Porankowy INSTAGRAM

22 sierpnia 2014

Jura Park Solec Kujawski

REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

Dinozaury w naszych wyjazdowych planach pojawiały się od ponad roku. Tak wyszło, że dopiero teraz mogliśmy nasz plan zrealizować i rzeczywiście ruszyć w stronę wybranego parku rozrywki oferującego spotkanie oko w oko ze "straszliwymi jaszczurami". 
Decyzja o tym, do którego parku skierować nasze kroki nie była jednak łatwa. Okazuje się bowiem, że dinozaury to dość powszechne zjawisko w naszym kraju. Dinoparki ziejące atrakcjami czekają na klientów prawie w każdym lesie, a oferta, którą proponują, jest wprost odurzająca. 
Po dokładnym rozeznaniu, kilku dyskusjach na "fejsbuku" i przeczytaniu wielu komentarzy na forach internetowych, nasz wybór padł na Jura Park w Solcu Kujawskim - park oddalony od naszego miejsca zamieszkania o 160 km, co oznaczało ponad dwuipółgodzinną jazdę w jedną stronę. Zgodnie jednak stwierdzamy, że było warto! I nie tylko dlatego, że przy okazji zahaczyliśmy o Gniezno i - w drodze powrotnej - o Bydgoszcz. Jura Park to park stworzony i prowadzony przez ludzi z pasją i to widać! Ale po kolei.

Jura Park wita nas piękną, stylizowaną na kamienną, bramą, która nie pozostawia wątpliwości, do czego prowadzi. Stojący przed nią dinozaur daje przedsmak tego, co nas czeka, gdy już wejdziemy na teren parku. 

Brama Jura Parku - widok od strony parku rozrywki.

Podczas gdy Glorie zajęte były fotografowaniem się z owym stworem, my zajęliśmy się zakupem biletów. I tu pierwszy duży plus Jura Parku: bilet rodzinny w cenie 85zł obejmuje WSZYSTKIE atrakcje na terenie obiektu. W cenie biletu mamy zatem zarówno ścieżkę edukacyjną, jak i: seans w kinie 5D, wejście do Muzeum, małego ogrodu botanicznego w formie ogrodu zimowego, korzystanie z placu zabaw (zjeżdżalnie, siatki-pająki do przechodzenia, huśtawki oraz karuzele, jazda autami elektrycznymi, mały roller-coaster, basen z piłkami, trampolinę, dmuchany zamek). Poza sklepami z pamiątkami, punktami z gastronomią i stojącymi automatami (takie, z których wylatują plastikowe piłeczki z zabaweczką w środku) nie trzeba za nic więcej płacić. Toaleta, bardzo czysta i pachnąca, także jest bezpłatna. Jeśli ktoś jest posiadaczem karty lojalnościowej Premium Club ze Statoil czy karty rabatowej FunPass, warto ją ze sobą zabrać - park oferuje rabaty. I co ważne, płatność w kasie możliwa jest przy użyciu karty płatniczej.
Bilet otrzymujemy w formie zapinanej na ręce papieropodobnej bransoletki, co Glorie przyjęły z dużym zadowoleniem. Dumnie machały ręką przechodząc przez bramę, a gdy już minęły panią bileterkę zgodnie westchnęły "WOW" rozglądając się po głównym dziedzińcu. Wygląda bowiem imponująco. I zabawnie, szczególnie, gdy spojrzymy w stronę postoju dinowózków, które można wypożyczyć dla malucha (niestety tu pojawia się opłata 5zł + kaucja zwrotna 20zł), by przewieźć go po terenie parku.


Pierwsze kroki, zgodnie z instrukcją pani kasjerki, skierowaliśmy do kina 5D celem rezerwacji miejsc na seans filmowy. Trochę nas przeraziło, że zostaliśmy wpisani na seans "za dwie godziny i 15 minut". Nie przewidzieliśmy, że czas ten minie nam bardzo szybko i nie będziemy musieli wynajdywać zajęć, by doczekać do danej godziny. 

