Porankowy INSTAGRAM

20 sierpnia 2017

Lokalna planszówka

REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

Poznań - miasto know how, miasto z mrożonką w logo, miasto koziołków, siedziba KKS Lech, miasto ze Starym Browarem i Starym Marychem, miasto od rogali świętomarcińskich... Wymieniać można długo, barwnie, z emocjami i bez. Niezależnie od tego, co kojarzy się z Poznaniem, trzeba przyznać, że to miasto, w którym nudzić się nie można. 

Nawet jeśli ktoś nie lubi lub nie może wychodzić z domu, ma szansę przeżyć barwne przygody w poznańskiej przestrzeni. Jak? Zadbało o to Wydawnictwo Miejskie, które wydało dwie gry planszowe. Pierwsza, POSNANIA - budujemy miasto miała premierę w 2011 roku. Druga, ŁAMACZE SZYFRÓW (nie pomylić z grą internetową czy grą miejską! chodzi o planszówkę!) została wydana w 2016 roku. Jesteśmy dumnymi posiadaczami obu gier, choć przyznam, że trzeba się było mocno nagimnastykować, by je dostać w cenach niższych od katalogowych...

Dziś będzie o pierwszej z gier. POSNANIA - budujemy miasto przy pierwszym kontakcie powala wielkością pudełka. 46,5 x 31,5 x 9,5 cm - zmierzyłam, bo nie dawało mi to spokoju. Po otwarciu pudła okazuje się jednak, że wymiary te są potrzebne do schowania ogromnej planszy. Reszta rekwizytów, pięknie wykonanych, nie zajmuje już tyle miejsca, choć do tego, by zagrać w grę potrzeba dość dużego stołu lub wręcz podłogi.




Rozgrywka toczy się na dwóch planszach. Jedna z nich to pole budowy, na drugiej dzięki rzutowi kostką i przesunięciu figury o określoną liczbę pól określane są działania, które gracz wykonuje. A w grze chodzi przede wszystkim o to, by jak najmądrzej wydawać pozyskiwane denary i dzięki nim rozbudowywać miasto od powstania pierwszej osady na Ostowie Tumskim aż po wybudowanie Ratusza. Ten, kto okaże się największym darczyńcą, wygrywa. Mamy do wyboru cztery postacie: biskupa, kupca, rycerza i księcia. Ponoć w pierwszej, promocyjnej rozgrywce wygrał biskup, którym grał o. Jan Góra! U nas podział jest zazwyczaj stały - jedna Gloria jest księciem, druga - rycerzem, a mnie przypada funkcja kupca i "trzymacza banku".


Miasto budujemy zgodnie z planem historycznym. To jest największy atut tej gry - nie jest ona dziełem przypadku, ale trzyma się wiernie faktów i pozwala śledzić prawdziwy rozwój Poznania. Ten edukacyjny wymiar przydał się nam szczególnie, gdy Gloria Starsza uczyła się historii w klasie IV. Gród, podgrodzie, osady, znaczenie rzeki, wysp... Voila! Dodam, że do gry dołączono też krótki rys historyczny, bardzo pomocny w zrozumieniu tego, co się dzieje na planszy.

Rozgrywka odbywa się etapowo, gdzie każdy etap to inny okres rozwoju miasta, od roku 966 aż do 1560. Każda epoka oznaczona jest odpowiednim kolorem kafelków. Dzięki temu można łatwo grę przerwać i wrócić do niej później - wystarczy zapisać, na jakim okresie skończono rundę. Można też ustalić, że gra toczy się np. do roku 1253, co pozwala znacząco skrócić czas zabawy.



Reguły gry są napisane na tyle jasno, że dzieciaki szybko je załapią. Nasze dziewczyny grały w nią pierwszy raz gdy miały 6 i 5 lat. Dla starszych graczy przewidziano wersję zaawansowaną obfitującą w wydarzenia specjalne, w tym zdradę stanu czy sabotaż.

Po wielu rozgrywkach mogę polecić uzupełnienie zestawu o pojemniki na denary dla każdego z graczy i banku. Ponieważ zazwyczaj gram z dziewczynami, świetnie sprawdziły się pudełka od kucyków Filly i różowa skrzynka Winx. Dzięki temu po stole nie fruwają monety i sakiewki.


Gracze przyzwyczajeni do gier trzymających w napięciu, pełnych zwrotów akcji czy też konieczności główkowania mogą być nieco zawiedzeni Posnanią. Jeśli jednak przyjmiemy, że grę opracowano w celu promocji miasta nadając jej walor edukacyjny, uważam, że jest to rewelacyjna pozycja. Niestety, trudno dostępna, ale przy odrobienie szczęścia można na nią trafić w internecie.

A jeśli macie ochotę na zagadki, zwroty akcji i główkowanie - rzućcie okiem na drugą propozycję Wydawnictwa Miejskiego. Jeszcze rozkminiamy Łamaczy Szyfrów, ale już teraz wiem, że to będzie dobra rozrywka.

17 sierpnia 2017

wakacyjne wojaże: Park Grzybowy w Piłce

REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

Tegoroczne wakacje spędzaliśmy podróżując "po okolicy", czyli zwiedzając Pojezierze Sierakowsko-Międzychodzkie i Puszczę Notecką. Las, woda, urokliwe miasteczka i wsie, a pośród tego perełki, o których istnieniu nie wiedzieliśmy.
Jednym z naszych tegorocznych odkryć jest poważnie brzmiący PARK GRZYBOWY.

Przez zupełny przypadek, jadąc przez wioskę Piłka w gminie Drawsko, rzucił się w me oczy drogowskaz: Park Grzybowy 500m. Nigdy wcześniej o jakimkolwiek Parku Grzybowym nie słyszałam. Zaczęliśmy snuć domysły: specjalna polana do zbierania grzybów? Park z alejkami i pomnikami grzybów? Wygooglowałam miejsce po powrocie do naszej kwatery. Voila: PARK GRZYBOWY. Ścieżka edukacyjno-przyrodnicza w Piłce. Pierwszy w Polsce park tematyczny poświęcony grzybom. Jak się okazało, jest to ciekawa inicjatywa, dofinansowana z funduszy unijnych, dzięki której można poznać najczęściej występujące w Polsce grzyby.

Przy pierwszej możliwej okazji ruszyliśmy w stronę Piłki w poszukiwaniu grzybów.

Park jest umiejscowiony w lesie w sąsiedztwie Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Piłce, nieopodal kościoła pw. NMP Wniebowziętej. Wejście jest bezpłatne. 


Jak na obiekt edukacyjny przystało na całej długości ścieżki rozmieszczono liczne tablice informacyjne, na których każdy znajdzie coś, co go zainteresuje. 




Tablice są nadal w idealnym stanie, czytelne, kolorowe, choć Park istnieje od 2013 roku (paranoja, że zwracam uwagę na takie rzeczy...). Nie one są jednak sednem tego Parku. Sednem są OLBRZYMIE REALISTYCZNE GRZYBY. Mówiąc olbrzymie mam na myśli takie, że moja skromna osoba wzrostu 171cm ze spokojem stanęła wyprostowana pod borowikiem (jak się okazało sam grzyb ma 3m wysokości!), a Gloria Młodsza kurkę miała tuż pod pachą.

Grzyby zachwyciły Ślubnego, który z uznaniem spostrzegł, że nie są wykonane na odczepnego z blachy ani z tandetnego plastiku, lecz solidnie, z pełnym profesjonalizmem i dbałością o szczegóły z żywicy poliestrowej i włókna szklanego. A do tego umiejscowiono je w naturalnym środowisku, wkomponowując w okoliczne drzewa.




Przy każdym grzybie znajduje się tabliczka opisującą dany okaz.


A jeśli dobrze się rozejrzeć, w okolicy dostrzec można równie okazałe modele zwierząt leśnych: jelenia, sarny i dzika.


Pośród drzew umieszczono także liczne stoliki i ławki, a dla dzieci także grzybowe domki i plac zabaw.



Jedynym mankamentem Parku - choć to absolutnie nie jest wina twórcy czy zarządzających - była masakryczna liczba komarów, która przywitała nas tuż po przekroczeniu bramu Parku. Zamiast myśleć o pierwszym wrażeniu nasze myśli skupiły się na jak najszybszym wykorzystaniu pochowanego w plecaku zapasu sprayu na komary. Tych komarów jednak nic nie odstraszało. Dzielnie kroczyłam więc z aparatem po ścieżce, przebierając nogami i podskakując (zapamiętać: komara podskakiwanie nie odstrasza). Zdjęcia rodzinne robiliśmy w biegu, a placu zabaw i reszty zwierząt nie dałam rady obfotografować.

Mimo to gorąco polecamy to miejsce jako pomysł na krótki wypad w czasie pobytu nad jednym z licznych okolicznych jezior. Jeśli kogoś nie interesuje element edukacyjny, niech wykorzysta Park do zrobienia rewelacyjnych fotek. Dobrze wykadrowane zdjęcie może skutecznie zaskoczyć znajomych, gdy wyślecie je im podpisując "Wiedziałeś jakie grzyby tu rosną? Żałuj, że Cię tu nie ma!" (hehehe, to moja mroczna strona się odzywa).

11 marca 2017

W porankowym obiektywie: Warta w Puszczykowie

Święty spokój. Tego Wam życzę. 
Mój święty spokój wygląda tak:

video

Fotki strzelone podczas wypadu wędkarsko-spacerowego nad Wartę w Puszczykowie, niedaleko "punktu widokowego". Trzyczwarte rodziny łowiło ryby... Cóż było robić... Tylko zdjęcia strzelać! Muzyki nie podkładałam - szkoda marnować ciszę...

9 marca 2017

Co robimy, gdy nie piszemy?


No to strajkujemy!
Starsza nie idzie - niewiele straci, bo ma tylko trzy lekcje...
Młodsza idzie - z plakietką: "Strajkuję, ale muszę być w szkole, bo mam za dużo nieobecności"...
Matka do pracy idzie - wyjścia nie ma.
Ojciec wziął urlop na żądanie.

No.
Od stycznia tylko szkołą żyjemy. Latamy między kalendarzem a Librusem lub Vulcanem (dzienniki elektroniczne - dla niewtajemniczonych). Między sprawdzianami, kartkówkami, zadaniami domowymi, a sprzątaniem, praniem, prasowaniem, gotowaniem, remontem, pracą i... ZHR.

Bo Młodsza zapałała miłością do harcerstwa. Nie tylko została zuchenką, ale marzy o tym, by być druhną i prowadzić własną gromadę... Nie tylko chadza na zbiórki, ale wybrała się też na biwak, gdzie spała na karimacie, niczym księżniczka na ziarnku grochu. I zdobywa sprawności angażując w to całą rodzinę...

Od stycznia skupiamy się też na drobnych radościach, na spędzaniu czasu ze sobą, z rodziną. Na docenianiu tego, co czasem nam umyka. Gramy w gry planszowe, wspólnie (w szerokim gronie rodzeństwa) gotujemy i jemy, wychodzimy na spacery, przeglądamy pamiątki, zdjęcia... Pielęgnujemy nasze zainteresowania i nie przynosimy pracy do domu.

No i śledzimy to, co nam PiS niesie...
Dlatego strajkujemy.

Młodsza: A Ola i Oliwia nie rozumieją, dlaczego ja jutro będę strajkować... Powiedziałam im, że
dlatego, bo rodzice strajkują.
Starsza: Wcale nie, bo my strajkujemy, bo mama i tata nie chcą 8 klas.
Mama: A właśnie, że nie o to chodzi...
Młodsza: Już wiem, strajkujemy, bo Kaczyński - albo Tusk - jest zły.
Mama: Ale...
Starsza: Kaczyński.
Młodsza: Chyba nie. Bo, on jest smutny, bo mu brat umarł. Jak ten samolot się o drzewo rozbił.
Starsza: No...
Młodsza: Ale głupio robią, nie? Szkołę nam psują...

A zatem, strajkujemy!

1 stycznia 2017

foto wykonane przez Ślubnego w Sylwestra 2016/2017 - to nie jest fotomontaż!