Porankowy INSTAGRAM

31 października 2007

chodzę!

Porankowa Panienka chodzi - jak nikt nie widzi, bo jak widzi, to siada na tyłku i zaczyna żałośnie płakać... Ale przedreptała dziś od kuchenki do zmywarki robiąc jakieś 5-6 kroków... Pierwszych kroków!
Fakt godny odnotowania, więc podajemy do publicznej wiadomości.
Oj, teraz będzie wesoło!

26 października 2007

Pracownia Pytań Bezgranicznie Nieograniczonych

Środa, godzina 18:00. Na dworze ciemno i zimno. Po korytarzach Wielkiego Kolegium suną nieco rozbawione doktorantki - Znajoma od Chińczyków i Porankowa Mama. Pytanie pierwsze: po co suną po korytarzach Wielkiego Kolegium? Pytanie drugie: dlaczego są nieco rozbawione?
Odpowiedź na pytanie pierwsze: suną, bo muszą iść na wykład. Jakaś odgórna siła decyzyjna uznała, że czas wprowadzić zmiany w systemie szkolnictwa wyższego i uznała, że skoro studia doktoranckie to trzeci etap studiów, doktoranci muszą chodzić na wykłady... Zgoda, tylko dlaczego nagle, po trzech latach totalnego nic-nie-robienia nagle ostatni rok studiów doktoranckich Porankowa Mama i jej współtowarzysze w niedoli mają spędzić wysłuchując wykładów, które nie są im do szczęścia potrzebne? Zmieniono zasady gry w czasie jej trwania. Miało być pięknie, 60 godzin zajęć dydaktycznych i luuuuz potrzebny do wykończenia pracy i przygotowanie się do obrony. A tu nie. Pomińmy milczeniem nadgodziny, które są udziałem wszystkich doktorantów. Gwóźdź programu stanowią wykłady: jeden ogólnouniwersytecki i dwa wydziałowe. No ale wracając do pierwszego pytania: dlaczego doktorantki suną po korytarzach Wielkiego Kolegium? Bo zostały zmuszone do udziału w wykładach ogólnouniwersyteckich, a że resztki zdrowego rozsądku mają, uznały, że najlepiej sprawę załatwić w semestrze zimowym, a nie bujać się na ostatniej prostej z niezaliczonym przedmiotem. W efekcie, w środę, zawitały do budynku Wielkiego Kolegium, by wziąć udział w pierwszym wykładzie interdyscyplinarnym na temat granic człowieczeństwa.
No a teraz odpowiedź na pytanie drugie: dlaczego są rozbawione? Bo się pogubiły. I tu zaczyna się robić wesoło. Wpierw małe wprowadzenie: wykłady rozpoczęły się trzy tygodnie wcześniej, ale jako że Porankowa Mama i Znajoma od Chińczyków głośno wyraziły swoje oburzenie, decyzja o tym, czy IV rok ma w nich uczestniczyć została ostatecznie podjęta dopiero kilka dni temu. Skutkiem tego był fakt, że obie panie nie były nigdzie wpisane na listę obecności i musiały przed swoim pierwszym wykładem (który w rzeczywistości był czwartym z kolei dla pozostałych słuchaczy) dopilnować, by na tej liście się znalazły. Musiały zatem udać się do "Pracowni Pytań Bezgranicznie Nieograniczonych" (kto sprytny ten znajdzie prawdziwą nazwę ;-) ), która owe wykłady organizowała. I tu dochodzimy do sedna.
