Porankowy INSTAGRAM

28 maja 2007

weekendowe perypetie porankowej rodziny

Weekend był gorący. Mimo to, w trzydziestostopniowym upale:

  • w sobotnie przedpołudnie Porankowa Mama, mając na uwadze popołudniowe wyjście, postanowiła uszyć dziecku lekką czapeczkę (tu nadmienię, że głowa Porankowej Panienki nie mieści się w czapeczki przeznaczone dla dzieci leżących w wózkach, a większe czapki mają rondo kapelusza utrudniające leżenie). Tak jak postanowiła, tak zrobiła - czapeczka wyszła śliczna, biała w niebieskie serduszka, z brzegiem obszytym błyszczącą wstążeczką. Ale co z tego, skoro okazała się za mała? Mimo licznych prób naciągnięcia, czapeczka sięgała zaledwie do połowy ucha Porankowej Panienki i nie przykryła nawet kawałka jej czoła... Bez komentarza. Na usprawiedliwienie dodam, że był to debiut krawiecki Porankowej Mamy i zamierza ona niedługo uszyć kolejną rzecz - tym razem torbę na pieluchy.
  • w sobotnie popołudnie porankowa rodzina wybyła z wizytą na urodziny. Jako że dostojny Jubilat mieszka daleko choć blisko ;-) porankowa rodzina musiała zapakować się do samochodu, co nielada zdziwiło Porankową Panienkę, która przy okazji odkryła, że nie podoba jej się schodzenie po schodach będąc trzymanym na rękach (a schodów do pokonania było sporo, gdyż sam Jubilat mieszka na IV piętrze bez windy, a po drodze porankowa rodzina zahaczyła jeszcze o domostwo Rady Starszych mieszczące się na wysokim piętrze III). Porankowi rodzice odkryli zaś, że zapakowanie dziecka w sukienkę, choćby nie wiem jak lekką i gustowną, nie jest wygodne ani dla nich ani dla dziecka, co spowodowało, że sukienka wylądowała w torbie tuż po przybyciu na miejsce, a Porankowa Panienka wystąpiła przed Jubilatem w gustownym, zielonym body świecąc gołymi nogami.
  • w niedzielne przedpołudnie, na zaproszenie Porankowej Mamy, porankową rodzinę nawiedził młodszy brat Porankowego Taty i odbyło się rodzinne gotowanie "lazani" (nazwa wygląda koszmarnie po polsku, ale napisania w oryginale "lasagne" też nie wygląda najlepiej). O fakcie tym wspominam, gdyż potrawa wyszła fenomenalnie i nie tylko smakowała dobrze, ale przede wszystkim genialnie wyglądała, co w przypadku lazani/lasagne jest trudne do osiągnięcia.
  • w niedzielne popołudnie Porankowy Tata postanowił udać się na ryby, tym razem w towarzystwie swojego starszego brata. Należało mu się - ciężko pracuje to niech chociaż ma coś z wolnego weekendu. Bracia obrali kierunek nad rzekę. Godzinę po ich wyjściu na horyzoncie pojawiły się chmury. Chwilę później ochłodziło się, zaś po kolejnej chwili zaczęło błyskać i lunęło z nieba... Porankowa Mama otrzymała sms, że nie ma się martwić, bo panowie przeczekają pod mostem... Porankowy Tata wrócił do domu koło 21:00 wzbogacony o dwa zestawy wędkarskie (twisterek z haczykiem i obrotowa błystka z haczykiem) i stwierdził, że został nazwany "chodzącą pogodynką z zegarynką", gdyż w miarę precyzyjnie określił czas, gdy zacznie padać i odpowiednio wcześnie uprzedził o tym swojego kompana... No cóż, przynajmniej taki pożytek... Chociaż z drugiej strony nie wiem, czy wskazane by było, by porankowa rodzina zjadła ryby złowione nad rzeką... Brat podobno wyłowił szczupaka...

Z ostatniej chwili:
Porankowy Tata powiadomił, że jadąc do pracy nadział rower na jakiś gwóźdź i większą część trasy przebył pieszo... Uprzedził o tym fakcie, by Porankowa Mama nie przeraziła się, gdy wróci do domu bez roweru - brak roweru bynajmniej nie będzie oznaczać, że Porankowy Tata został napadnięty i okradziony (podkreślenia godny jest fakt, że rower został zakupiony na raty miesiąc temu, a rat tych jest 10).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz