Porankowy INSTAGRAM

22 maja 2011

argument

On miał uśpić dzieci w sobotnie popołudnie. Nie uśpił - sam zasnął. Wybudzony po 17 snuje się po mieszkaniu i duma: zrobić sobie kawę czy nie zrobić?
- Rób - naciska Ona.
- No ale może nie zrobię? - dywaguje On. - Na spacer pójdziemy, czasu szkoda na robienie kawy.
- Mówię ci, rób tą kawę - nakazuje Ona. - Jak nie zrobisz będziesz śnięty i mało kumaty i zrzucisz winę na brak kawy. A jak zrobisz tą kawę to i tak będziesz śnięty i mało kumaty, ale przynajmniej JA będę mogła zrzucić winę na twój charakter, a nie na brak kawy. Nie odbieraj mi argumentów!
Zrobił kawę. Wychowany On.

Tak, tak. Ona to zołza. Wiem. W pewnym wieku już można.

12 maja 2011

wiedźma w aptece

Wmaszerowała porankowa wiedźma do apteki ostatkiem sił i zwraca się do farmaceuty:
- Poproszę opakowanie leku I i leku P (popularne leki przeciwbólowe).
Pani Magister otwiera szufladę i wyciąga najmniejsze opakowanie leku I.
- Proszę o większe. I lek P - odpowiada wiedźma.
Pani Magister sięga po opakowanie 24 sztuki.
- Nie, nie. Takie w pudełku z zakrętką proszę. 48 sztuk bodajże. Dużo się u nas tego je. - Farmaceuta spogląda spode łba i wymienia spojrzenia z koleżanką po fachu.
- Ale pani wie, że tych leków się nie łączy.
- Oczywiście. Dlatego proszę o DUŻE opakowanie leku I, koniecznie MAX, bo to tak na co dzień jemy i o normalne opakowanie leku P, bo to wyjątkowo dziś potrzebne.
Pani Magister patrzy już bardzo nieufnie, więc wiedźma zbiera resztki sił i tłumaczy:
- Widzi pani, idzie deszcz. A jak idzie deszcz to u nas lek I Max hurtowo łykamy - farmaceuta w odpowiedzi spojrzała za okno, gdzie piękne błękitne niebo stanowiło idealne tło dla majowego słoneczka grzejącego pełną parą na 26 stopni.
- Nie wierzy pani? No cóż, jeszcze pani zobaczy. Mąż i ja metopoatami jesteśmy. Dzieci pewnie też. A to znaczy, że jak idzie deszcz bądź duża zmiana pogody, upiorny ból nam głowy rozsadza. A do tego mąż dzisiaj miał mało przyjemne spotkanie z dentystą-sadystą, który akurat miał ochotę na kanałowe leczenie trzonowca. I tu już nawet lek I Max nie pomoże. Stąd lek P - wiedźma zawiesiła głos i się chwilę zastanowiła. - Albo... Nie... Po lek K (silny lek przeciwbólowy, na receptę) to najwyżej wieczorem przyjdę.

Wymaszerowała baba z apteki z pudłem leków przeciwbólowych, zostawiając za sobą lekko zszokowaną panią aptekarkę i ma w nosie to, że ją pewnie niedługo na stosie spalą. Mówię wam, idzie woda... Duuuużżżżaaaa woda!

A w oczekiwaniu na ową wodę polecamy lekturę z gatunku porankowe opowieści zaległe:


opowieści zaległe: fryzjer

Porankowe Glorie, jak na glorie przystało, zaczęły interesować się swoim wyglądem. „Nie ubiorę tego”, „to mi się nie podoba”, „ja chcę bluzkę w ciapki, a nie kwiatki” oraz „ten kolor NIE PASUJE!” - są na porządku dziennym.
Ostatnio w ręce Glorii Starszej wpadły książki z fryzurami sprzed ok. 15 lat - takie książki instruktażowe, jak zaplatać te dziwaczne warkocze i upinać równie dziwaczne koki wykorzystując miliard metalowych spinek. No i zaczęłosię. Dziewczę doszło do wniosku, że CHCE mieć kok. A z kokiem w parze idą długie włosy. Zatem: żegnaj fryzuro ala Dora the Explorer!

