Porankowy INSTAGRAM

29 grudnia 2010

w porankowym obiektywie

zima przed domem...

zima przed urzędem...


i w urzędzie - nieco mniej zimowo, ale za to mądrze...


26 grudnia 2010

życzenia



Niech Boże Narodzenie trwa u Was nie tylko w grudniu, 
ale i przez cały Nowy Rok 2011!

(specjalne świąteczne uśmiechy TUTAJ)

Ściskamy wszystkich naszych Czytelników!

Porankowi

17 grudnia 2010

przedświąteczne refleksje

Człowiek uczy się całe życie. Oto kilka "prawd świątecznych", które zostały nam objawione dopiero teraz (UWAGA! MOŻE BYĆ DRASTYCZNIE!):
  • Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia zaczynają się 1 grudnia. Kościół katolicki ewidentnie pomylił się odnośnie daty rozpoczęcia Adwentu (zresztą, Adwent? to jakaś forma wyprzedaży przedświątecznej?), bo przecież kalendarze adwentowe mają tylko 24 okienka. I obowiązkowo w każdym okienku musi być czekoladka.
  • Jeśli nie masz kalendarza z czekoladkami w domu to jesteś Inny i się nie znasz.
  • 6 grudnia dzieci odwiedza Mikołaj - broń Boże jakiś święty! Mikołaj bynajmniej nie zostawia słodyczy czy drobiazgów w bucie czy pod poduszką. Mikołaj przynosi wieeelllkkkiiieee prezenty, które potem rodzic fotografuje i wrzuca na naszą-klasę (z dzieckiem w tle, oczywiście). Jeśli Mikołaj nie przyniósł Tobie prezentu od rana to... jesteś Inny i masz rodziców do d...
  • Szanujący się rodzic do ostatniej chwili nie wie, co ma kupić dziecku pod choinkę i w owej ostatniej chwili spędza w supermarkecie upojną noc kupując to, co aktualnie jest w modzie. Co więcej, szanujący się rodzic z oburzeniem reaguje na myśl o "liście do Gwiazdora (czy jak go tam zwiecie)", bo przecież 1) dziecko nie powinno mieć fanaberii i nie można dziecka rozpieszczać, 2) "jak się gówniarz zacznie rozpisywać, to mi pół sklepu wypisze".
  • Wigilia jest tylko obiadem wydawanym o późnej godzinie i swoistą uwerturą do prezentów, które przynosi Gwiazdor (czy jak go tam zwiecie). 
  • Gwiazdor musi obowiązkowo stawić się w domu osobiście, obowiązkowo mieć rózgę i obowiązkowo odpytać zebranych ze znajomości wierszyków, piosenek, pacierza (sic!) oraz przeanalizować, kto był grzeczny, a kto nie. Jeśli nie chcesz "żywego Gwiazdora" to jesteś Inny i się nie znasz.
  • Choinkę należy ubrać jak najwcześniej (nawet dwa tygodnie przed świętami), żeby się móc wczuć w klimat świąteczny - przecież tak pięknie pachnie...
Rzeczywistość potrafi człowieka zaskoczyć. I nie jest ważne czy masz lat 4 czy 30, dostając taką "prawdą świąteczną" w twarz (zaczynasz się zastanawiać, na ile jesteś "normalny" i na ile pasujesz do otoczenia.
Doszłyśmy z porankową Glorią Starszą, że jesteśmy Inne, ale nam z tym dobrze, nawet jeśli u nas:
  • Adwent zaczął się już w listopadzie, 
  • zamiast kalendarza z czekoladkami mamy "takie śmieszne coś na ścianie" (gdzie od rana młode znajdują drobiazg typu soczek, deser Paula, guma do żucia czy drobna zabawka) oraz papierową świeczkę-kalendarz, którą młode obcinają każdego wieczora przed pójściem spać na znak skończonego dnia oczekiwania na urodziny Pana Jezusa,
  • 6 grudnia w bucie znaleźliśmy wyłącznie czekoladki,
  • Porankowe Panny już dawno napisały list do Gwiazdora i teraz bardzo cierpliwie czekają, czy Gwiazdor im przyniesie upragnione zabawki ("a jak nie przyniesie to się nic nie stanie, mamo, poczekam trochę dłużej i w końcu przyniesie, bo przecież w reklamie powiedzieli, że marzenia się spełniają" - cytat z Porankowej Glorii Starszej),
  • zaplanowaliśmy tak dobrze rozmowy z Gwiazdorem, że w pierwszym tygodniu grudnia nasz domowy Gwiazdor usiadł i zaczął odpoczywać, bo już nic mu do roboty nie zostało,
  • Wigilia jest... Wigilią i nie przychodzi nam do głowy zamienić jej w obiad, gdzie będziemy serwować kurczaka czy sushi,
  • Gwiazdor nigdy nie przychodzi osobiście,
  • choinkę ubieramy najwcześniej wieczorem, dzień przed Wigilią.
No, o ile choinkę w tym roku uda nam się kupić, bo wyobraźcie sobie, że jakiś lokalny Grinch zgłosił Straży Miejskiej swój sprzeciw na otworzenie niedaleko nas punktu z choinkami - takiego punktu, który dosłownie stał się już naszą lokalną atrakcją. No i choinek nie ma. W całej okolicy!

13 grudnia 2010

lokalnie

Pogoda w niedzielne popołudnie - ta obserwowana z perspektywy ciepełka domowego - nie zachęcała do wystawienia nosa nawet na balkon. Ciemno, wietrznie, śnieżnie z dodatkiem deszczu, temperatura w okolicach 0... Porankowy Wuj D. nawet nie chciał słyszeć o tym, żeby się z nami wybrać "do miasta". I niech żałuje! Niech żałują także ci, co to nie chcą korzystać z atrakcji, jakie serwuje nam nasze miasto.

Było ciemno, fakt. Wszak godzina 18:00 w grudniowy dzień to środek "nocy". Było trochę wietrznie, fakt. Ale przy temperaturze 0 i pięknie padającym białym śniegu, w atmosferze wprost bajeczno-świątecznej, wśród zapachu grzanego wina, kiełbasek z grilla i bigosu, otoczony pięknymi świątecznymi dźwiękami kolęd i piosenek sezonowych, człowiek czuł się jak na planie hollywoodzkiej produkcji typu "Żona pastora".

No a jeśli do tego dodać rewelacyjne rzeźby z lodu - już wykończone i pięknie podświetlone - do szczęścia nie potrzeba nic więcej. No, może tylko możliwości wypicia tego grzańca na dworze, ale niestety - rodzic z dwójką maluchów musi być odpowiedzialny i opiekując się maluchami alkoholu spożywać nie powinien.

Foto-relacja poniżej.




okaleczony Littlest Pet Shop




Porankowa Mama: Gloria, co się stało z uszami Pet Shopa?
Gloria Starsza: Urwałam, bo się przez drzwi do zamku nie mieścił. A teraz wchodzi.


Nie skomentuję... Zamieszczę ino zdjęcie Littlest Pet Shopa bez uszu...

