sielanka.

Porankowa Panienka od wczoraj dostaje małpiego rozumu. O ile jednak wczoraj można było ją uspokoić klepaniem w klawiaturę, o tyle dziś nie uspokajało jej nic.
Obudziła się ok. 2:00 w nocy. Została nakarmiona, przy czym Porankowej Mamie już coś nie pasowało, bo za bardzo się dziecię podczas karmienia rzucało. O 2:30 została odłożona do łóżeczka. Dziesięć minut później zaczęła marudzić i otworzyła oczy. Nie chciała leżeć w łóżeczku, nie chciała słuchać karuzelki, nie chciała być noszona na rękach... Porankowa Mama walczyła z nią do 4:00. Wtedy się poddała i poszła obudzić Porankowego Tatę. Ponieważ kilka razy udawało mu się szybko uśpić córkę, gdy ta wojowała w nocy, dziarsko wstał i optymistycznie podszedł do zagadnienia. Walczył z młodą pół godziny, po czym się poddał. Przy wrzasku dziecka został oddelegowany do łóżka, bo miał przed sobą ciężki i pracowity dzień, a na plac boju znowu wkroczyła Porankowa Mama. Porankowa Panienka została ponownie nakarmiona - jadła zawzięcie, więc wszystko wskazywało na to, że jest głodna. Potem zaczęła znów tańczyć break-dance'a. Jakimś cudem, po długim czasie kołysania na rękach, zasnęła ok. 5:30...
Obudziłą się ok. 9:00 w dobrym humorze. Jednak po godzinie zaczęła marudzić. Nie interesowały jej zabawki ani sprzęty domowe. Po kolejnej godzinie zaczęła ziewać i marudzić jeszcze bardziej. Próby odłożenia do łóżeczka kończyły się wrzaskiem. Minęła kolejna godzina - dziecię zaczęło wyć - uspokajało ją tylko siedzienie w ciemnej łazience przed lustrem. Jakakolwiek próba opuszenia łazienki wiązała się z uruchomieniem trybu płaczliwego. Nagle jej przeszło - i zmęczenie i płacz. Porankowa Mama postanowiła się z nią pobawić na macie edukacyjnej. Chwilę się udało i nagle... Porankowa Panienka zaczęła przeraźliwie się drzeć - zupełnie jakby ją coś bolało. Po kwadransie płaczu i braku jakiegokolwiek sposobu pozbycia się go, Porankowa Mama rozważała zatelefonowanie do Porankowego Taty (który dziś jest cały dzień poza domem, bo złapał okazję, by dorobić i remontuje gdzieś kuchnię...). Doszła do wniosku, że ten i tak nic nie pomoże. Rozważała zatem zatelefonowanie po Teściową - doszła do wniosku, że Teściowa tym bardziej nie pomoże, bo zna wnuczkę tylko pobieżnie i nigdy się nią nie zajmowała. Zdesperowana, Porankowa Mama zdecydowała zaaplikować młodej Viburcol - homeopatyczny środek uspokajający. Chyba zadziałał po godzinie, bo dziecko podstępnie udało się uśpić... na 20 minut...
Porankowa Panienka obudziła się z uśmiechem na ustach i cały cyrk zaczął się od nowa. W sumie, w ciągu dnia spała łącznie godzinę (3x20 minut). Aż dziw bierze, że Porankowa Mama w ogóle coś zjadła - gdyby nie resztki w lodówce i mikofalówka, pewnie żywiłaby się bananami i ciasteczkami z puszki.
O 19:00 Porankowa Panienka została wykąpana - godzinę wcześniej niż zwykle, bo była już tragicznie zmęczona, a jeśli by zasnęła to potem głupio by ją było budzić na kąpiel (i podkreślam: dziecka nie da się umyć przez sen chusteczkami odświeżającymi lub wacikiem z wodą, a porankowa rodzina nie uznaje opcji: dzisiaj nie myjemy). Licząc w duchu, że mała zaśnie przy karmieniu po kąpieli, Porankowa Mama dziarsko zabrała się do dzieła. Córka została wykąpana, nakarmiona i... nie spała nadal. Porankowa Mama ze łzami w oczach wyłożyła dziecku, co o tym myśli. Im dłużej gadała, tym bardziej dziecię szczerzyło bezzębne dziąsła...
Godzinę była noszona na rękach. Z wrzaskiem odłożona do łóżeczka. Porankowa Mama poszła podgrzać butelkę z herbatką uspokajającą i jak wróciła dziecko miało już odlot i w ciągu kilku minut samo zamknęło oczy. Śpi od kwadransa... Porankowa Mama jest wykończona, roztrzęsiona, nerwy ma na włosku, a jutro przezcież wraca do pracy i musi być w miarę w dobrym stanie... Od 9:45 ma zajęcia z dwoma grupami studentów, a potem na 15:00 musi wrócić na wykłady z filozofii... Dyżur całodniowy przy Porankowej Panience ma jutro Porankowy Tata. I pewnie jak na złość, Porankowa Panienka będzie jutro w rewelacyjnym humorze...

rzecz o imieninach

Porankowa Panienka obchodziła dziś pierwsze w swoim życiu imieniny. Rano porankowi rodzice złożyli jej życzenia i wręczyli prezent. Popołudniu przyszli Hetman-Dziady z Łazarza i Prababcia. Był domowe ciasteczka, keks (który jakimś cudem uchował się w zamrażarce jeszcze od świąt - po rozmrożeniu okazał się przepyszny!), kawa, herbata... Porankowy Tata wprawdzie musiał być w pracy, ale co tam - obiecał, że od soboty bierze tydzień urlopu, więc wynagrodzi tą stratę. Był prezenty. Porankowa Panienka wzbogaciła się m.in. o nocnik z pozytywką, podgrzewacz do butelek, buteleczki z soczkami, które już niedługo będzie mogła pić i zabawki. Imieniny pełną gębą. Tak, ale Porankowa Mama nie byłaby sobą, gdyby fakt ten nie zmusił jej do refleksji. Dziś więc subiektywna rzecz o imieninach i ich obchodzeniu.