W budynku Wielkiego Kolegium rezydują dwa uniwersytety: Ten Właściwy z Tradycją i Ten Drugi Nowo Powstały. Ten Drugi ma pięknie oznakowane pokoje, tabliczki informacyjne na każdych drzwiach itd. Ten Właściwy, żeby tradycji stało się zadość, jest totalnie pogmatwany.
- Przepraszam, gdzie znajduje się Pracowania Pytań Bezgranicznie Nieograniczonych? - zagajała portiera Znajoma od Chińczyków.
- Pokój 11 lub 32 - odpowiedział portier. Hmmm... Przeszły cały parter i nie znalazły, przeszły pierwsze piętro i nie znalazły. Uznały więc, że pokoje 11 lub 32 znajdują się w innej części budynku. Opuściły więc budynek i weszły doń innym wejściem. I nic.
- Przepraszam, gdzie znajduje się Pracowania Pytań Bezgranicznie Nieograniczonych? - zagajała kolejnego Portiera Znajoma od Chińczyków.
- A to będzie w piwnicy, ale trzeba wejść drugim wejściem. Hmmm... Wróciły zatem do punktu wyjścia i stanęły przed nie lada wyzwaniem - znaleźć piwnicę. Logicznie rozumując poszukiwały wejścia na parterze. I nic. Postanowiły zatem zjechać windą, ale ta okazała się być zepsuta. Wreszcie znalazły podejrzanie wyglądające drzwi, a za nimi ciemność i ogromne schody. Znów odezwała się w nich reszta rozumu i instynktu samozachowawczego - przecież nikt normalny nie umieściłby tworu uczelnianego, w którym pracują ludzie gdzieś na końcu ciemnego korytarza bez oznaczenia, prawda?
- Czy wiecie może gdzie jest wejście do piwnicy? - zapytała Porankowa Mama siedzących na ławce studentów.
- A to trzeba wejść do dziekanatu, potem prosto i dwa razy w lewo.
Aha...
No to poszły obie damy, już lekko rozbawione, przez dziekanat, potem prosto i raz w lewo, bo drugiego razu w lewo za pierwszym razem nie znalazły... Obiegły raz jeszcze cały korytarz aż dotarły do skrzypiących drzwi, za którymi biegł oświetlony korytarz. Upewniły się, czy to aby na pewno drugi raz skręt w lewo i zeszły w nieznaną czeluść zastanawiając się, czy ktokolwiek wie, że one tu są, na wypadek, jakby nie wróciły z tej wyprawy.
Przeszły obok kapiących rur, obok otwartej toalety, obok kabli aż trafiły do celu: Pracownia Pytań Bezgranicznie Nieograniczonych! Ufff! Najśmieszniejsze, że na drzwiach widniał numer pokoju: "11 ? 32 ". No comment.
Dotarły, zapisały się, udały się na wykład, wysłuchały profesora entuzjastycznie opowiadającego o oogenezie i spermatogenezie oraz komórkach HELA, pośmiały się (bo jedna studentka chcąc cichaczem wyjść z sali pomyliła drzwi z szafą...) i w ten sposób zaliczył pierwszy wykład dochodząc do wniosku, że fajnie jest na chwilę wrócić do bycia studentem, gdy nie musisz się przygotowywać do zajęć i możesz bezkarnie myśleć o niebieskich migdałach.