6 grudnia 2010

doradź nam ktoś...


To nie mgła. To nie śnieg. To dym. Dym z komina "sąsiada", który diabli wiedzą czym pali w piecu.
Raz na kilka dni okolicę przykrywa białożółty, śmierdzący, gęsty dym.
Ponoć ów sąsiad miał już nałożoną karę 500zł jakiś czas temu. Jak jednak widać, nic sobie z tego nie zrobił, bo dym jak był tak jest.

Bezradni zatem pytamy, bo może ktoś z Czytelników jest mądry w tym temacie: co zrobić z takim sąsiadem? Gdzie go "zgłosić", do kogo udać się na skargę?
Oczywiście pomijamy wszelakie czynności zabronione oraz zawołanie programu Uwaga (choć ten pomysł - drugi, rzecz jasna - już się pojawił na Radzie Wspólnoty)...
A więc, doradź nam ktoś, zanim sprawą zajmie się Erin Brokovich!

28 listopada 2010

no to zaczynamy...


Pierwsza niedziela Adwentu.

Nasz wieniec adwentowy zrobił nam psikusa i nie pomieścił świeczek, które kupiliśmy. W życie został wprowadzony więc Plan B, którego efekt widać na zdjęciu.
Teraz tylko modlić się, żeby nam te piórka z dymem nie poszły ;)

A póki co: Apsik! i to tyle.
No może poza tym:


Zgaduj zgadula, kto - a raczej: co - to jest?

24 listopada 2010

polityczna niedziela

Parafrazując Lemura: mamy dowody osobiste i nie zawahaliśmy się ich użyć w minioną niedzielę!

Tak, możecie być z nas dumni - należymy do tej części społeczeństwa, która w niedzielę stoczyła walkę z trzema kartami wyborczymi. Dosłownie walkę, bo rozmiary kart przekroczyły nasze oczekiwania, podobnie jak liczba komitetów wyborczych i nazwisk, które na tych kartach były wydrukowane. I właśnie z powodu tych komitetów i nazwisk mam „kaca moralnego”. Bo trudno powiedzieć, że wybieraliśmy w pełni świadomie. Z powodu marnej kampanii wyborczej w naszym rejonie, zmuszeni byliśmy wybierać według klucza „ugrupowanie X, a reszta to wynik przypadku”. I nie jesteśmy z tego dumni.

Najmniejszy problem mieliśmy z wyborem prezydenta miasta. Kandydaci debatowali w telewizji, wypowiadali się w lokalnym radio, niektórzy spoglądali na nas z olbrzymich plakatów wyborczych. Trzech z nich pojawiło się nawet na ulotkach w naszej skrzynce pocztowej (choć tylko jeden wyraźnie „rzucił się w oczy”)! Normalnie, kampania pełną gębą. Spośród bodajże sześciu panów, którzy ubiegali się o prezydencki fotel, czterech z nich udało nam się „poznać” dzięki kampanii wyborczej. I spośród tych czterech w pełni świadomie wybraliśmy tego jednego.

Gorzej z wyborem kandydata na radnego w Radzie Miasta... Matko jedyna, karta wyborcza nas przygniotła, dosłownie. Zaskoczyło nas, że aż tylu kandydatów z tylu - niekiedy dziwnie brzmiących - ugrupowań ma ambicje zasiąść w fotelu sali sesyjnej. Zaskoczyło, bo większość z nazwisk na listach była nam zupełnie obca.
Jasne, można nam zarzucić, że nie spędzaliśmy godzin przed komputerem usiłując wydedukować nazwiska kandydatów. Ale czy na tym powinna polegać kampania, by wyborca musiał się gimnastykować, żeby w ogóle dowiedzieć się, kto jest kandydatem? Nie mówiąc o tym, że znalezienie programu wyborczego kandydatów graniczy z cudem. I ponownie: jasne, kandydat startujący z ugrupowania X podpisuje się pod programem ugrupowania X, ale przecież my nie głosujemy tylko na ugrupowanie. Wyborca głosuje na konkretnego Iksińskiego i ma prawo wiedzieć, czym Iksiński różni się od Ygrekowskiego - nie tylko w odniesieniu do wyglądu czy biografii (na marginesie: ludzie, jak można poważnie traktować kandydata, który w kilku miejscach ulotki przywołuje swoją żonę używając zdrobnienia jej imienia - przykładowo, zamiast Martyna nazywa ją Martynka, bądź co chwila powołuje się na autorytet własnego ojca?).
W trakcie trwania kampanii nasza skrzynka pocztowa była zarzucona ulotkami wyborczymi, to fakt. Problem w tym, że były to głównie ulotki wciąż tych samych kandydatów (nie wszystkich, warto podkreślić), wyłącznie z dwóch wiodących w kraju ugrupowań.
W tygodniu poprzedzającym wybory w skrzynce znalazł się okazały biuletyn wyborczy jednego z nich. Sęk w tym, że promował kandydatów, którzy... nie startowali w naszym okręgu wyborczym (o okręgach wyborczych nawet nie zacznę się rozpisywać, bo to była... masakra ;)
Jakim cudem udało się nam zatem wybrać kandydata? Wstyd się przyznać... Po pierwsze, spoglądała na mnie z ulotki miła i zabawna twarz. Przypomniała mi krasnoludka z błyskiem w oku. Poważnie. I to mnie urzekło.
Po drugie, kandydat zamieścił na ulotce program wyborczy, który nie ograniczał się do stwierdzeń „zwiększę wydatki na...”, czy „zainteresuję się...”. Ja też chciałabym zwiększyć wydatki na budowę metra i mogę zainteresować się historią Tybetu. Jestem wiarygodna?
Po trzecie, w króciutkim biogramie kandydat przedstawił kompetencje, które pozwalają przyjąć, że będzie wiedział, jak się zabrać za pewne sprawy.
Niestety, na wiedzy trzeba poprzestać, bo kandydat się nie dostał do Rady. Szkoda!

No i wybory do Sejmiku... Podsumujmy je tak: przyszedł wyborca na strzelnicę, wycelował dubeltówkę w ugrupowanie i strzelił. ANI JEDEN kandydat do Sejmiku nie raczył się nam, jako wyborcom, zaprezentować - zero ulotki, zero plakatu, zero jakiejkolwiek innej aktywności. Pozostawmy bez komentarza.

Wyniki wyborów są już powszechnie znane. W naszym mieście niewiele się zmieniło, choć zaskoczeniem dla obecnego prezydenta jest zapewne to, że 5 grudnia będzie musiał stanąć do wyścigu po raz drugi. Nie przeszedł w pierwszej turze. Z kolei w sali sesyjnej Urzędu Miasta zasiądzie wielu „sprawdzonych” już radnych. Trudno się dziwić - ludzie wybierają tych, których znają. Nawet, jeśli nie do końca akceptują ich poczynania. Nie jesteśmy społeczeństwem lubiącym ryzyko, a nie każdy ma tyle samozaparcia, co my i będzie poszukiwał informacji na własną rękę.