Tak... Tyle tylko, że przejście z fryzury do ucha na fryzurę za łopatki wymaga umiejętności zgoła innych niż „opitolenie domowe” w wykonaniu matki. Szczególnie, że dziecko okazało się być wierną kopią matki i odziedziczyło po niej włosy, które łamią szczotki i blokują w swoich czeluściach fryzjerskie nożyczki...

Wybraliśmy się zatem do fryzjera.

Przydomowy zakład odpadł w przedbiegach - za karę, bo krótko przed urodzeniem Glorii Starszej pani fryzjerka nie była w stanie obciąć mnie tak, jak chciałam i w efekcie miałam zamiast włosów sieczkę o dużo za krótką niż planowałam.
W następnym salonie fryzjerka rzuciła z daleka okiem na dwie główki i orzekła: ze spokojem 25zł za każdą. Ja z kolei rzuciłam okiem na fryzurę pani fryzjerki i orzekłam: idziemy dalej!
Umówiłyśmy wizytę w sprawdzonym saloniku...

Pani ciachnęła raz i drugi, tu wyrównała, tam ułożyła... Wszystko z myślą o długich włosach na kok. Glorię Młodszą wyrównała, podcięła , przeczesała... A na koniec stwierdziła:
- No nie widać, że one nigdy nie były u fryzjera. Są obcięte bardzo dobrze. Trochę nierówno, ale dobrze.
I zawołała 18zł od głowy.

Teraz wybieramy się do hurtowni fryzjerskiej. Po dobre nożyczki. Do cięcia grzywki.
A potem będziemy upinać fantazyjne koki i pleść francuskie warkocze. A za zaoszczędzone pieniądze będziemy kupować eclery i truskawki.

opowieści zaległe: królewski ślub

The Official Royal Wedding photographs
(c) by H. Burnand, http://flic.kr/p/9DeFCW

Ach, co to był za ślub! W piątkowe przedpołudnie, 29 kwietnia 2011, spotkała się cała śmietanka towarzyska. Te stroje, te kapelusze (i fascynatory, czy jak je tam zwą - wiecie, takie fiu-bździu przypięte na głowie, skroni, czole bądź uchu), te mundury!
Przybyła hrabina Felga z księciem Oponą. I hrabina Bella. Była księżniczka Bebla z księstwa Porcelany w towarzystwie wiernego Pegaza i księżna Elżbieta z Łóżka Zachodniego wraz z siostrą, księżną Urszulą z Łóżka Wschodniego. Swą obecność na uroczystości zaznaczyła także panna Barbie w towarzystwie Kena. No i oczywiście nie mogło zabraknąć księżnej Matki z Porankowej Krainy.

Entuzjazm towarzystwa wzbudził kolor stroju Królowej Elżbiety II (ech, trzeba było obstawić u bukmachera tą kanarkową żółć, byłybyśmy bogate!).
Z kolei, gdy Kate Middleton po raz pierwszy zaprezentowała światu swoją suknię ślubną, towarzystwo aż jęknęło z zachwytu. Po sali przebiegł szept: ten tren! ten diadem! Och, jaka księżniczka!

Szalę szaleństwa przepełniły karety z orszaku ślubnego - Pegaz prawie zawału dostał na widok śnieżnobiałych koni, a księżna Elżbieta i księżna Urszula wciąż dopytywały, czy to bajka, czy dzieje się na prawdę.

Przyjęcie weselne było huczne i równie udane. Podano pyszne kruche ciastka i herbatę Earl Grey z mlekiem. Były tańce. A na koniec księżne i księżniczki przymierzały historyczną suknię ślubną i pozowały do pamiątkowych zdjęć.

Ach, co to był za ślub! Gdyby nie kapelusz znaleziony przypadkiem w lokalnej, ukochanej ciuch-krainie, ślub odbywałby się zapewne tylko w Londynie. A tak, przeniósł się do Porankowej Krainy i już zupełnie zatarł granice między rzeczywistością i nibylandią.

Sam kapelusz - fotka poniżej - bardzo na miejscu, prawda? Za śmieszne pieniądze kupiony...