Porankowy INSTAGRAM

31 maja 2007

rzecz o Systemie

Parafrazując zdanie wypowiedziane przez kuzynkę Porankowej Mamy: bycie pojedynczą mamą plus prowadzenie domu plus doktorat plus praca to szaleństwo (parafraza, bo w oryginale była mowa o byciu podwójną mamą, gdyż owa kuzynka ma dwie małe córeczki) i z pewnością niejeden człowiek nie podołałby temu zadaniu i zwyczajnie by oszalał. Porankowa Mama również by oszalała, gdyby nie System. Tajemnie wypracowany w ciągu czterech miesięcy System.
Podstawą Systemu są cztery hasła: rutyna, konsekwencja, przyjemność i dobre żarcie.
Rutyna. Szanujący się pedagog wie, że dziecku należy stworzyć bezpieczne środowisko rozwoju. Środowisko przyjazne i przewidywalne. A skoro ma być to środowisko przewidywalne, niezbędna jest rutyna, która wcale nie oznacza nudy. Od czterech miesięcy dzień w dzień porankowi rodzice fundują Porankowej Panience mniej więcej taki sam ciąg zdarzeń. Oczywiście pewna elastyczność jest możliwa, ale w granicach rozsądku. Porankowa Panienka odpłaca im tym samym, gdyż od pewnego czasu regularnie jest karmiona "na żądanie co trzy godziny" :-), codziennie koło południa idzie na dłuższą drzemkę (która potrafi trwać nawet dwie i pół godziny), ekspresowo i bez krzyków zasypia po kąpieli, a w nocy budzi Porankową Mamę tylko raz o tej samej porze na karmienie. System działa w obie strony.
Konsekwencja. Konsekwencja jest zarówno wynikiem, jak i podstawą rutyny. Brak konsekwencji w działaniu powoduje, że nawet najlepiej ułożony plan się nie powiedzie. A zatem, nawet jeśli się człowiekowi nie chce to i tak wykona ciąg czynności wyznaczonych rutyną. Pocieszający jest fakt, że według mądrych głów, czynność wykonywana codziennie w ten sam sposób przez trzy tygodnie wchodzi w nawyk... Konsekwencja w Systemie ma także związek ze sprzątaniem - sprzątaj zaraz po zakończeniu czynności. Mimo to, Porankowa Mama konsekwentnie narzeka, że ciągle jest bałagan. Ten punkt Systemu musi jeszcze dopracować...
Przyjemność. Rutyna i konsekwencja mogą budzić mieszane uczucia, jeśli przywołują na myśl zimny dryg przedwojennych guwernantek. Ale nie o zimny dryg tu chodzi. W Systemie każda czynność konsekwentnie wykonywana w ramach rutyny wymaga włożenia w nią serca i sprawienia, by była przyjemna - dla porankowego rodzica i dla Porankowej Panienki. Proszę się zatem nie dziwić, że podczas wykonywania najbardziej prozaicznych czynności porankowi rodzice nawijają jak komentatorzy sportowi relacjonujący najbardziej widowiskowy mecz pod słońcem. Porankowa Panienka rechocze z zachwytu, a porankowi rodzice z przyjemnością słuchają tego rechotu. I w tym cały sekret.
Dobre żarcie. Hmmm... Dobre żarcie napędza System. Dobre żarcie to sedno Systemu. Dobre żarcie ma swoje miejsce w rutynie dnia, ma swój rytuał przygotowywania, a porankowi rodzice konsekwentnie pilnują, by zawsze pojawiło się na stole i było źródłem przyjemności. A jak Porankowa Mama dobrze zje to i Porankowa Panienka dobrze zje i obie mają dobry humor, co przekłada się na dobry humor Porankowego Taty, co z kolei przyczynia się do ogólnie dobrej atmosfery w porankowym domu i pozwala radośnie wdrażać System.
(Dygresja do kwestii dobrego żarcia: System ulega zachwianiu, gdy producenci półproduktów do dobrego żarcia podkładają świnie. Porankowa rodzina jakiś czas temu przygotowywała canelloni nadziewane mięsem - przygotowywała zgodnie z instrukcją w języku polskim zamieszczoną na opakowaniu makaronu. Instrukcja ta podaje, że canelloni należy wpierw podgotować przez 5 minut, a następnie wypchać nadzieniem. Tamten obiad to była porażka. Dzisiaj Porankowa Mama postanowiła ponownie zmierzyć się z canelloni nadziewanym mięsem i jakże wielkie było jej zdumienie, gdy się okazało, że instrukcja w języku polskim ma się nijak do instrukcji w języku angielskim czy niemieckim, które podają, że surowe canelloni należy nadziać zimnym farszem. Farsz się studzi, canelloni grzecznie czeka w pudełku - o efekcie poinformujemy niedługo).
Ot i cała tajemnica Systemu... Jak dotąd działa, choć jakimś dziwnym trafem Porankowa Mama nie uwzględniła w nim pisania doktoratu, ale o tym w następnym odcinku...

30 maja 2007

nocne zdziwienie

Porankowa Panienienka urodziła się 26 stycznia 2007 więc ma zaledwie 4 miesiące i 4 dni. Owa nota historyczna ma stanowić uzasadnienie dla zdziwienia porankowych rodziców faktem, że Porankowa Panienka samodzielnie potrafi uruchomić karuzelkę znajdującą się nad jej łóżeczkiem i wszystko wskazuje na to, że robi to z pełną świadomością swojego czynu.
Dziś w nocy, koło godziny 3:40, Porankową Mamę obudził dziwny dźwięk. Półprzytomna skierowała swoje kroki do pokoju Porankowej Panienki i ujrzała przedziwny widok: Porankowa Panienka leżała na wznak pod kręcącą się karuzelką, ręce miała złożone na piersiach i z pełnym uśmiechem bezzębnych dziąseł wpatrywała się we fruwające stworki (małpa, papuga, żaba i motyl - dla ścisłości) słuchając przy tym utworów Bacha (w programie karuzelki dostępny jest także Mozart, Beethoven oraz dźwięki lasu deszczowego). Niedowierzając własnym oczom, Porankowa Mama podeszła bliżej i wlepiła wzrok w dziecię, które powitało ją radosnym śpiewem (Młoda od jakiegoś czasu śpiewnie naśladuje mowę ludzką - wokalizuje jednym słowem), uśmiechnęło się jeszcze szerzej i... odwróciło wzrok, by ponownie oddać się rozrywce kulturalnej. Porankowa Mama poczuła się olana i skonsternowana przycupnęła na bujanym fotelu. Po chwili Porankowa Panienka zaczęła wymachiwać ręką w kierunku panelu sterowania karuzelki i uderzać palcami w guziki, a następnie uprzejmie wyraziła wolę zostania przewiniętą i nakarmioną. Natychmiast po karmieniu Młoda zasnęła i przespała tak do godziny 6:45, by ponownie zaskoczyć swoim zachowaniem porankowych rodziców, którzy odkryli, że obudzona córka wymachuje rękoma w stronę panelu sterowania karuzeli nie informując nikogo o tym, że już wstała...
O tym, że dziecię samodzielnie włącza karuzelkę porankowi rodzice wiedzą od kilku dni, lecz dotąd byli przekonani, że dzieje się tak przypadkiem, podczas pełnego euforii wymachiwania przez Porankową Panienkę rękoma. Dzisiaj doznali olśnienia, a Porankowa Mama uznała, że w tym układzie zakup książeczek z serii Baby Einstein (podobno mają się pojawić w Empiku) nie jest wcale takim głupim pomysłem i nie powinien zostać odebrany jako wyraz jej nadmiernej ambcji i wygórowanych oczekiwań względem dziecka...

Pozostając w temacie rozwoju Porankowej Panienki i jej dalszych losów: porankowi rodzice zastanawiają się, czy nie zapisać Młodej do przedszkola... Tak, dokladnie. Myśl taką poddała im sąsiadka zza ściany (ta, która wyraża chęć podpisania listu w sprawie windy), której 3-letnia córka nie dostała się do wybranego przedszkola, prawdopodobnie z powodu braku miejsc, choć innych powodów wykluczyć nie można. Biorąc pod uwagę fakt, że porankowi rodzice oboje należą do wyżu demograficznego, a co za tym idzie, Porankowa Panienka też należy do wyżu, a także mając na uwadze, że porankowi rodzice chcieliby, by dziecię uczęszczało do dobrego przedszkola znajdującego się bardzo blisko pracy Porankowej Mamy (dosłownie przez płot; genialne połączenie: uniwersytecki kampus wydziału pedagogicznego a za płotem przedszkole), myśl o zapisaniu dziecka do przedszkola w wieku 4 miesięcy nie jest chyba taka głupia...

