Porankowy INSTAGRAM

6 sierpnia 2014

teoria względnego poczucia ciepła

- Brrr, matko, gdzie są swetry, bo w taką pogodę to ja zamarznę! - rzekła Gloria Starsza wystawiając łepetynę na balkon.
- Jakie zamarznę, młoda? Sierpień mamy, w nocy lało i jest tylko trochę chłodno. Jak przyjemnie - uznałam wystawiając swoją łepetynę nad jej łepetyną, co robi się coraz trudniejsze ze względu na wzrost młodej.
Sierpniowy wiaterek dmuchnął nam w twarz. Z +35 zrobiło się +23. Cudne orzeźwienie. Ale Gloria Starsza MARZNIE. Dosłownie. I nie ma znaczenia, że sweter bardziej pasuje do jeansów niż T-shirt, i że sweter ma jej ulubiony aktualnie kolor...
Na spacer wymaszerowałyśmy zatem w strojach skrajnie różnych - ja w krótkim rękawie, rybaczkach i balerinkach na gołych stopach, Gloria Starsza w jeansach, skarpetach, adidasach, długim rękawie... (Obok nas skakała Gloria Młodsza, której zawsze jest za gorąco). Bo ciepło to pojęcie względne, o czym wiedzą już w UK czy Stanach, gdzie wprawdzie obcokrajowca dziwi widok ludzi prawie gołych tuż obok ludzi odzianych w wełniane czapki czy grube swetry, ale dla tubylca jest to koloryt lokalny.
Zresztą, sama jestem dobrym przykładem subiektywnego poczucia ciepła. Chociażby kilka dni temu, rodzina z radości skakała po kałużach w rytm piorunów, a ja szczękając zębami usiłowałam nie utopić się w deszczówce i polarze Ślubnego. No ale tu trzeba dołożyć kontekst.

Od rana słońce grzało jak na pustyni. Słupki rtęci pewnie przekroczyły granice termometru, ale nie mogłam tego sprawdzić, bo wyemigrowałam z dziećmi na RODOS (czyt. Rodzinne Ogródki Działkowe Otoczone Siatką). Sama jedna, sierota, bez ładowarki do mojej komórki (ale z ładowarką do tabletu - sic!), z tobołami i dwójką dzieci. Basen, cień winogronowych liści... Bosko... Choć gorąco jak cholera. Kiedy głód dał o sobie znać wdrożony został plan B, czyli telefoniczne zamówienie pizzy z naszej ulubionej sieci - nazwy nie wymienię z przyczyn niżej opisanych.
Jako że mój telefon się rozładował, musiałam dzwonić z komórki Glorii Starszej (tak, dziecię ma telefon - długa historia). Niestety, zdolne paluszki pogrzebały w ustawieniach i zegar działał w nieco innym wymiarze. Powiedzmy, że wskazywał 11:45, gdy zamawiałam dwie pizze, w tym jedną z tajemniczym składnikiem ukrytym w rancie z ciasta, dzięki któremu to składnikowi Gloria Młodsza rozpływa się w niebie. Powiedzmy, że była 11:55, gdy odkładałam słuchawkę przekonana, że za 1,5 godziny pizza dotrze pod główną bramę ogrodu (to nie żart... 1,5 godziny od złożenia zamówienia do dowiezienia na drugi koniec... strefy dowozu! Specjalnie pytałam, czy podlegam pod tą strefę, czy dzwonić do innej filii). Pan w telefonie poinformował, że będą dzwonić, gdy podjadą.
Minęła 1 godzina i kwadrans. Młode z głodu nieco się wierciły, więc wybyłyśmy w stronę bramy.
1 godzina 15 minut. Nic.
1 godzina 30 minut. Dostawcy brak.
1 godzina 45 minut. Bez zmian. Pod bramą pojawiła się jednak Hetman-babcia, która zwinęła młode na ogród.
2 godziny. Telefon do pizzeri. Dostawca WŁAŚNIE opuścił lokal z pizzą... Ale że leje i walą pioruny, dojazd może mu zająć chwilę.
2 godziny 15 minut. Słychać grzmot. Potem, drugi. Zaczęło kropić. Dzwonię do Hetman-babci, żeby młode się czegoś napiły, bo pizza ZARAZ będzie.
2 godziny 30 minut. Wiecie co było dalej, prawda? Zaczęło padać. No ale dostawca jest w drodze! Czekam... Mijają mnie dwie straże pożarne na sygnale.
2 godziny 45 minut. Leje. Pająki z drzew zaczęły uciekać... Szlag mnie trafia. Błoto rozbryzguje mi się na gołych nogach, japonki nadają się do wyrzucenia. Dostawcy nie widać. Straż pożarna numer trzy jedzie.
2 godziny 55 minut. Staje przede mną coś mokrego, przypominającego dostawcę. Wyjmuje przemoczony rachunek, i pizzę z kufra. Tłumaczy się. Płacę w strugach deszczu - w żaden sposób romantyczne to nie jest. Wyglądam jak zmokła kura, telepie mną straszliwie, bo w godzinę temperatura zjechała w dół o jakieś 10-15 stopni. Kichnięcie powoduje, że jedno pudełko pizzy spada mi prosto w kałużę.

No i tyle kontekstu.

Wniosek z tego taki, że nawet jeśli na termometrze będzie +40, osoba nieźle wkurzona albo nieźle zmotywowana może stać na słońcu w czapce i szaliku i wcale nie czuć gorąca. Bo ciepło odczuwamy subiektywnie.

Nie zdziwi mnie już widok człowieka w swetrze przy lejącym się z nieba żarze...

1 komentarz:

  1. Jeśli chodzi o poczucie ciepła to jednak ja i moja starsza córka mamy zupełnie na odwrót niż u Was. Ja pierwsza wyciągam bluzy i swetry podczas gdy ona ciągle biegałaby w skarpetach i koszulce po ogrodzie.

    OdpowiedzUsuń