Zacznijmy od uchylenia rąbka tajemnicy i wyjawienia, że Porankowa Panienka ma na imię Elżbieta Wiktoria (dlaczego akurat te imiona? O tym przy okazji) i obchodzi imieniny 4 lipca, co nie jest pomyłką. A mowa o pomyłce dlatego, że popołudniu zadzwoniła do Porankowej Mamy Teściowa i uprzejmie zapytała, z jakiego kalendarza porankowi rodzice zaczerpnęli informację, że 4 lipca obchodzone są imieniny Elżbiety... Problem w tym, że w jej kalendarzu Elżbieta obchodzi imieniny 8 lipca - sprawdzała też w innych miejscach, ale żadne z nich nie wspomina nic o 4 lipca... Porankowa Mama zwątpiła, bo w jej kalendarzu jak byk stoi napisane pod dzisiejszą datą: Elżbiety, Malwiny, Teodora. Ale to nie kalendarz Porankowej Mamy jest źródłem informacji o imieninach Porankowej Panienki. Spieszymy zatem wyjaśnić, co następuje:
Tak się składa, że porankowa rodzina jest rodziną katolicką (tłumaczenie dla ludu: porankowa rodzina jest z gatunku "wierzący-praktykujący", taaaaa... bez komentarza) i uważa, że każdy powinien mieć swojego patrona w osobie jakiegoś świętego. Porankowa rodzina uważa także, że imieniny obchodzi się nie wedle zasady: pierwsze imieniny po urodzinach (bo wtedy Porankowa Panienka miałaby swoje święto 20 lutego - patrz Wiki), lecz obchodzi się je w dniu wyznaczonym na święto danego świętego patrona. A patrona nie dobiera się tak przez przypadek. Porankowi rodzice długo studiowali informacje o świętych Elżbietach (a jest ich kilka) i uznali, że najbardziej odpowiednią na patronkę ich córki będzie św. Elżbieta Portugalska, nazywana "aniołem pokoju", której wspomnienie wyznaczono w kościele właśnie na dzień 4 lipca - w rocznicę jej śmierci w 1336 roku. I ot cała tajemnica imienin Porankowej Panienki, które z całą pewnością obchodzone były dzisiaj.

Porankowi rodzice z żalem obserwują, że zanika tradycja obchodzenia imienin. Jak już, ludzie hucznie obchodzą urodziny - z tortem, świeczkami i obowiązkowym morzem alkoholu... Imieniny stają się coraz bardziej zapomniane - kto pamięta, kiedy imieniny ma jego przyjaciel? Kto wtedy dzwoni do niego, by pokazać, że jest i pamięta? Ostatnio nawet porankowa rodzina ominęła kilka ważnych dat, nad czym bardzo ubolewa...
W porankowych rodzinach pochodzenia (tłumaczenie dla niewtajemniczonych: rodzina pochodzenia to ta rodzina, w której się ktoś wychował, w tym przypadku zatem są to rodzina Porankowego Taty i rodzina Porankowej Mamy) imieniny były zawsze okazją do spotkania się całej rodziny, a nawet przyjaciół i znajomych. Nie chodzi tu o jakieś wystawne przyjęcia, lecz o zwykłą tzw. kawę. Z czasem jednak, każdy stawał się coraz bardziej zabiegany, rodzina się powiększała i czar rodzinnych/przyjacielskich spotkań pryskał. Doszło nawet do tego, że sugeruje się zaprzestanie wyprawiania imienin... A przecież to takie miłe święto. Chyba ostatnie nieskomercjalizowane święto (bo nawet urodziny są już na sprzedaż i do kupienia...)
Nie chodzi o prezenty, nie chodzi o tony placków - chodzi o pamięć. I nie o pamięć o tym, że x lat temu ktoś się urodził, ale o pamięć o tej osobie, o jej imieniu, pamięć o świętym patronie, który czuwa i towarzyszy tej osobie w codzienności. Imieniny to okazja do spotkania się z osobą, która je obchodzi, do powiedzenia: pamiętam o tobie, cieszę się, że jeteś tym, kim jesteś! Jeśli nie można przyjść osobiście to zawsze można zadzwonić, wysłać maila, sms...
I nawet dla takiego małego szkraba, jakim jest Porankowa Panienka warto imieniny "wyprawiać", warto je obchodzić. I nie uważamy, że szkoda wydawać pieniądze na przygotowanie kawy - akurat kawa to coś, co w porankowym domu czeka zawsze na każdego gościa, który zawita, zapowiedziany czy nie.

Wczoraj imieniny obchodził porankowy przyjaciel. W odpowiedzi na sms z życzeniami, by był szczęśliwy, odpisał: już sam fakt, że ktoś pamięta, daje szczęście.
Mądra myśl.