Ścieżka dydaktyczna parku jest wytyczona w lesie, wśród drzew. W słoneczne, upalne dni jest więc zapewniony cień. Wprawdzie z obu stron dostęp do dinozaurów ograniczają drewniane barierki, przez które nie wolno przechodzić, z dużym zadowoleniem zauważyliśmy, że co jakiś czas pojawia się tabliczka informująca, że do danego dinozaura można podejść i zrobić sobie zdjęcie w jego towarzystwie.



Kręta dróżka ścieżki edukacyjnej prowadzi przez okresy geologiczne elegancko wyodrębnione symbolicznymi bramkami, co w dziecięcej głowie nadaje wreszcie sens tunelowi czasu z bajki "Dinopociąg" i zwiększa szanse na to, by zapamiętać kolejność występowania dinozaurów. Zaskoczyło nas to, że choć bardzo wyraźnie wskazany jest początek ścieżki i kierunek zwiedzania, wielu odwiedzających wybierało odwiedziny "pod prąd"...
Jeśli chodzi o stwory, są wykonane z dużą starannością. W niektórych przypadkach Ślubny zwrócił uwagę na mało dynamiczny sposób przedstawienia (grupa dinozaurów, gdzie wszystkie stanowią jakby jeden odlew, w takiej samej pozie). Każdy z nich jest jednak szczegółowo opisany na tablicach informacyjnych stojących przy ścieżce. Liczne ryciny, opis w trzech językach (polski, angielski i niemiecki), dane dotyczące diety, wagi, występowania, a także rozłożone wśród traw kamienie z tropami dinozaurów itp. - wszystko to spełniło nasze naukowe oczekiwania. Powiedzmy sobie szczerze, że kryterium edukacyjne było dla nas dość istotne. Zależało nam nie tylko na tym, by móc obejrzeć zwierzę o dziwnej nazwie "dla zabawy". Ważne było także to, by móc się dowiedzieć o nim czegoś więcej - a jeśli to więcej oznacza, coś, czego jeszcze nie wiemy, tym lepiej. 
Jak się okazało Gloria Starsza była najbardziej zainteresowana dietą dinozaurów - chodziła od tabliczki do tabliczki i odszukiwała odpowiednie napisy. Biorąc pod uwagę, że dopiero co skończyła pierwszą klasę i od niedawna jest w pełni czytata i pisata, było to dla niej dość intensywne ćwiczenie. Z kolei Gloria Młodsza z zainteresowaniem wyszukiwała drobiazgi takie jak kolor czy faktura. Krążyła wśród dinozaurów z aparatem na szyi robiąc zdjęcia makro. Dzięki temu, będąc już w domu, mogliśmy zajrzeć do paszczy dinozaura, zwrócić uwagę na dokładnie nałożony na oko kolor tęczówki, czy zerknąć pod ogon i podziwiać (sic!) jego odbyt. Warto czasem spojrzeć na świat oczami dziecka...


Zaskoczeniem dla nas było, że tuż na końcu ścieżki, zaraz za tablicą informującą o wielkim katakliźmie i wymieraniu gadów, zza drzew wyłoniły się nagle... wielkie owady. Wielki pasikonik, wielka biedronka, wielka mucha... Pasowały do wystroju jak pięść do nosa i wprowadziły trochę zamieszania w dziecięcej głowie.
- Nie wiedziałam, że kiedyś były takie wielkie pasikoniki... - rzekła Gloria Młodsza. My też nie.



Aż trudno uwierzyć, że przejście ścieżką zajęło nam dwie godziny. W sam raz na dotarcie do kina 5D. Przy wejściu otrzymaliśmy okulary i udało nam się zająć cztery fotele w drugim rzędzie - tu uwaga: warto przybyć trochę wcześniej na seans, by móc wybrać miejsce - rodzina wchodząca za nami nie mogła już siedzieć razem...
Krótka reklama Jura Parków (zdecydowanie planujemy wyjazd pod Opole!) i zaczyna się film - oto znajdujemy się w pokoju pełnym zabawek, które ożywają. Pędzimy samolotem wśród półek, obok tańczących lalek, bałwanków, piłkarzyków, przez tunele, w górę i w dół... A fotele wyginają się pod nami, podskakują, wiatr nam wieje w twarz, PADA ŚNIEG, pryska woda! REWELACJA! Gdy już jesteśmy pewni, że to koniec... zaczyna się drugi film. Tym razem bardziej naukowy niż rozrywkowy, o początku świata i o tym, jak się zmieniał, skąd się wzięły pierwsze organizmy, jak wyginęły dinozaury itd. Gdyby nie nasze ograniczenie czasowe i odległościowe, chętnie zapisałabym się na kolejny seans (co jest możliwe!).
Atrakcji na tym nie koniec. Po kinie zwiedziliśmy Muzeum Ziemi. Pięknie przygotowane, malutkie, ale za to z prawdziwymi eksponatami, rekonstrukcją szkieletu dinozaura, rekonstrukcją mamuta i różnymi drobiazgami, które zachwyciły nawet 6-latkę. Wydawało się nam, że dokładnie obejrzeliśmy każdy eksponat - a jednak. Pani w sklepie z pamiątkami (biżuteria prześliczna!) odpytała dziewczyny z tego, co widziały (kobieta zdecydowanie znała się na rzeczy i nie była pracownikiem Jura Parku z przypadku) i namówiła do powrotu do sali muzealnej w celu odszukania kawałka drewna z Madagaskaru, które liczy sobie 250 milionów lat. Co ciekawe, drewna tego można było dotknąć! Kolejny duży plus dla Jura Parku!

Obkupieni w drobiazgi ruszyliśmy na ostatnią część naszej wyprawy - plac zabaw.


Każda z atrakcji dostępna była wielokrotnie - wystarczyło ustawić się w kolejce (nas kolejki ominęły) i jeśli tyko było wolne miejsce, korzystać. Rewelacyjnie bawiliśmy się (my dorośli też!) na karuzeli i na kolejce górskiej. Plac zabaw i gofry (4,5zł za gofra z cukrem, pozostałe opcje 7-10zł) i lody to było idealne zwieńczenie naszej całodniowej - ponad 5 godzin w Jura Parku! - wyprawy.

   
W drodze powrotnej zgodnie stwierdziliśmy, że wyprawa do Jura Parku w Solcu Kujawskim jest warta swojej ceny. Park jest przygotowany profesjonalnie pod każdym względem i nie odbiega od europejskich standardów. Warto podkreślić, że jest to park dynamicznie się rozwijający. W maju tego roku uruchomiono coś na kształt arboretum, pod koniec sierpnia będzie odsłonięty zegar słoneczny. W Jura Parku widać pasję, widać pomysł i widać chęci do realizacji marzeń. Każdy, niezależnie od wieku, znajdzie tu dla siebie coś wartego uwagi.
Żałujemy tylko, że nie skorzystaliśmy z Restauracji Jaskiniowej znajdującej się na terenie - ale jako poznańskie pyry przyjechaliśmy z własną "restauracją na Kółkach" i zanim weszliśmy do parku, najedliśmy się po brzegi. Następnym razem...


REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!



Ciekawostki "z trasy":

Widać, że jesteśmy "ludźmi z miasta" - krowy na łące stanowiły dla nas ogromną atrakcję!
Na trasie Poznań-Gniezno-Solec Kujawski - nazwa miejscowości, której nie da się przeczytać "w locie".

wrzucamy siebie i dzieciaki na Warsztat

Może to zbliżająca się jesień, może fakt, że Glorie dwie ruszają za tydzień do Szkoły i nasze życie może wreszcie przestanie przypominać cyrk z atrakcją pod tytułem "balansowanie na krawędzi czasu między przedszkolem, szkołą, pracą i domem", a może wydarzenia ostatnich miesięcy, które wymusiły na nas dostosowanie się do życia bez obecności ważnego członka rodziny spowodowały, że jesteśmy gotowi na nowe formy aktywności, także w blogosferze.