(dla jasności: aktualny widoczek zaokienny jest autorstwa Porankowego Taty - tak wyglądała u nas piątkowa burza. Na PLFOTO, gdzie została ta fotka zamieszczona, ktoś skomentował, że główny piorun walnął w sędziego, a dwa mniejsze w sędiów liniowych... Hmmm...)

28 maja 2007

weekendowe perypetie porankowej rodziny

Weekend był gorący. Mimo to, w trzydziestostopniowym upale:

  • w sobotnie przedpołudnie Porankowa Mama, mając na uwadze popołudniowe wyjście, postanowiła uszyć dziecku lekką czapeczkę (tu nadmienię, że głowa Porankowej Panienki nie mieści się w czapeczki przeznaczone dla dzieci leżących w wózkach, a większe czapki mają rondo kapelusza utrudniające leżenie). Tak jak postanowiła, tak zrobiła - czapeczka wyszła śliczna, biała w niebieskie serduszka, z brzegiem obszytym błyszczącą wstążeczką. Ale co z tego, skoro okazała się za mała? Mimo licznych prób naciągnięcia, czapeczka sięgała zaledwie do połowy ucha Porankowej Panienki i nie przykryła nawet kawałka jej czoła... Bez komentarza. Na usprawiedliwienie dodam, że był to debiut krawiecki Porankowej Mamy i zamierza ona niedługo uszyć kolejną rzecz - tym razem torbę na pieluchy.
  • w sobotnie popołudnie porankowa rodzina wybyła z wizytą na urodziny. Jako że dostojny Jubilat mieszka daleko choć blisko ;-) porankowa rodzina musiała zapakować się do samochodu, co nielada zdziwiło Porankową Panienkę, która przy okazji odkryła, że nie podoba jej się schodzenie po schodach będąc trzymanym na rękach (a schodów do pokonania było sporo, gdyż sam Jubilat mieszka na IV piętrze bez windy, a po drodze porankowa rodzina zahaczyła jeszcze o domostwo Rady Starszych mieszczące się na wysokim piętrze III). Porankowi rodzice odkryli zaś, że zapakowanie dziecka w sukienkę, choćby nie wiem jak lekką i gustowną, nie jest wygodne ani dla nich ani dla dziecka, co spowodowało, że sukienka wylądowała w torbie tuż po przybyciu na miejsce, a Porankowa Panienka wystąpiła przed Jubilatem w gustownym, zielonym body świecąc gołymi nogami.
  • w niedzielne przedpołudnie, na zaproszenie Porankowej Mamy, porankową rodzinę nawiedził młodszy brat Porankowego Taty i odbyło się rodzinne gotowanie "lazani" (nazwa wygląda koszmarnie po polsku, ale napisania w oryginale "lasagne" też nie wygląda najlepiej). O fakcie tym wspominam, gdyż potrawa wyszła fenomenalnie i nie tylko smakowała dobrze, ale przede wszystkim genialnie wyglądała, co w przypadku lazani/lasagne jest trudne do osiągnięcia.
  • w niedzielne popołudnie Porankowy Tata postanowił udać się na ryby, tym razem w towarzystwie swojego starszego brata. Należało mu się - ciężko pracuje to niech chociaż ma coś z wolnego weekendu. Bracia obrali kierunek nad rzekę. Godzinę po ich wyjściu na horyzoncie pojawiły się chmury. Chwilę później ochłodziło się, zaś po kolejnej chwili zaczęło błyskać i lunęło z nieba... Porankowa Mama otrzymała sms, że nie ma się martwić, bo panowie przeczekają pod mostem... Porankowy Tata wrócił do domu koło 21:00 wzbogacony o dwa zestawy wędkarskie (twisterek z haczykiem i obrotowa błystka z haczykiem) i stwierdził, że został nazwany "chodzącą pogodynką z zegarynką", gdyż w miarę precyzyjnie określił czas, gdy zacznie padać i odpowiednio wcześnie uprzedził o tym swojego kompana... No cóż, przynajmniej taki pożytek... Chociaż z drugiej strony nie wiem, czy wskazane by było, by porankowa rodzina zjadła ryby złowione nad rzeką... Brat podobno wyłowił szczupaka...

