Porankowy INSTAGRAM

31 lipca 2012

matka-gloria-zołza

Poniedziałkowe przedpołudnie. Na plac zabaw wkroczyła matka. Wysypała dzieciom zabawki do piaskownicy, rozłożyła torby "pod tyłek", żeby nie przemoczyły spodni (wszak w niedzielę padało),  wzięła książkę do ręki i dała się porwać miłosnej historii rozgrywającej się w paryskiej knajpce. Włos rozwiany, paznokcie starannie pomalowane, okulary na nosie. Dzieci puszczone "samopas", kombinują z piaskowymi tortami, zbierają skarby z trawnika - tego bliżej matki i tego za płotem. Matka-gloria siedzi na tej ławeczce i naraża się innym matkom. Matkom, co to za dziećmi biegają wołając: "nie do piasku, bo jest mokry", "nie po kolanach!", "gdzie zostawiłeś swoją piłkę?", "biegaj po słoneczku".
A matka-gloria spogląda na nie spode łba i słowem się nie odezwie - ani do nich, ani do dzieci.
Zołza, prawda?
Na wyjściu trzeba jej dowalić, głośno skomentować: "Nie wiem, jak można być tak wyrodną matką, żeby z dziećmi się nie pobawić i książkę na placu zabaw czytać" i wyjść zarzucając nosem tak, żeby osiadł na plecach.
A matka-gloria-zołza nic.

Bo kto wie, że matka-gloria-zołza w niedzielę wieczorem wróciła z wyjazdowego wesela (stąd te pomalowane paznokcie i burza na głowie), gdzie dzięki drastycznym zmianom aury i klimatyzatorowi na sali tak się doprawiła, że straciła głos i zawaliła zatoki, w efekcie czego głowa jej pulsuje? Kto wie, że dzieci doskonale znają teren przy piaskownicy i za płotem, że nie wyjdą dalej niż im wolno? Kto wie?
Ale czy to ważne?

Podpisano: matka-gloria-zołza

wspomniana miłosna historia w paryskiej knajpce to przeurocza książka Nicolasa Barreau

20 lipca 2012

opowieść zaległa: winda

Jedną z pierwszych opowieści na naszym blogu była opowieść o windzie. O tym, że jest za wąska i nie mieści się w niej wózek, że zapomina o naszym piętrze rozwożąc mieszkańców wedle uznania... Ta winda to przeszłość. Ponad rok temu, wczesnym rankiem, obudził nas młot pneumatyczny zwiastujący remont. Długi, kurząco-pylący remont czeluści szybu.
Zniknęły czerwone guziczki ze ściany. Zniknęły podwójne drzwi pamiętające czasy PRL. Lustro z ułamanym kącikiem. Została za to elegancka ściana, którą - co przecież oczywiste - należało wyremontować PRZED wymianą windy...


Długie dyskusje piwniczne zaowocowały wspólnotową decyzją o zakupie windy nowoczesnej, automatycznej, eleganckiej i klaustrofobicznej. Windy, która "mówi": parter, wyjście w budynku oraz przeszkoda w drzwiach (co oznacza zazwyczaj torebkę, but lub cztery-litery stojące w świetle fotokomórki decydującej o zamknięciu drzwi). Długie wspólnotowe dyskusje piwniczne nie doprowadziły jednak do tego, by winda została zaopatrzona w nową funkcjonalność jaką jest bezpośrednie połączenie z operatorem/psychologiem, gdy winda zatrzyma się z niewyjaśnionego powodu miedzy piętrami i trzeba będzie oczekiwać na przyjazd serwisantów w ciasnym metalowym pudle pozbawionym okna i wentylacji. Zdecydowano się jednak na zamontowanie monitoringu w postaci małej kamerki obserwującej każdy ruch człowieka przekonanego o tym, że go nikt nie widzi.


Ponad rok temu pierwszy raz pojechaliśmy rodzinnie nową windą - zastanawiając się, czy już działa i czy można nią jechać, bo zapomniano o informacji dotyczącej uruchomienia nowego urządzenia. Płynnie dowiozła nas na nasze piętro informując: piętro szóste. Elegancko otworzyła drzwi i świat wydawał się piękny.
Zapomnij człowieku o za wąskich drzwiach. Zapomnij o kopaniu prądem przez metalową obudowę. Zapomnij o czekaniu wieki na to aż winda raczy przyjechać. Zapomnij o wiecznych naprawach.

A teraz, po roku...


... zapomnij człowieku o tym, co napisałam powyżej...


Wsiadam do windy z dziećmi po kwadransie oczekiwania. Chcemy wyjść z budynku. Duszę "0". Winda zamyka drzwi i rusza.
Piętro siódme. ??? Piętro ósme. ???!!! Piętro dziewiąte... Piętro dziesiąte...
Wyżej to tylko do nieba. Jedziemy na parter?
Piętro siódme.
Piętro szóste.
...
Parter. Wyjście z budynku.

Narzekać jednak nie będę. Cud, że w ogóle przyjechała na to nasze piętro 6 i 1/2 bo ostatnio znowu nas nie zauważa...

9 lipca 2012

Euro 2012 raz jeszcze: stadionowo

Polski lipiec upływa pod znakiem sportu. Emocje prosto z Wimbledonu (wicemistrzostwo to też zaszczytne miejsce), emocje spod siatki (rozgromiliśmy Amerykanów 3:0 zostając mistrzami ligi światowej). U nas jednak nadal emocje piłkarskie - ogarnęliśmy zdjęcia i trafiliśmy na wspominki Ślubnego z meczu Chorwacja-Włochy. Miał facet to szczęście, że mecz śledził nie sprzed telewizora, lecz z trybun stadionu.

 





 
 

8 lipca 2012

burze i inne zjawiska pogodowe

Dzieci w domu, mama w domu - znak to, że nastąpiły WAKACJE!
Sprzatamy, resetujemy się i łapiemy za aparat częściej niż zwykle.
Bloga też odkurzymy juz za chwilę, a tymczasem:

ZAOKIENNE WIDOCZKI by Porankowy Tata

 
 
 
 


Jest na co patrzeć, prawda?