Porankowa Rodzina rusza świadomie w świat (spoko wodza, nie wyprowadzamy się!): planuje wyprawy, podróże małe i duże oraz udział w różnych akcjach i wydarzeniach. Z każdej nowej aktywności będzie zdawana relacja na blogu. Mamy nadzieję, że dzięki temu wszystkiemu nie tylko odżyje nasz blog, który mchem porasta, ale także odżyjemy my - starszyzna porankowa i nasze dwie latorośle.

Pierwsze podróże i odkrycia za nami - stąd nowa zakładka OPINIE i RECENZJE. Posty już się piszą i niedługo pojawią na stronie.

Dziś dołączyliśmy do bardzo ciekawej akcji DZIECKO NA WARSZTAT. Co miesiąc, przez cały rok szkolny blogujące mamy z całej Polski będą realizowały "warsztaty" dla swoich dzieciaków zgodnie z wytyczonymi przez organizatora tematami przewodnimi. 10 warsztatów, 10 tematów. Nauka przez zabawę. Kształt warsztatów zależny jest od kreatywności każdej z rodzin biorących udział - ograniczeniem jest tylko wyobraźnia. Z każdego warsztatu będzie tworzony reportaż publikowany na blogu, a dzięki temu, że - o ile zrozumiałam zasady - publikacja odbywać się będzie jednego dnia, sieć blogujących mam będzie nawiązywać ze sobą kontakt i podpatrywać pomysły innych. Prawda, że świetny pomysł? A zatem...

Porankowa Rodzina wrzuca dzieciaki na warsztat!

Jeśli chcecie dołączyć do akcji, formularz zgłoszeniowy znajdziecie w linku w banerze akcji - zapisy przyjmowane są do 12 września!

zapisy do II edycji


Pierwsza odsłona Dziecka  na Warsztacie już 29 września. Będziemy odkrywać środowisko lokalne, a hasłem przewodnim będzie: legenda / opowieść / historyjka / bajka. Zarys działań już mamy :)

6 sierpnia 2014

teoria względnego poczucia ciepła

- Brrr, matko, gdzie są swetry, bo w taką pogodę to ja zamarznę! - rzekła Gloria Starsza wystawiając łepetynę na balkon.
- Jakie zamarznę, młoda? Sierpień mamy, w nocy lało i jest tylko trochę chłodno. Jak przyjemnie - uznałam wystawiając swoją łepetynę nad jej łepetyną, co robi się coraz trudniejsze ze względu na wzrost młodej.
Sierpniowy wiaterek dmuchnął nam w twarz. Z +35 zrobiło się +23. Cudne orzeźwienie. Ale Gloria Starsza MARZNIE. Dosłownie. I nie ma znaczenia, że sweter bardziej pasuje do jeansów niż T-shirt, i że sweter ma jej ulubiony aktualnie kolor...
Na spacer wymaszerowałyśmy zatem w strojach skrajnie różnych - ja w krótkim rękawie, rybaczkach i balerinkach na gołych stopach, Gloria Starsza w jeansach, skarpetach, adidasach, długim rękawie... (Obok nas skakała Gloria Młodsza, której zawsze jest za gorąco). Bo ciepło to pojęcie względne, o czym wiedzą już w UK czy Stanach, gdzie wprawdzie obcokrajowca dziwi widok ludzi prawie gołych tuż obok ludzi odzianych w wełniane czapki czy grube swetry, ale dla tubylca jest to koloryt lokalny.
Zresztą, sama jestem dobrym przykładem subiektywnego poczucia ciepła. Chociażby kilka dni temu, rodzina z radości skakała po kałużach w rytm piorunów, a ja szczękając zębami usiłowałam nie utopić się w deszczówce i polarze Ślubnego. No ale tu trzeba dołożyć kontekst.