24 października 2007

POprostu piękny weekend

Porankowa rodzina z niecierpliwością czekała na miniony weekend. Z dwóch powodów. Po pierwsze, był to długo oczekiwany weekend, gdy Porankowy Tata miał wolne. Po drugie, był to weekend wyborczy, a zatem weekend obfitujący w emocje najwyższego rzędu.
Weekend jednak, jak sama nazwa mówi, wieńczy tydzień, a tydzień poprzedzający ów upragnione dwa dni był zwariowany...
Zaczęło się od poniedziałku, w który to poniedziałek Porankowa Mama musiała o godzinie 9:00 stawić się w pracy na zebraniu Zakładu, w którym pracuje. Porankowa Panienka została zatem oddana pod opiekę Hetman-Babci, która niczym Mary Poppins pojawiła się w drzwiach porankowego domu o godzinie 8:15 pełna entuzjazmu i zaopatrzona w wielce atrakcyjne niespodzianki dla wnuczki. Planowo o godzinie 8:15 Porankowa Mama miała ubrać płaszcz i wyjść do pracy, ale plan niestety został drastycznie zmieniony, gdyż Porankowa Panienka postanowiła akurat w ten poniedziałek spać do godziny 7:45... Mówiąc krótko, porankowe damy zaspały.
Poniedziałek obfitował także w jeszcze jedną niespodziankę. Otóż tego dnia zadzwonił do Porankowej Mamy telefon. Pewna miła pani, z którą Porankowa Mama rozmawiała jakiś czas temu na temat możliwości prowadzenia u niej zajęć na studiach podyplomowych (tzn. Porankowa Mama miała prowadzić zajęcia u tej pani) zadzwoniła z informacją, że dobrze by było, gdyby Porankowa Mama miała czas w najbliższą sobotę... Na spotkanie? - zapytała Porankowa Mama. Na prowadzenie zajęć - odpowiedziała miła pani... Taaaak, wizja wolnego, rodzinnego weekendu legła w gruzach...
Do piątku Porankowa Mama siedziała przy komputerze szykując się do zajęć. Nie wspomnimy, że szykowała się kosztem pisania doktoratu, który - jak pamiętamy - ma zostać obroniony za 9 miesięcy (ot, taka doktoratowa ciąża). W sobotę rano ambitnie wstała i wyruszyła na spotkanie ze studentami, z którymi miała spędzić upojne 7,5 godziny zegarowej. Nie minęło jednak więcej niż dwie godziny, a Porankowa Mama radośnie przekroczyła próg domu. Powód? Na zajęciach pojawiły się dwie osoby (dwie sztuki studentów) i szkoła zadecydowała, że nie jest to wystarczająca liczba do uruchomienia studiów podyplomowych.
Weekend został zatem uratowany. Był więc czas na odwiedziny u rodziny, na zakupy, na wspólne gotowanie, na spacery... Był też czas na robienie fotek Porankowej Panience przy urnie wyborczej. I tak przechodzimy do drugiego powodu, z jakiego weekend był tak upragniony. WYBORY.
Oj działo się, działo. Między gotowaniem a spacerowaniem, porankowa rodzina agitowała wyłamujących się członków rodziny namawiając ich do głosowania (oczywiście z pełnym zachowaniem warunków ciszy wyborczej, żeby nie było). W niedzielę w samo południe Porankowa Panienka wjechała dumnie do lokalu wyborczego i była lekko zdziwiona widząc takie tłumy. Chwilę później, szczerząc się swoimi trzema zębami entuzjastycznie klepała urnę dając wyraz radości z możliwości udziału w głosowaniu. Wieczorem zaś poszła spać niezwykle szybko, przekonana najprawdopodobniej, że może spać spokojnie. (Zresztą poszła spać ekspresowo również dlatego, że wymęczyła się IDĄC do domu od dziadków - IDĄC oznacza, że samodzielnie szła na swoich nieco chwiejnych dwóch nogach robiąc dwa kroki w przód i pięć w tył, gdy tylko zobaczyła psa). W przeciwieństwie do niej, porankowi rodzice zrobili sobie pychota grzanki, nalali drinki i zasiedli przed telewizorem w napięciu oczekując wyników. Napięcie rosło sięgając granic wytrzymałości. O 22:55 przerodziło się w pełną euforię i porankowi rodzice odetchnęli z ulgą. Mogli bowiem odwołać poniedziałkową imprezę w Dublinie...

Mimo nieco zwariowanego tygodnia, czyż to nie był PO prostu piękny weekend?