Z ostatniej chwili:
Porankowy Tata powiadomił, że jadąc do pracy nadział rower na jakiś gwóźdź i większą część trasy przebył pieszo... Uprzedził o tym fakcie, by Porankowa Mama nie przeraziła się, gdy wróci do domu bez roweru - brak roweru bynajmniej nie będzie oznaczać, że Porankowy Tata został napadnięty i okradziony (podkreślenia godny jest fakt, że rower został zakupiony na raty miesiąc temu, a rat tych jest 10).

26 maja 2007

rzecz o porankowej windzie

Porankowa rodzina kontynuuje wątek tłumaczenia się i dziś podejmuje próbę wyjaśnienia, dlaczego niektórzy znajomi, mniej lub bardziej spokrewnieni, nie są w stanie wjechać windą na VI piętro bloku, w którym mieszka, a także dementuje informację, że nic w tej sprawie nie robi.

Kto miał przyjemność rezydowania w dobrym hotelu ten wie, że w dobrych hotelach ne ma XIII piętra. Wprawdzie blok, w którym mieszka porankowa rodzina to nie dobry hotel, ale widocznie winda uważa inaczej, bo nie przyjmuje do wiadomości, że w bloku tym istnieje piętro VI...
Winda w bloku porankowej rodziny to w ogóle temat na dłuższe pogaduchy... Zacznijmy od tego, że w bloku znajdują się dwie windy. W normalnych okolicznościach posiadanie dwóch wind byłoby powodem do dumy, jednak nie w przypadku porankowej rodziny. Sprawa ma się tak. Człek, którego kroki przywiodły do wspomnianego bloku, już po przekroczeniu progu drzwi napotyka windę. I nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie fakt, że winda ta nie posiada klamki. W miejscu klamki jest natomiast podejrzanie wyglądająca dziurka od klucza. Zdesperowany człek, bądź człek uśwaidomiony, podejmie próbę otworzenia drzwi do windy kluczem dowolnej marki (tu wyjaśniam, że porankowa rodzina również klucza do małej windy nie posaida i otwiera ją kluczem do drzwi własnych; nawiasem mówiąc, odradzamy posługiwanie się kluczykami do auta, bo często się łamią w zamku...). Przyjmijmy, że człekowi temu udało się do windy dostać - pełen dumy dusi guzik sugerujący, że winda dowiedzie go na VI piętro. A teraz wyobraźmy sobie jego zdziwienie, gdy wysiada na obiecanym VI piętrze, a tam... piętra nie ma. Są za to drzwi do zsypu, którego też nie ma, bo w miejscu kubła na śmieci znajduje się sklepik "Kramik", a szyb zsypu służy za pomieszczenia gospodarcze... No, ale mniejsza o to. Żeby dostać się na VI piętro człek musi podreptać schodami w górę.
Wróćmy teraz do chwili, gdy wspomnianego człeka kroki przywiodły do wspomnianego bloku. Jeśli zarzuci próbę otworzenia małej windy, na półpiętrze czeka na niego duża winda - ogólnodostępna, bo ma klamkę i można do niej bez większych kombinacji wejść. Duża winda jest główną przyczyną utrapień porankowej rodziny - nie tylko dlatego, że jest o kilka centymetrów za wąska, by zmieścić w niej mercedesa Porankowej Panienki. Nie widzieć czemu, duża winda tylko w teorii dowozi pasażerów na VI piętro. W praktyce zdarzają się dwie opcje. Opcja pierwsza: w ogóle nie można uruchomić windy przyciśnięciem guzika z numerem piętra VI, należy więc wjechać na piętro VII i zejść schodami piętro niżej. Opcja druga: po uruchomieniu windy przyciśnięciem guzika z numerem piętra VI, nie wiedzieć czemu człek zostaje zawieziony na piętro I, następnie zdezorientowany ponownie dusi przycisk VI, by znaleźć się na piętrze VII, znów desperacko dusi przycisk VI, by zjechać na piętro... III i tak do upadłego, póki człek nie wpadnie, że najłatwiej będzie zejść schodami z piętra VII na VI. By oddać sprawiedliwość, zdarza się, że winda wjedzie na pięro VI bez problemu, lecz jest to zjawisko baaaardzo rzadkie.
Najmniej śmieszne w tym wszystkim jest to, że konsekwencji humorów dużej windy doświadczają wyłącznie mieszkańcy VI piętra, gdyż winda ta nie widzi przeszkód w jeździe na inne piętra.
Porankowa rodzina niejednokrotnie zgłaszała wyżej opisany fakt gospodarzowi domu, za każdym razem słysząc, że widocznie nie potrafi prawidłowo wdusić guzika... Nadmienię tutaj, że gospodarz domu mieszka na piętrze X i od porankowej rodziny dzieli go olbrzymia przepaść, nie tylko kondygnacyjna, lecz głównie pokoleniowa, skutkująca brakiem komunikacji w jakimkolwiek zakresie. Porankowa rodzina wysłała również maila do administratora bloku - tym razem z mizernym skutkiem, gdyż odpowiedzi nie otrzymała w ogóle. Obecnie porankowa rodzina jest na etapie konsultacji z innymi mieszkańcami piętra VI, które mają służyć wspólnemu wystosowaniu pisama z żądaniem naprawy windy bądź zmniejszenia opłaty za jej użytkowanie. Niestety, spośród pięciu rodzin mieszkających na piętrze, jedna rodzina w ogóle tu nie mieszka (a to historia raczej nie na tą porę, może przy okazji), jedna rodzina jest całkiem nowa i mało się ją widuje i jeszcze jedna rodzina zdecydowanie nie chce się bratać z kimkolwiek, bo jak twierdzi, od 28 lat, jak tu mieszka, winda jest zepsuta - ta rodzina jeździ małą windą (to też historia osobna, również przy okazji). Pozostałe dwie rodziny to porankowa rodzina i mili sąsiedzi zza ściany, którzy wyrazili chęć podpisania listu. List się pisze - sprawę będziemy relacjonować na bieżąco.
A teraz, po tych wszystkich wyjaśnieniach, pragniemy wyrazić nasze ubolewanie z powodu, że tylu naszych gości musi zasuwać na VI piętro pieszo bądź przeżywać stresy w windzie, która ma humory. Kochani, naprawdę Was nie olaliśmy - działamy. Wojna została wypowiedziana!

25 maja 2007

aneks do rzeczy o wycieczkach mercedesem Porankowej Panienki

Porankowi rodzice pragną oficjalnie przekazać wyrazy uznania córce vel Porankowej Panience, gdyż podczas dzisiejszego spaceru zachowywała się jak na ciekawe świata niemowlę przystało i uśmiechając się i gadając przebyła całą trasę spacerową.
Czyżby dziecię przeczytało poprzedni post i zlitowało się nad rodzicami? Hmm...

rzecz o wycieczkach mercedesem Porankowej Panienki

Niniejszym porankowa rodzina tłumaczy się, dlaczego niektórzy znajomi, bardziej lub mniej spokrewnieni, mogą czuć się olani, bo ich nie odwiedzamy.

Wpierw dementujemy. Nie jest prawdą jakoby porankowa rodzina: zapomniała o Was czy też się na Was obraziła; postanowiła wychowywać Porankową Panienkę w odosobnieniu od innych ludzi; jest tak zapracowana, że nie ma czasu na odwiedziny.
Rzecz rozbija się o mercedesa Porankowej Panienki - pięknego, zielono-kremowego, z zawieszeniem na skórzanych paskach, które sprawiają, że nie straszne nam góry i doliny napotkane na miejskich trasach. Mercedes marki Kaps3, polskiej produkcji rzecz jasna, zjawił się w domu porankowej rodziny przypadkiem, za sprawą części Rady Starszych ze strony Porankowego Taty. Brakujące elementy, tj. nosidło służące za gondolę oraz pokrowiec i torba, zostały sprawnie zakupione od producenta z Częstochowy via internet i wózek był gotów na przyjęcie Porankowej Panienki. No, ale żeby za pięknie nie było, pojawił się szkopuł: mercedes nie mieścił się do windy w bloku zamieszkiwanym przez porankową rodzinę (niewtajemniczonym wyjaśniam, że porankowa rodzina mieszka na VI piętrze...).
Porankowa rodzina wraz z Radą Starszych kombinowała jak mogła, by zmienić ów stan rzeczy - rozłożony wózek nijak nie chciał wejść do windy, z kółkami czy bez, pod kątem i w pionie, nie i koniec. Rozważano nawet dyskretne podpiłowanie drzwi windy - brakowało dosłownie centymetrów, by wózek się zmieścił. Winda przyjmowała jednak wózek wyłącznie w formie złożonej...
W efekcie, gdy pojawiła się Porankowa Panienka, wyjścia na spacery wyglądały następująco: 1. Porankowa Panienka odziana i gotowa do drogi lądowała w wyjętym z wózka nosidle przy drzwiach na korytarzu. 2. Wózek bez nosidła i Porankowej Panienki wyprowadzano pod windę. 3. Nosidło z Porankową Panienką wynoszono przed drzwi i zamykano mieszkanie. 4. Porankowa Panienka czekała w nosidle przy windzie, aż Porankowi Rodzice złożą wózek. 5. Gdy winda raczyła przyjechać, ładowano do niej wózek a następnie opierano na nim nosidło z Porankową Panienką. 6. Na parterze nosidło wystawiano przed drzwi od windy, gdzie dziecko grzecznie czekało aż wypakuje się wózek i będzie można po ludzku wyjść na spacer.
Z czasem Porankowa Mama sama opanowała trudną i męczącą sztukę wychodzenia na spacery, jednakże z reguły na wyprawę mercedesem udawała się cała porankowa rodzina w godzinach uzależnionych od obecności Porankowego Taty w domu, który pracuje bądź na rano bądź na popołudnie. Czasy te skończyły się jednak z nastaniem wiosny...
Wiosną Porankowa Panienka uznała, że czas najwyższy dorosnąć. Zaczęła więc manifestować swoje niezadowolenie z faktu leżenia w wózku i domagała się "lepszej perspektywy" (tłumaczenie na polski: noszenia na rękach). Manifest polegał na przeraźliwym wrzeszczeniu, zwijaniu się w kłębek, czerwienieniu na twarzy i produkcji hektolitrów łez. Porankowi rodzice stanęli przed trudną decyzją: nosić na rękach małą terrorystkę czy nie? Przyznaję bez bicia, że kilkakrotnie wygrała mała terrorystka, bo aż żal było na nią patrzeć jak tak wyła... Ponieważ mała terrorystka wcale nie jest taka mała, bo jest duża od urodzenia :-), zdecydowano się na rezygnację z głębokiego wózka na rzecz spacerówki w pozycji półleżącej (wyjaśniam oburzonym: Porankowa Panienka od urodzenia sztywno trzyma głowę, a obecnie, mimo swoich niecałych 4 miesięcy, prawie siedzi samodzielnie). Porankowej Panience się spodobało - na krótką metę. Teraz domaga się "jeszcze lepszej perspektywy"...
Wracając jednak do kwestii wypraw wózkowych. Z nastaniem "ery spacerówki" Porankowa Mama nie ma już szans na samodzielne wyjście na spacer - no, chyba że będzie spychać wózek po schodach jedną ręką, na drugiej trzymając Porankową Panienkę (posunięcie ryzykowne, raz tak zrobiłam: uprzejmy pan remontujący klatkę schodową zlitował się nad nami na wysokości IV piętra). Spacery są teraz całkowicie uzależnione od obecności Porankowego Taty w domu.
Jeśli zatem Porankowy Tata pracuje od godziny 15:00 to wyprawa mercedesem odbywa się koło godziny 10:00 i służy bądź zrobieniu zakupów bądź załatwieniu ważnych spraw domowych (np. wizycie na komisariacie w sprawie pana X). Jeśli zaś Porankowy Tata kończy pracę o 15:00 to porankowa rodzina udaje się na spacer koło godziny 16:30 i jest wtedy szansa, że zawita do innych ludzi. (Oburzonych faktem, że Porankowa Panienka siedzi od rana w domu informuję, że porankowa rodzina dysponuje dwoma balkonami, na których jest świeże powietrze i miejsce, by posadzić Porankową Panienkę). Podkreślenia wymaga informacja, że Porankowy Tata pracuje w systemie tygodniowym i często bez dni wolnych, więc jeśli pracuje od rana to popołudniowe wypady na miasto związane są ze zrobieniem zakupów i załatwianiem ważnych spraw. I od razu wyjaśniam, że Porankowy Tata nie da rady załatwić wielu rzeczy sam po drodze do domu, gdyż przemieszcza się rowerem, by jak najszybciej wrócić do domu (nie, auta nie mamy i póki co mieć nie będziemy).
A teraz sami oceńcie, czy jest szansa, by porankowa rodzina odwiedziła każdego, z jakże licznego tłumu rodzinno-znajomego, z taką częstotliwością, by nikt nie poczuł się olany?