W obliczu kaca moralnego, jedno nas tylko cieszy: Porankowe Glorie, mimo młodego wieku, są bardziej świadome społecznie niż niejeden wyborca posiadający dowód. Uczestniczyły we wszystkich wyborach, które miały miejsce od chwili ich urodzenia. A niedzielne popołudnie spędziły dokładnie odgrywając scenki z lokalu wyborczego.
Teraz tylko trzeba popracować nad szczegółami, żeby nie było wpadek typu (z pełnym szacunkiem dla przytaczanych nazwisk i Urzędu):
- Mama, my głosujemy na prezydenta Kaczyńskiego?
- Nie kochanie, przecież wiesz, że prezydentem jest pan Komorowski.
- A faktycznie. Kaczyński to ten, co latał. Ale sobie nie polata, bo spadł, prawda?
I w takich chwilach rodzicowi-wykształciuchowi opadają ręce...

22 listopada 2010

antykwariat

Teściowa kazała zabrać książki z piwnicy. Pod groźbą wyrzucenia ich na śmietnik. Poważnie! I miała rację, trzeba przyznać, bo książki, które zostały schowane do piwnicy ponad 10 lat temu - mimo dość szczelnego opakowania w folię - zaczęły "zalatywać" wilgocią.
Teraz, dzięki Teściowej, mam w domu antykwariat. A w tym antykwariacie... perełki. Stare komiksy (Kajko i Kokosz, Asterix i Obelix, Tytus...), stare powieści dla dzieci i młodzieży, książki mojej młodości (pamięta ktoś Harlequin Teen Romance? hehehe...)... Młode ucieszone, bo jest z czego wybierać do czytania przed spaniem.



No i seria, którą dosłownie kochałam w wieku lat -nastu i którą przeczytałam z dobre -dziesiąt razy:


Wśród odzyskanych książek znalazła się i ta:


Przeczytaliśmy pierwszą bajkę w niej zawartą... 
Oto fragmenty:




- Mama, a dlaczego Krzyś robi Kłapouchemu krzywdę? - zapytało roztropnie dziecię lat prawie 4.
No właśnie, ktoś zna odpowiedź?
Nie lubię Puchatka! Książka znalazła się na Porankowym Indeksie!!!

A teraz czas na podsumowanie wyborów samorządowych - post się pisze.

13 listopada 2010

szczyt impertynencji

W dość burzliwych nastrojach wybyliśmy popołudniu na zakupy do pobliskiego supermarketu. Deszcz, kałuże, tłum kibiców idących na mecz i dwójka wyjących dzieci po drodze.
Stajemy przy kasie. Nawiązujemy z panią kasjerką luźną rozmowę i nagle słyszę z ust tejże kasjerki:
- To dzieci czy wnuki?
- Ekhm? Proszę? - pytam oszołomiona.
- To są pani dzieci czy wnuki? - powtarza kasjerka
- Eeee... dzieci - odpowiadam wpatrując się w nią z niedowierzaniem. Musiała zauważyć moje zdziwienie/oburzenie, bo szybko dodała:
- Pytam, bo na porodówce leżałam z babką, która rodziła mając 16 lat i jej matka też, więc w wieku 32 była babcią.
Jasne...

Po odejściu od kasy pytam Ślubnego:
- Czy ona właśnie uznała, że jestem babcią własnych dzieci?
- No wiesz - zaczyna Ślubny. - Zawsze powtarzam, że jak się złościsz to nie wyglądasz najkorzystniej.

Jeeeeeebbbbuuuddd.

W domu, jak na babcię przystało, wyjęłam pudło z przyborami do szycia i dla odreagowania uszyłam ręcznie suknię dla nowo nabytej Barbie. Suknia wg projektu Glorii Starszej, więc proszę podziwiać piórkowy kapelusz i skrzydełka jak u wróżki. Suknia czeka jeszcze na falbanki, które zostały wymyślone godzinę temu, a ja za diabła nie wiem, z czego je zrobić.





11 listopada 2010

w listopadowym obiektywie

Wszystkich Świętych w naszym obiektywie:


mecz Lecha Poznań z Polonią Warszawa w naszym obiektywie 
(stadion powinien być tam, gdzie ta wielka czarna plama):


Święto Niepodległości w naszym obiektywie
(żeby nie było, rogale z nadzieniem makowym, roboty własnej):

1 listopada 2010

Dyniek


To jest Dyniek.
Dyniek nie ma nic wspólnego z Halloween.
Dyniek został wyhodowany własnoręcznie przez Porankowe Glorie w celu przerobienia go na placek dyniowy, którym zajadał się bajkowy żółw Franklin.
Dyniek przerósł nasze oczekiwania - utył do 22kg. Był jednak tak przecudny, że postanowiłyśmy go ożywić. Wyszedł nam, prawda? Miałyśmy mega ubaw w piątek. "Dzień Dyńka" wejdzie chyba do naszej domowej tradycji.

Placek dyniowy (klasyczny pumpkin pie ) wyszedł... dziwny. Smaczny, choć konsystencja i kolor nie do końca przypominały to, co pokazują na zdjęciach w internecie.
Ciasto dyniowe (takie zwyczajne ciasto z blaszki, przypominające trochę marchwiaka) wyszło... z zakalcem. Takim mega mega zakalcem bez powodu. Ale było dobre.

A dzisiaj... dzisiaj w planie mamy pogaduchy na temat św. Elżbiety Portugalskiej i św. Urszuli, patronki Kolonii. Ot, Wszystkich Świętych.

A na marginesie rozmów o tradycji, co sądzicie o tym pomyśle: Holywins?

29 października 2010

telewizja

Postanowiliśmy przyspieszyć nieco internet. W oczekiwaniu na podłączenie w naszym rejonie internetu szerokopasmowego, podpisaliśmy "na pocieszenie" umowę na nową kablówkę - w pełni cyfrową, z pakietem nowych programów do wypróbowania w ciągu miesiąca. 
Umowę podpisaliśmy prawie trzy tygodnie temu. Pan konsultant uprzedził nas, że kurier z nowym, bardziej nowoczesnym dekoderem pojawi się w ciągu dwóch tygodni, a po podłączeniu owego dekodera możemy przez jeden dzień odbierać tylko kanały nadawane analogowo.
Zaczęliśmy odliczanie. 
Minął tydzień i nic. Drugi tydzień mijał. Nic. Dokładnie dwa tygodnie po wizycie konsultanta zadzwonił kurier. Zmieścił się w terminie, na styk, więc nie wściekaliśmy się bardzo. Tylko troszeczkę...

Kurier wręczył nam nowy dekoder, paczkę kabli i uprzedził, że on tylko doręcza i nie mamy nawet myśleć o tym, żeby nam coś podłączył. Podobnie jak konsultant, uprzedził, że przez dzień możemy mieć odbiór tylko analogowy. Wymieniliśmy z nim kilka dziwnych, mało znaczących zdań, podpisaliśmy protokół oddania i odbioru urządzenia i zamknęliśmy za panem drzwi. Ślubny podłączył dekoder w pół godziny i zaczęliśmy odliczanie. To był poniedziałek.
Minął dzień. Telewizji cyfrowej ani widu ani słychu. Co gorsza, kanałów analogowych też ani widu ani słychu. Ślubny chwycił więc o godzinie 20:30 za telefon i połączył się z tzw. call center. To, co usłyszał spowodowało, że zaczęliśmy się wściekać trochę bardziej niż troszeczkę.