4 października 2007

back to work

Październik - zmora studentów, bo trzeba wrócić na studia. Październik - zmora wykładowców, bo trzeba wrócić do pracy ze studentami. Październik - zmora doktoranta, bo nie dość, że musi wrócić na studia to jeszcze do pracy ze studentami...
Wczoraj Porankowa Mama miała oryginalny powrót do pracy. Jako że została opiekunem studentów III roku, zaplanowała na godzinę 18:30 spotkanie organizacyjne ze swoimi podopiecznymi. Porankowy Tata miał iść do pracy na ranną zmianę i zająć się dzieckiem popołudniu. Jak się jednak okazało, Porankowy Tata nie zdołał zmienić planu pracy i w efekcie Porankowa Mama została zmuszona szukać tymczasowej "niani". Niania się znalazła w wydaniu męskim - ojciec chrzestny Porankowej Panienki, a zarazem rodzony brat Porankowej Mamy zgodził się zająć juniorką w czasie, gdy Porankowa Mama będzie na uczelni. Plan idealny. Za idealny.
Od rana Porankowa mama poleciała na uczelnię, by przekazać studentom informację o spotkaniu (świnia, tak z godziny na godzinę informować, że mają dodatkowe zajęcia...). Przekazała, studenci zapisali. O godzinie 15:00 zadzwonił jednak telefon, że III rok skończył wcześniej zajęcia i nie opłaca im się czekać do 18:30 (taki bieg wydarzeń został przewidziany i telefon był za zgodą Porankowej Mamy)... Cóż było robić, dziecię zostało ekspresowo zapakowane do wózka i razem z mamą pognało na uczelnię. A tam...
Wpierw Porankowa Mama musiała dogadać się z panem, który pilnuje budynku, by miał baczenie na wózek, który zamierzała zostawić na parterze. Następnie wypakowała dziecko i jego bagaże z wózka i cudem udało jej się to wszystko wtaszczyć na III piętro (bądź poziom V, jak kto woli), gdzie czekali na nią studenci. Porankowa Panienka była bardzo zaaferowana nowym otoczeniem i gadała jak najęta. Spodobali jej się także studenci, których obdarzała szerokim uśmiechem.
W sali studenci zostali usadowienie na swoich miejscach, a Porankowa Panienka została ustawiona na stole wykładowym i poddana zabiegom rozbierania z odzienia wierzchniego. Porankowa Mama rozbierała dziecię, a dziecię prowadziło spotkanie... Stanęło wyprostowane jak struna, wyjęło smoczek z buzi, skierowało go w stronę ludu i zaczęło przemowę: bababe mame ampaaaa (to ostanie to odpowiednik "lampa", bo jakby ktoś jeszcze nie wiedział, Porankowa Panienka mówi... póki co mówi "ampaaa" wskazując na lampę i "meme" podążąjąc w czworakochodze za rodzicami - czworakochód to dziwna odmiana czworakowania: jedna noga zasuwa po podłodze na kolanie, druga stawiana jest na stopie, przekomiczne!). Porankowa Panienka przekazywała informacje na tyle ciekawie, że studenci siedzieli zauroczeni, a Porankowa Mama mogła przygotować potrzebne papiery. Następnie dziecię wylądowało na kocyku na podłodze przy mamie i uczestniczyło w spotkaniu gryząc ambitnie długą chrupkę kukurydzianą. I tu trzeba juniorkę pochwalić - siedziała godzinę grzeczna jak anioł, gryzła chrupki bacznie obserwując otoczenie i od czasu do czasu wtrącała swoje zdanie gestykulując przy tym zawzięcie.
Po spotkaniu porankowe damy wróciły spacerkiem do domu (w towarzystwie pewnej znajomej, która przyjechała do kraju po rocznym pobycie w Anglii), a tu... A tu klops: winda nie jedzie, bo jakiś #$%&#&*% sąsiad ponownie nie zamknął drzwi. Porankową mamę szlag o mało nie trafił, wypakowała dziecko z wózka, wózek zostawiła na parterze i pojechała małą windą na górne piętra w poszukiwaniu otwartych drzwi. Znalazła je na VIII piętrze, poprzeklinała dość głośno, zjechała na parter po wózek i wjechała na piętro VII, z którego udało jej się zjechać na piętro VI, które jest piętrem właściwym dla porankowej rodziny. Taaaak, radosny dzionek, nieprawdaż?
Wieczorem Porankowa Mama miała zamiar usiąść i pisać artykuł, który za dwa tygodnie musi wylądować na biurku Pani Profesor, ale czas jej minął na rozmowach ze znajomymi przed gadu-gadu - przy czym należy dodać, że rozmowy były w dużej mierze biznesowe bo otóż, proszę szanownych Czytelników, Porankowa Mama ma za dużo czasu wolnego i zajęła się... sprzedażą produktów znanej i cenionej marki T********e :-) Takie piękne i praktyczne akcesoria kuchenne z wysokiej klasy polimerów, akcesoria, które nie tylko są ładne, ale przede wszystkim ułatwiają życie! Chociażby, czy słyszeliście o misce, do której wystarczy wsypać produkty, trzy razy zamieszać, zamknąć wieczko i po chwili ciasto drożdżowe jest gotowe? Nie? A o miskach, które dostosowują się rozmiarem do zapotrzebowania użytkownika? Nie? To teraz słyszycie. Jakby ktoś był zainteresowany takimi cudami, prosimy o kontakt! (To była kryptoreklama - reklamę jawną dociekliwy Czytelnik znajdzie na stronie ;-) )