24 maja 2007

inauguracyjny melanż Porankowej Panienki

Porankowa rodzina dumnie wkroczyła w XXI wiek, co pewnie niektórzy już zauważyli. Wczorajsza inauguracja internetowego dziennika jest dość znaczącym posunięciem w tym zakresie. Na marginesie, świat się przewrócił do góry nogami skoro łatwiej przychodzi Porankowej Mamie wklepać tekst w klawiaturę niż przelać go ręcznie na papier... hmm...
Ale wracając do meritum, utworzenie bloga zostało uczczone porcją wzajemnych gratulacji i wyrazów podziwu za umiejętności internetowe i na tym świętowanie się zakończyło. Przynajmniej tak uznała dorosła część porankowej rodziny i przed pierwszą postanowiła udać się na spoczynek, wpierw jednak zaglądając do łóżeczka Porankowej Panienki... A tam jajo: Porankowa Panienka bynajmniej nie przypominała słodko śpiącego aniołka lecz małego, rozbrykanego diabełka z szeroko otwartymi oczami, który pokazywał bezzębne dziąsła w uśmiechu. Porankowa Panienka uznała, że czas najwyższy na mały melanż (trzeba iść z duchem czasu - nowe pokolenie, nowe słowa; po wyjaśnienie hasła melanż kliknij tutaj).
Propozycja Porankowej Mamy, by latorośl położyła się na boczku i zamknęła oczy spotkała się z kategoryczną odmową. Podobnie jak propozycja, by dziecię posłuchało kojącej muzyczki płynącej z karuzeli (by wczuć się w atmosferę karuzelki kliknij tutaj). W akcie desperacji dorosła część porankowej rodziny postawnowiła włączyć się w melanż i urządzić wspólną imprezę po ciemku (licząc w duchu, że młoda da się podstępem uśpić)...
Jako pierwszy z melanżo-imprezy urwał się Porankowy Tata. Ulotnił się po angielsku i zaczął chrapać. Na placu boju została więc Porankowa Mama, która wbrew poczuciu rodzicielskiej odpowiedzialności za dziecię także kombinowała jak się urwać. Nie dało się. O 2:00 obie porankowe panie nadal nie spały - przy czym nadmienić należy, że oczy Porankowej Panienki żyły własnym życiem i spały już z dobrą godzinę, podczas gdy reszta jej ciała tańczyła breakdance'a. Taniec ten trwał do 3.00...
O 4:00 młodej się przypomniało, że na melanżu nic nie zjadła i postanowiła złożyć zażalenie. Porankowa Mama przeklęła w duchu, że nie istnieje równouprawnienie i nie ma szans, by obudzić Porankowego Tatę, bo ten i tak nic nie poradzi. Przyjęła więc zażalenie i nakarmiła dziecię, po czym ponownie obejrzała pokaz breakdance'a w wykonaniu 4-miesięcznego niemowlaka. O 5:30 obie baby zasnęły po to, by wstać o 7:25, gdy z klatki schodowej dobiegł koszmarny dźwięk zwiastujący przygotwania do prac remontowych w obrębie windy... Zwieńczeniem koszmaru minionej nocy było wspólne pieczenie kruchych ciasteczek, które miały być podane podczas porannej wizyty Znajomej od Chińczyków (tzn. w normalnych okolicznościach, kiedy ma się w miarę trzeźwy patrz i umysł, pieczenie ciasteczek to sama przyjemność). No ale skoro Porankowa Mama ma ambicję, by doścignąć takie panie jak Nigella Lawson, Martha Stewart (pomijając jej przeszłość kryminalną of course) oraz Anthea Turner razem wzięte... Tak, sama sobie winna, że o 8:00 rano, po koszmarnej nocy musiała jeszcze piec ciasteczka...
Nadmienię na koniec, że ciasteczka udały się wybornie a wizyta Znajomej od Chińczyków była jak zwykle pełna optymizmu i pozytywnej energii. Przynajmniej coś pozytywnego...

A uprzedzając pytania: tak, fotki są naszego autorstwa. Tęcza moja, słoneczko małżonka.