Po pierwsze, pani z call center stwierdziła, że nie ma w bazie odnotowanego faktu zmiany dekodera i że być może dopiero po 21:00 nowe dekodery, w tym nasz, będą do bazy wpisywane.
Po drugie, pani z call center stwierdziła, że od momentu wpisania dekodera do bazy do uruchomienia przesyłu cyfrowego mogą minąć... 2 dni (!).
Po trzecie, pani z call center stwierdziła, że może mamy za dobry telewizor i dlatego nie odbiera on kanałów analogowych.
Prócz innego podłączenia kabli, pani z call center nic nie zaleciła.
A w nas bulgotało.


Ślubny podłączył inaczej kable, spędził upojną godzinę grzebiąc w telewizorze w poszukiwaniu kanałów analogowych (znalazł, żeby nie było) i zaczął odliczanie. To był wtorek.
W środę na ekranie telewizora zamiast programów cyfrowych widzieliśmy napis "brak dostępu".
W czwartek - bez zmian. Nadal "brak dostępu".
W piątek od rana to samo. O 14:00 nie wytrzymałam i sama chwyciłam za słuchawkę, żeby połączyć się z panią z call center.
- Kiedy został podłączony dekoder? - zapytała uprzejmie pani od spraw technicznych.
- W poniedziałek wieczorem.
- W poniedziałek, tak to mamy wtorek, środę, czwartek... - zaczęła odliczać pani od spraw technicznych.
- Tak, i piątek dzisiaj - pomogłam wrząc w środku. - A telewizji cyfrowej nadal nie ma.
- A być powinna. Bo mam odnotowane, że... - tu pauza - jest aktywowana.
- A, czyli co dalej? - zapytałam
- Sugeruję przywrócić ustawienia fabryczne dekodera i poczekać od 30 minut do godziny, kanały powinny się pojawiać stopniowo.
Przekazałam wieści Ślubnemu. Chwycił za pilota, włączył telewizor i... naszym oczom ukazał się program cyfrowy.

O ile zakład, że pani z call center aktywowała cyfrowe nadawanie w chwili, gdy z nią rozmawiałam?
Ech... Ważne, że młoda ma wreszcie swoją Penelopę K. na ekranie... Choć aż strach pomyśleć, co to będzie przy zmianie modemu... 

28 października 2010

czerwony autobus

Pan Bóg kazał się dzielić. Jest to jedno z pierwszych prawideł rządzących naszym światem, które do perfekcji opanowała Gloria Starsza - szczególnie w sytuacji, gdy dostrzega niesprawiedliwość społeczną przejawiającą się w tym, że jej siostra ma coś, czego ona nie ma.
- Ulka, Pan Bóg kazał się dzielić, ja nie mam. Proszę, daj mi kawałek (ciastka, czekoladki, cukierka, ciastoliny, misia czy innej zabawki). O dziwo, dziecię zawsze dostaje to, czego chce...

Ostatnio przyszło nam ćwiczyć to dzielenie się w kontakcie z innymi. I muszę przyznać, że z dzieci mogę być dumna.
Nasze drzwi wejściowe mają chyba jakieś niewidoczne oznakowanie nakazujące potrzebującym pukać właśnie do nas. I to nie byle jakim potrzebującym.
- Dzień dobry, czy mogłaby mi pani pomóc? Mam w domu dwumiesięczne bliźniaki. Potrzebuję dla nich jedzenia - uśmiechnęła się smutno kobieta stojąca za drzwiami. Znana mi z widzenia, tak na marginesie.
- Dwumiesięczne to jeszcze mało jedzą. Nie wiem, czy mam w domu coś takiego.
- Potrzebuję Nutramigen 1 (to rodzaj mleka w proszku - przyp. aut.)). Bo one są uczulone.
Pani zdecydowanie i wyłącznie była zainteresowana pozyskaniem Nutramigenu.

Kilka dni później do drzwi zapukała kolejna pani. Tym razem w towarzystwie... dziecka - chłopca, na oko 5 lat. Pani również bardzo uprzejmie, nie narzucając się poprosiła o jedzenie.
- Jasne, niech pomyślę, co mogę pani dać - odparłam analizując zapasy domowe.
- Tylko musi być bezglutenowe i mieć dużo węglowodanów - dorzuciła pani.
- ??? - w duchu, poważnie, po raz pierwszy w życiu zaklęłam na myśl o pomocy potrzebującym i sama siebie pytałam, czy na drzwiach mam napisane "sklep z żywnością specjalistyczną"...
- A proszę pani, a czy ma pani jakąś zabawkę - cicho zapytał chłopiec i wlepił swoje oczy w moje dzieci. - Jakieś autko...
- Nie wiem kochanie, czy mamy autko w domu. Widzisz, że tu są dwie dziewczynki. Ale poszukam. Może jakiś misiek się znajdzie, co? - pluszaki zalegające w siatce "na wydanie" zaczęły z radości podskakiwać w szafie.
- On nie może, on jest uczulony na roztocza - zgasiła radość pani za drzwiami.

I wtedy moje dzieci przeszły same siebie, bo Gloria Młodsza poleciała do pokoju i wygrzebała spod góry klocków czerwony drewniany autobus. Gloria Starsza autobus przejęła i pokazały chłopcu.
- Chcesz?
- Tak! - i chłopiec odjechał autobusem w siną dal zanim zdążyłam mrugnąć okiem.
- Pan Bóg kazał się dzielić, prawda? - zapytała czterolatka, po czym dodała - ale on mi to zaraz odda, prawda?
I potem mieliśmy pięć minut lamentu nad czerwonym autobusem, który okazał się nagle wyjątkowo ważny. Ale po pięciu minutach dziecko doszło do wniosku, że chłopiec się będzie z autobusu cieszył. I przeszło nad tym do porządku dziennego.

Jak Boga kocham, jak zobaczę gdzieś taki sam czerwony autobus to go kupię. Na pamiątkę.

A drzwi póki co przestałam otwierać. Bo boję się, że pewnego dnia zobaczę za nimi kolejkę ludzi z potrzebami wszelakimi... W tej chwili mnie to przerasta...

18 października 2010

wizja przyszłości

- Chciałbym być kosmonautą i fruwać na Marsa - stwierdziła przed snem Porankowa Gloria Starsza, lat prawie cztery.
- Będziesz musiała być bardzo zdrowa i umieć dobrze matematykę - odrzekłam.
- No przecież biorę antybiotyk, to jestem zdrowa, prawda? Ale nie wiem, co to jest matematyka - stwierdziła po chwili namysłu przyszła kosmonautka.
- No fakt... - musiałam jej przyznać rację. - Matematyka to liczenie, musisz umieć dobrze liczyć.
- No... przecież umiem: one, two, three - i tu przeliczyła do dziesięciu po angielsku, potem przeliczyła do dziesięciu po hiszpańsku i na koniec w języku ojczystym.
- No... fakt, ale musisz jeszcze umieć dodawać i odejmować - powiedziałam zbita z tropu.
- Jak Uli zabiorę cukierka to nie będzie miała nic. To jest matematyka?