Od rana słońce grzało jak na pustyni. Słupki rtęci pewnie przekroczyły granice termometru, ale nie mogłam tego sprawdzić, bo wyemigrowałam z dziećmi na RODOS (czyt. Rodzinne Ogródki Działkowe Otoczone Siatką). Sama jedna, sierota, bez ładowarki do mojej komórki (ale z ładowarką do tabletu - sic!), z tobołami i dwójką dzieci. Basen, cień winogronowych liści... Bosko... Choć gorąco jak cholera. Kiedy głód dał o sobie znać wdrożony został plan B, czyli telefoniczne zamówienie pizzy z naszej ulubionej sieci - nazwy nie wymienię z przyczyn niżej opisanych.
Jako że mój telefon się rozładował, musiałam dzwonić z komórki Glorii Starszej (tak, dziecię ma telefon - długa historia). Niestety, zdolne paluszki pogrzebały w ustawieniach i zegar działał w nieco innym wymiarze. Powiedzmy, że wskazywał 11:45, gdy zamawiałam dwie pizze, w tym jedną z tajemniczym składnikiem ukrytym w rancie z ciasta, dzięki któremu to składnikowi Gloria Młodsza rozpływa się w niebie. Powiedzmy, że była 11:55, gdy odkładałam słuchawkę przekonana, że za 1,5 godziny pizza dotrze pod główną bramę ogrodu (to nie żart... 1,5 godziny od złożenia zamówienia do dowiezienia na drugi koniec... strefy dowozu! Specjalnie pytałam, czy podlegam pod tą strefę, czy dzwonić do innej filii). Pan w telefonie poinformował, że będą dzwonić, gdy podjadą.
Minęła 1 godzina i kwadrans. Młode z głodu nieco się wierciły, więc wybyłyśmy w stronę bramy.
1 godzina 15 minut. Nic.
1 godzina 30 minut. Dostawcy brak.
1 godzina 45 minut. Bez zmian. Pod bramą pojawiła się jednak Hetman-babcia, która zwinęła młode na ogród.
2 godziny. Telefon do pizzeri. Dostawca WŁAŚNIE opuścił lokal z pizzą... Ale że leje i walą pioruny, dojazd może mu zająć chwilę.
2 godziny 15 minut. Słychać grzmot. Potem, drugi. Zaczęło kropić. Dzwonię do Hetman-babci, żeby młode się czegoś napiły, bo pizza ZARAZ będzie.
2 godziny 30 minut. Wiecie co było dalej, prawda? Zaczęło padać. No ale dostawca jest w drodze! Czekam... Mijają mnie dwie straże pożarne na sygnale.
2 godziny 45 minut. Leje. Pająki z drzew zaczęły uciekać... Szlag mnie trafia. Błoto rozbryzguje mi się na gołych nogach, japonki nadają się do wyrzucenia. Dostawcy nie widać. Straż pożarna numer trzy jedzie.
2 godziny 55 minut. Staje przede mną coś mokrego, przypominającego dostawcę. Wyjmuje przemoczony rachunek, i pizzę z kufra. Tłumaczy się. Płacę w strugach deszczu - w żaden sposób romantyczne to nie jest. Wyglądam jak zmokła kura, telepie mną straszliwie, bo w godzinę temperatura zjechała w dół o jakieś 10-15 stopni. Kichnięcie powoduje, że jedno pudełko pizzy spada mi prosto w kałużę.

No i tyle kontekstu.

Wniosek z tego taki, że nawet jeśli na termometrze będzie +40, osoba nieźle wkurzona albo nieźle zmotywowana może stać na słońcu w czapce i szaliku i wcale nie czuć gorąca. Bo ciepło odczuwamy subiektywnie.

Nie zdziwi mnie już widok człowieka w swetrze przy lejącym się z nieba żarze...

1 sierpnia 2014

W taki dzień...

... gdy za oknem powiewa biało-czerwona flaga, Gloria Starsza śpiewa przy obiedzie "... ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy..." M. Grechuty...

Dzieciństwo...





1 sierpnia 1944 - 2014. Pamiętamy. I dzieci też pamiętać będą. Bo pamięć zaczyna się budzić w domu.