23 maja 2007

policja na dzień dobry

Kiedy dwa lata temu porankowa rodzina kupowała mieszkanie w malowniczym mieście na ulicy o pięknie brzmiącej nazwie, nikt nie przypuszczał, że do równie malowniczego mieszkania będzie często pukać policja.
Zaczęło się od wizyt panów dzielnicowych (pozdrawiamy przy okazji!), którzy bynajmniej nie wpadali na podwieczorek. Jak się bowiem okazało, poszukiwali pana X, który podawał adres porankowej rodziny jako swój. Porankowa rodzina udokumentowała, że z pewnością nie przypomina owego pana (pech chce, że porankowa rodzina miała wątpliwą okazję poznać pana X kupując malownicze mieszkanie) i z nadzieją w sercach zamykała drzwi za stróżami prawa... Cóż, dzielnicowi widocznie uznali, że porankowa rodzina jest miła, bo dość często wracali.
Wieść o gościnności porankowej rodziny rozeszła się po mieście, gdyż do drzwi zaczęli pukać inni przedstawiciele poważnych instytucji. Porankowa rodzina kolejny raz musiała udowadniać, że nie przypomina pana X. Widocznie mało skutecznie, bo pewnego dnia Urząd Skarbowy (także pozdrawiamy!) zawezwał porankową rodzinę do złożenia wyjaśnień, dlaczego uchyla się od płacenia podatku (rzecz jasna pan X, a nie porankowa rodzina). Porankowa rodzina w stresie złożyła wyjaśnienia, skserowała akt notarialny i kolejny raz z nadzieją w sercu zamknęła drzwi. Nie na długo.
Wczoraj Porankowa Mama obchodziła urodziny (kolejny próg dziesiątkowy się przybliża wielkimi krokami...) i w prezencie otrzymała... komornika skarbowego (a co tam, też pozdrawiamy!). Tak, ów komornik zapukał do drzwi nie zważając na potworny upał i fakt, że Porankowa Panienka smacznie spała. Spocony jegomość wylegitymował się i oznajmił, że on do pana X. I znowu Porankowa Mama musiała tłumaczyć, że pan X tu nie mieszka, że nie wie, gdzie przebywa, że nie jest i nie była związana z panem X, ani że nie przypuszcza, by pan X przebrał się za Porankową Panienkę czy Porankowego Tatę. Komornik spisał zeznanie i poinformował, że pan X tym razem nie tylko podaje adres jako swój, ale ma pod tym adresem zarejestrowaną firmę (sic!) i doradził, by sprawę zgłosić na policję. Porankowa rodzina postanowiła zająć się tym z samego rana...
Policja nie chciała jednak czekać na porankową rodzinę, gdyż z samego rana, o godzinie 8.00 załomotała do drzwi. Wyjątkowo porankowej rodzinie dobrze się dziś spało, ale mniejsza o to. Ku wielkiemu zdziwieniu Porankowego Taty, za drzwiami nie stał dzielnicowy tylko dwóch groźnie wyglądających stróżów prawa (no dobra, też pozdrawiamy!) z kajdankami, pałką i sprzętem wspomagającym zatrzymanie siłą. Nie trzeba dodawać, że przyszli do, a raczej po, pana X... I znowu porankowa rodzina, zaspana i w piżamie, musiała tłumaczyć, że nie jest wielbłądem. Dzięki Bogu, panowie policjanci tym razem zgodzili się wziąć namiary na poprzednich właścicieli i doradzili, by sprawę zgłosić.. na policję...
Porankowa rodzina, posiliwszy się i odziawszy, zapakowała Porankową Panienkę do czterokołowego pojazdu marki Kaps i udała się wpierw do Urzędu Miasta po wypis z ewidencji działalności gospodarczej, który tylko potwierdził, że pan X rezyduje ze swoją firmą w malowniczym mieszkaniu, a następnie zawitała na komisariacie policji, gdzie... stwierdzono, że nic nie mogą zrobić... W związku z powyższym, za radą męskiej części Rady Starszych ze strony Porankowej Mamy, porankowa rodzina zamierza udać się do Wydziału Przestępstw Gospodarczych i zgłosić fakt popełnienia przestępstwa przez pana X. A jeśli okaże się, że pan X jest zameldowany w mieszkaniu porankowej rodziny, w sądzie pojawić się będą musieli także poprzedni właściciele mieszkania. Porankowa rodzina jest zdeterminowana, by wreszcie zamknąć drzwi za panem X raz na zawsze, gdyż nie zamierza zostać obudzona przez łomoczącego do drzwi komornika sądowego. cdn...