Musiałam jej przyznać rację i zgodzić się na to, by marzyła o karierze kosmonauty.

- Ula, a ty kim chcesz być? - zapytała Gloria Starsza Glorię Młodszą, lat nieco ponad dwa.
- Toń (tłum: koń) - odrzekła młodsza.
- Chcesz być koniem? Ale musiałabyś robić ihaha - stwierdziła przyszła kosmonautka.
- Ihaha! - rozległo się z łóżka obok.
- No... i musiałabyś mieć kopytka, żeby nimi machać.
Gloria młodsza spojrzała smętnie na swoje nogi.
- Nie ma - rzekła.
- Nie martw się, bierzesz antybiotyk - rzekła starsza.

Za kilkanaście lat będę dostawać maile z Marsa... Od obu...

10 września 2010

karuzela rodem z Alternatyw

Choć za oknem pogoda iście jesienna, w porankowym domu - od dziś wprawdzie zakatarzonym - nastroje rodem z Alternatyw. We wtorek było comiesięczne zebranie Rady Wspólnoty, na które z własnej i nieprzymuszonej woli oddelegowałam się sama.

Wtrącić w tym miejscu należy, że szanowny Ślubny vel Porankowy Tata w roli członka Rady Wspólnoty wytrzymał zaledwie pół roku, po czym się poddał. Jak to powiada pewien znajomy, pewnych rzeczy nie da się ani przeskoczyć ani obejść dookoła... Ślubny wysiadł więc z wesołej karuzeli i o uczestnictwie w zebraniach raczej słyszeć już nie chce.

W każdym razie, uzbrojona w nieodzowny atrybut porankowego domu: rodzinny kalendarz - skarbnicę wiedzy i plotek wszelakich, we wtorkowy wieczór o godzinie 20 zeszłam do piwnicy. Ów kalendarz potrzebny był w celu udowodnienia, w jakie dni i o której godzinie były przerwy w dostawie prądu i ciepłej wody.

I tu kolejne wtrącenie i wyjaśnienie zarazem. Proszę sobie wyobrazić, że od prawie dwóch lat raz na jakiś czas (głównie w weekendy oraz tuż przed różnymi świętami) prąd w porankowym domu "sobie pstryka". Jest i go nie ma. Z częstotliwością dwa razy na minutę powtórzyć razy 4 czasem 5 (dzisiaj naliczyliśmy łącznie 14 pstryknięć!). Energetyka uparcie twierdzi, że to nie ich wina, urządzenie monitorujące dostawy prądu, które to urządzenie założono w bloku na tydzień, nic nie wykazało. A prąd "sobie pstryka" psując sprzęty RTV AGD i zmuszając mieszkańców do nadprogramowych wydatków typu zakup UPSa, czy jak to tam się zwie.
Jeśli zaś chodzi o wodę to od jakiegoś bliżej nieokreślonego czasu po godzinie 22 można zapomnieć o ciepłej wodzie w kranie. Nie codziennie, ale na tyle często, żeby budziło to frustrację. Szczególnie, że brak ciepłej wody odbywa się nagle. Przykładowo, sąsiadka uraczyła nas opowieścią o tym, jak zmarznięta nalała sobie wannę gorącej wody (sprawdziła zanim nalała, czy woda rzeczywiście jest ciepła), wskoczyła do niej i z wrzaskiem na ustach wyskoczyła, bo woda okazała się być lodowata.

Wracając zatem do zebrania. Trzeba przyznać, że zapewne po raz pierwszy uczestnicy zebrania rzeczywiście dyskutowali na ważne tematy, w tym także na temat braków prądu i wody i doszli do konkretnych wniosków. Ale nie to jest tu istotne. Istotne jest, że dyskusję "umilał" pokaz filmowy. Dokładnie rzecz biorąc zapis z kamer monitoringu... Jeden i ten sam fragment nagrania powtarzany w kółko przez prawie 2 godziny... Zastanawiacie się, cóż tak interesującego było nagrane? Proszę, odpowiedź: kupa, a konkretnie pan robiący kupę na naszej klatce schodowej tuż pod okiem kamery. Na całe szczęście "kluczowego" momentu nie było widać...
- No i co, poznaje go ktoś? - dopytywał Pan Mucha co chwila. Niestety, jak na złość delikwenta nikt rozpoznać nie chciał.
Pan kuca, pan wstaje (wystosowany został list do energetyki) pan kuca, pan wstaje (brak wody jest dokuczliwy, musi pan przyznać!) pan kuca, pan wstaje (jeśli pan nie przestanie kłamać to pan zaraz na tu nazwa cmentarza się przeprowadzi!) pan kuca, pan wstaje (a wtedy cały cmentarz zmartwychwstanie pod pana rządami, bo nawet umarlaki nie wytrzymają!) i tak dalej, i tak dalej, a pan z łysą głową ubrany w elegancki sweter w biało błękitne paski kucał i wstawał i spodnie zapinał...
Ciekawe jak długo ja wytrzymam w tej karuzeli?

No, przyznajcie sami, Alternatywy pełną gębą, nie?

2 września 2010

teoria małpy

W encyklopedii dla dzieci jest zdjęcie goryla - format A4, wyraźne, cała twarz na stronie. Goryl oglądany by ł już wiele razy, ale dopiero niedawno Porankowa Gloria starsza przyjrzała mu się uważnie.
- Hmmm... Ta małpa ma ciało. I ma kciuk. I oczy, i buzię i nos. Myślę, że ta małpa przebrała się za ludzia.
(po chwili zastanowienia)
- Hmm... chyba, że to ludź przebrał się za małpę...

Nic dodać nic ująć. Filozofia trzylatka jest powalająca.

Na dziś to tyle.

28 sierpnia 2010

odgórne kalendarium

Porankowe życie wbrew pozorom jest bardzo przewidywalne.
Rytm dnia wyznaczają codziennie ciężarówka z dostawą do Biedronki (godzina +- 7:30) i kościelne kuranty (w południe, o 15:00, 18:00 i 21:00).
13 dnia każdego miesiąca między godziną 21:50 a 21:59 za oknami dudnią trąbki i rozlega się donośne Ave, Ave, Ave Maria!. Procesja.
Co rok, w połowie sierpnia w porze obiadowej dzwoni starsza pani prosząc do telefonu Halinę. Na nic zdają się tłumaczenia, że Halina tu nie mieszka. Starsza pani wie swoje.

Jak się niedawno okazało, do kalendarza należy wpisać także sąsiedzką imprezę urodzinową, bowiem w nocy z 26 na 27 sierpnia sąsiedzi piętro wyżej hucznie balują. Podejrzewamy, że sąsiedzi są w naszym wieku, bo zaserwowali nam koncert, który - nie licząc późnej pory zakończenia, o 4 nad ranem - nawet się nam podobał. Nie było to "umpa umpa" bez ładu i składu, lecz "klasyczne" kawałki lat 80 i 90, które goście z zapałem śpiewali na całe gardło (ach, ten orła cień na balkonie...). Brakowało nam tylko Roxette i DrAlbana... O północy ryknęli chóralnie Sto lat! i przerzucili się na Makumbę. Koło 2:00 towarzystwo trochę zaniemogło i z głośników ustawionych na nieco niższy regulator popłynęły senne ballady, które uśpiły nawet obudzoną bez powodu Glorię Młodszą.

Teoretycznie, jako rodzice dzieci poniżej 4 roku życia powinniśmy udać się do sąsiadów po godzinie 22:00 i uprzejmie poprosić o wyciszenie zabawy. Dzieci nam jednak usnęły bez problemów (ku naszemu zaskoczeniu), a nam muzyka przypadła do gustu i urozmaiciła wieczór. Od rana rozważałam nawet wrzucenie do skrzynki na listy sąsiadów kartki urodzinowej. W kalendarzu data sąsiedzkich urodzin jest już zanotowana - za rok może kupimy szampana i będziemy z sąsiadami świętować?

11 sierpnia 2010

porankowa artystyczna dusza

Widzi każdy papugę? Papugę en face narysowała trzylatka. 
Żeby nie było - nie "z głowy". 
Patrzyła na jakąś bajkę i tak sobie rysowała to, co widzi.
Artystyczna dusza przewija się nie tylko w rysowaniu na znikopisie.
Przykłady poniżej:

Kto powiedział, że malować palcami można tylko na papierze?
Choć trzeba przyznać, że akcja "malowanie na lustrze" trochę nam się wymknęła spod kontroli...
... bo nie tylko lustro zostało pomalowane.
Ciasteczka owsiane nie muszą być nudne!
Obiady tęż mogą być artystyczne: tu wersja dla "groszkowych niejadków" (ze szpinakiem też się sprawdza).
A wszystko przez literkową zupę - kto nie widział bajki "Marta mówi" nie wie zapewne, o co chodzi...

2 sierpnia 2010

powrót pana X

Widok policjanta na ulicy nikogo nie dziwi. Snuje się taki smętnie między blokami, niby pilnując porządku, rzeczywiście plotkując z partnerem, z którym przyszło mu pełnić służbę danego dnia. Nie wiem, co by się musiało stać, by przygodny przechodzień zwrócił na takiego policjanta uwagę. Można rzec, że patrole policyjne wkomponowały się na dobre w nasz krajobraz.

Czym innym jest jednak policjant w pełnym umundurowaniu - szary garnitur, czapka i te sprawy. Nie powinno więc dziwić, że tak ubrany stróż prawa przykuł moją uwagę. Sprężystym krokiem minął nas na ulicy nieopodal naszego domu, pod pachą miał notatnik w skórzanej oprawie i wyglądał na zmęczonego. Szedł sam. I to było najdziwniejsze.
- Dlaczego ja mam wrażenie, że pan policjant śmiga do nas? - zapytałam Porankowego Tatę vel Ślubnego, który (jak na przygodnego przechodnia przystało) policjanta tylko zmierzył wzrokiem i - kolokwialnie acz dosadnie ujmując - olał traktując jak element wystroju otoczenia. W tym samym czasie Pan Policjant (zróbmy z niego pełnoprawnego bohatera opowieści) kluczył w poszukiwaniu bramy, która pozwoliłaby mu przejść przez płot otaczający teren porankowej posiadłości (nówka sztuka! ogrodzili nas kutą  bramą - czuję się jak w Dynastii, poważnie!). Bramę znalazł i zniknął w drzwiach naszego bloku...

Gdy kwadrans później, wracając z apteki, do której udałam się sama - bez obstawy dziecięco-mężowskiej - otworzyłam drzwi swojego mieszkania nie zdziwiło mnie wielce, że na kanapie, tuż obok Ślubnego, siedzi ów Pan Policjant. Kobieca intuicja górą!
- Poważnie, pan do nas? - z uśmiechem na ustach krzyknęłam od progu.
- Wyobraź sobie, że pan w sprawie pana X - skomentował Ślubny, a Pan Policjant z nieco głupawą miną patrzył na mnie.
- Pięknie. No to, co chce pan wiedzieć?
Okazało się, że Pan Policjant chce wiedzieć wszystko. Ku naszemu zaskoczeniu był totalnie "zielony" jeśli chodzi o nasze perypetie z panem X. Wróciliśmy więc do początku, co po trzech latach ciszy wcale takie proste nie jest. Miałam wrażenie, że Pan Policjant z każdym naszym słowem robił coraz większe oczy. Jego mały notesik zapełniał się w tempie błyskawicznym, gdy opowiadaliśmy mu o naszych wizytach w urzędzie skarbowym, w Wydziale Spraw Gospodarczych Urzędu Miasta, na komendzie, gdy opowiadaliśmy o wizycie grupy interwencyjnej... Normalnie, trafił chłop na sprawę swego życia! Tylko trupa w tym wszystkim brakuje. Tfu, tfu...
- Muszę przyznać, że jestem ubawiona pana wizytą - stwierdziłam kończąc opowieść wprawiając tym samym Pana Policjanta w osłupienie.
- Będziesz miała temat na bloga - skwitował odruchowo Ślubny, czym spowodował, że Pan Policjant zrobił wielkie oczy.
- E tam - musiałam ratować sytuację, bo jeszcze władza pomyśli, że współpracuję z przestępcą ;) - dobrze znać swojego policjanta na terenie, a dzięki panu X kontakt z Komendą mamy zapewniony. To co dalej, panie władzo?
Pan Policjant zrobił minę i rzekł: ja mogę obiecać, że państwa nachodzić w tej sprawie już nie będę, ale nie mogę obiecać, że koledzy z komendy się interesować nie będą. Macie państwo szczęście, że pan X nie był właścicielem tego mieszkania ani nie był w nim zameldowany... - zakończył, a nam się zrobiło gorąco.
Na wszelki wypadek akt notarialny i wszelakie dokumenty trzymam przy drzwiach wejściowych. Bo podejrzewam, że niedługo znowu spotkamy się z grupą interwencyjną...

A jeśli tak się stanie, wtedy to atmosfera będzie rodem z Chmielewskiej i braku "trupów" obiecać nie mogę ;)






25 lipca 2010

sposób na pogodę

Pan Bóg zafundował nam w tym roku egzotyczne wakacje. Za darmo.
Najpierw odwiedziliśmy Saharę - temperatury przekraczające ludzkie pojęcie przy wilgotności bliskiej zeru. Potem tropiki - lasy deszczowe przy tym, co mieliśmy u nas kilka dni temu, to pryszcz. Następnie przyszedł czas na doświadczenia monsunowe. Na a teraz, teraz wróciliśmy do domu: w ciągu 48 godzin przeskoczyliśmy z temperatury +36 na +19... No, czego chcieć więcej?

Kto ma dzieci ten wie, że opisana wyżej "wyprawa" z maluchami nie jest łatwa. Po pierwsze, dzieci w taką pogodę nie śpią, są wyjątkowo marudne, zmęczone i trudno je czymś zadowolić. Po drugie, dzieci w taką pogodę mało jedzą, a jak już jedzą - chcą rzeczy, których nie powinny (tzn. mało wartościowe, słodkie i wymagające roboty, której to roboty w upale dorosły podjąć się nie ma ochoty, np. naleśniki). Po trzecie, dzieci trudno zmusić do picia dużych ilości płynów, o wodzie nawet nie wspominajmy. Po czwarte, dzieci mimo upałów mają masę energii i nie rozumieją, dlaczego nie można wyjść na pełen słońca plac zabaw.
Pojawia się więc pytanie, jak sobie poradzić z maluchami w tak egzotycznych warunkach? Proszę bardzo - oto porankowy przepis.
Spanie: skoro dzieci spać nie chcą to skracamy popołudniową drzemkę do koniecznego minimum na rzecz dłuższego spania w nocy, a drzemkę urozmaicamy mokrymi ręcznikami położonymi na czole. Do kolacji obowiązkowo herbatka z melisy, tudzież herbatka "Święty Spokój" z Krakowskiego Kredensu ;)
Jedzenie: podstawowa zasada to przemycanie. Przemycamy to, co dziecko "powinno" w tym, co dziecko "chce". Galaretka? Proszę bardzo, ale z sokiem owocowym i owocami w środku, a na to posypka z orzechów (kompromisem będzie bita śmietana, bo bez niej galaretka i orzechy się "nie lubią"). Ciastka? Ależ oczywiście, ale te pieczone w domu z maksymalną ilością nasion, płatków owsianych, rodzynek i innych "dóbr". Naleśniki? Jasne, można upiec (dodając do ciasta otręby) o nieludzko wczesnej porze - żeby zdążyć przed upałem - a potem wystawić na stół z całym arsenałem dodatków, od dżemów przez owoce, sery, wędlinę i tym podobne. Nic nie spowoduje większego apetytu u dziecka niż możliwość samodzielnego przygotowania posiłku. I nie chodzi tu wyłącznie o łatwe posiłki. Fenomenalnie sprawdził się nadziewany kurczak (przepis prościutki, nadzienie z jabłek i rodzynek) podany z gotowanym kalafiorem i ziemniakami z piekarnika - młode uczestniczyły w przygotowaniach na każdym etapie, a potem, mimo 36 stopniowego upału, zajadały z takim zacięciem, że ledwie dla Porankowego Taty starczyło!
Jeśli chodzi o jedzenie to ważne jest nie tylko co się je, ale także jak się to je. W upalne dni zatem, gdy rankiem jeszcze można było na dworze wytrzymać, organizowałyśmy sobie śniadania na trawie w wersji city. Wersja city oznacza: materac na balkonie, elegancka serwetka, full wypas "kosz piknikowy" i obowiązkowo słomki do napojów.
Picie: tu zasada podobna jak przy jedzeniu - przemycamy i mataczymy. W granicach dozwolonych prawem, oczywiście :) Dziecko dostaje drgawek na sam dźwięk słowa: kompot? Proszę bardzo, robimy gęsty kompot z jabłek z miętą, dodajemy wanilii czy cynamonu i podajemy w szklanym dzbanku z dużą ilością lodu. Nazywamy to cudo poncz i wręczamy dziecku filiżankę. Voila, taki prosty przekręt a poncz vel kompot znika z dzbanka z prędkością światła.
Zabawa: nawet w upalny dzień w środku wielkiego miasta można rozładować energię dziecka bez wychodzenia z domu - wystarczy zapakować koło do pływania, rękawki do pływania i maskę (plus dodatkowo furę ręczników) i wywędrować do... łazienki na kąpiel w pianie połączoną z poszukiwaniem skarbów pod wodą. Proste? Proste.

Fala upałów za nami i nie wiem, czy - a jeżeli tak, to kiedy - wróci. Szczerze, mimo radosnego opisu powyżej, wolałabym, by jednak lato było bardziej przyjazne - bez urozmaiceń, zwyczajne +25, słoneczko i lekki wiaterek, żeby i nad jezioro można było wyskoczyć i do piaskownicy z dzieciakami zejść... Bo jakby na to nie spojrzeć, nie tylko dzieci w czasie upałów są marudne i zmęczone. Ale nam nikt nie zapewni programu na przetrwanie...

23 lipca 2010

Bilans. I kropka.

Rodzic dwulatka zobowiązany jest przyprowadzić dziecko do lekarza pediatry na tzw. bilans. Lekarz z kolei zobowiązany jest owego przyprowadzonego dwulatka zmierzyć, zważyć, obejrzeć wszerz i wzdłuż i ocenić, czy dziecko rozwija się prawidłowo.

Jako że Porankowa Panieneczka vel Gloria Młodsza dwa tygodnie temu zdmuchnęła swoje dwie świeczki na torcie, postanowiłam umówić dziecko na wizytę. Chcąc złapać dwie sroki za jeden ogon, chciałam równocześnie umówić na wizytę Porankową Panienkę, która lekarza pediatrę widuje okazjonalnie (głównie zimą), do swojego bilansu ma jeszcze dobre pół roku, a przydałoby się z panią dokor obgadać parę spraw jej dotyczących.

Zazwyczaj telefony do przychodni to niezła operacja logistyczna. Szczególnie wtedy, gdy trzeba umówić wizytę na tzw. stronie chorej. Z zegarkiem w ręku, chwilę przed godziną 8:00 (bądź 12:00 zależnie od dnia tygodnia, a zarazem dnia pracy lekarza) trzeba wykręcić numer, by punkt godzina 8:00 (bądź 12:00) nadusić na telefonie guzik: dzwoń. Przy dobrych wiatrach względnie uprzejma pielęgniarka odbierze telefon po 5 sygnałach. Jeśli się ma pecha, można bezskutecznie wisieć na telefonie nawet godzinę.

Całe szczęście, że bilans wykonuje się na tzw. stronie zdrowej. Telefonując w sprawie bilansu trzeba jedynie pamiętać, by nie dzwonić w "godzinie szczytu" (czyli wtedy, gdy matki umawiają chore dzieci na wizytę).

Mając na uwadze powyższe, wykręciłam numer przychodni i po dosłownie dwóch sygnałach połączyłam się - o dziwo! - z miłą pielęgniarką. Po standardowej wymianie zdań dowiedziałam się, że bilans dwulatka jak najbardziej mogę umówić, ale na wrzesień, bo w wakacje bilansów się nie wykonuje. Szczegół, że we wrześniu wynik bilansu będzie nieco przekłamany, bo w ciągu dwóch miesięcy Gloria Młodsza może przybrać na wadze kilka kilogramów, wyskoczyć w górę ze wzrostem i nauczyć się mówić. Takie są zwyczaje w przychodni i kropka, młoda ma pecha, że urodziła się w lipcu.

Co się zaś tyczy wizyty Porankowej Panienki... miła pani całkiem poważnie stwierdziła, że wszelakie kwestie wymagające obgadania z lekarzem, a które to kwestie nie są związane z bilansem, szczepieniem tudzież wizytą patronażową należy umawiać... po stronie chorej.

- Przyjdzie pani z córką normalnie, na stronę chorą i się pani z lekarzem spotka.

Na nic się zdało tłumaczenie, że młoda jest zdrowa, że chodzi wyłącznie o konsultację i że pomysł z wizytą w poczekalni pełnej chorych ludzi (nie tytlko dzieci, wbrew pozorom) jest delikatnie mówiąc chory sam w sobie. Takie są zwyczaje w przychodni i kropka.

Pech chce, że naszym zwyczajem jest trzymanie się wbrew wszystkiemu i wszystkim naszych zasad. Jedną z zasad jest ochrona zdrowia. Dlatego nie zamierzam narażać zdrowego dziecka i ciągnąć go do poczekalni pełnej zarazków - od przeziębień po grużlicę. Mam plan. I na tym kropka.

31 maja 2010

relacja z podróży

Zdezerterowaliśmy. Rodzinnie, na tydzień. Wybyliśmy świętować rocznicę ślubu, urodziny i dzień dziecka oraz odpocząć od wszystkiego i wszystkich. Dokąd? Voila - zgodnie z obowiązującymi w maju trendami "wybraliśmy" (choć w rzeczywistości dostaliśmy ów wyjazd w prezencie) polskie morze:


Trzeba przyznać, że pogoda nam w miarę dopisała, atrakcji a miejscu było mnóstwo - szczególnie z punktu widzenia dwu- i trzylatka. Przykładowo, takie oto ptactwo nas przywitało na plaży przy kołobrzeskim molo:



A i rejs statkiem był całkiem ciekawy, mimo pochmurnego nieba i chłodu:


Natknęliśmy się też na "okazy", których na próżno szukać w naszym mieście. Pomijam fenomen pawilonu handlowego Bryza, który zachował kształt i asortyment sprzed kilkudziesięciu lat (jeśli ktoś nie był, polecamy! W tym sklepie czas się zatrzymał). Uwagę Porankowych Panien przykuła taka oto lala:


Uśmialiśmy się też z kosztownych goferów. Cóż było robić, zrezygnowaliśmy z brania kredytu na zakup czterech goferów ze śmietaną i owocami w kawiarence na starówce:

Na terenie ośrodka, w którym mieszkaliśmy także było ciekawie - czuliśmy się jak w tropikalnym kurorcie, bo dookoła fruwały kanarki i papużki faliste...


A droga powrotna... Cóż, także nie szczędziła nam doznań. Zarówno tych pozytywnych (uśmiech pojawił się na twarzy, gdy ujrzeliśmy jedną ze stacji kolejowych w środku Europy):


jak i tych negatywnych, gdy wagon naszego pociągu nagle pękł (sic!) w pobliżu tej oto stacji

i musieliśmy półtorej godziny czekać aż podstawią nowy pociąg z Białogardu, co spowodowało, że do domu zlądowaliśmy po 7 godzinach podróży, koło godziny 22:00, z dziećmi ledwo żywymi, wyjącymi i głodnymi...

Mimo to, porankowa rodzina melduje, że naładowała akumulatory i z uśmiechem na czterech gębach radośnie wita miesiąc czerwiec!


3 maja 2010

scenki majowe

Porankowa Panienka zasypała w sklepie Porankową Mamę pytaniami z serii "a co to jest?". Pechowo, dopytywała tylko o rzeczy wątpliwej jakości i wątpliwej wartości odżywczej, przez co odpowiedzi Porankowej Mamy były mało entuzjastyczne. Po kilku turach wymiany zdań Porankowa Panienka rzuca od niechcenia:
- Mama, ale ty dzisiaj marudna jesteś... Ale nie martw się. I tak cię kocham.

***
Porankowa Panieneczka ćwiczy cierpliwość rodziców brakiem reakcji na hasło: stój. Biegnie więc dziecię radośnie w siną dal kończącą się ulicą, a Porankowej Mamie ciśnienie skacze, bo rzucenie się w pościg musi obejmować równoczesne pilnowanie Porankowej Panienki. Ta z kolei pełna opanowania dochodzi dostojnym krokiem do siostry i rzecze:
- Jak mama woła stój to ty masz stać. Bo na ulicy cię samochód rozjedzie. I umrzesz. I cię schowamy do grobu. A potem ja cię odwiedzać nie będę bo nie będę miała czasu.

***
Wieczorny dialog między Porankowym Tatą a Porankową Panienką (lat 3):
- Ela, czas iść spać. Musicie odpocząć. Jaką modlitwę dziś mówimy? Ojcze nasz?
- Nie, wieczny odpoczynek.


***
podpowiedź do pytania, co przedstawia zdjęcie z poprzedniego postu (nie, to nie są kolorowe chrupki):


23 kwietnia 2010

foto-streszczenie








Z wygodnictwa pozwalamy sobie na zmieszczenie foto-streszczenia ostatnich tygodni.

Jak widzimy, były święta Wielkiej Nocy - pierwszy raz spędzane "home-alone". Trzeba przyznać, że organizowanie śniadania wielkanocnego w domu z dwójką małych dzieci to niezły wyczyn logistyczny. Ale udało się.
W ramach świąt przybył Zając z dość zagadkowym prezentem zaprezentowanym na zdjęciu nr 2. Zgaduj zgadula, co to takiego?

Potem mieliśmy żałobę narodową, która w porankowym domu została - przyznajemy się bez bicia - wykorzystana do cna pedagogicznie. Dziewczyny w ciągu tygodnia przerobiły przyspieszony kurs wychowania obywatelskiego połączonego z lekcją historii i religii. Był rozmowy, wizyty na cmentarzu i w rodzimej katedrze... W efekcie, chyba jako jedyni w kraju możemy pochwalić się obecnością w domu trzylatki, która wie i potrafi opowiedzieć, co się stało pod Smoleńskiem, w jakim mieście pracuje pan Buzek i co to jest Wawel...

Żałobę narodową przyćmił wulkan na Islandii, dzięki któremu porankowe panny przerabiały lekcję geografii na prowizorycznym globusie w postaci piłki z nadrukiem mapy (jakby ktoś chciał się pozbyć prawdziwego, szkolnego globusa chętnie przyjmiemy!). Wybuch wulkanu o nazwie, której nawet nie potrafię z głowy napisać, miał znaczenie dla porankowej rodziny z racji tego, że Hetman Dziady przez ów wulkan zostały uwięzione hen daleko na drugim krańcu Europy i zmuszone były do powrotu do kraju busikiem. Przygoda życia, jakże emocjonująca z punktu widzenia wnuczek, które rozpaczały w domu, że dziadków już nie zobaczą (chyba się im nieco pomieszały wydarzenia).

No a na koniec, jak już wszyscy ochłonęli po świętach, wydarzeniach krajowych i światowych, a ręce zostały dokładnie umyte od farb, masy solnej i plasteliny, na porankowy stół wjechał tort - migdałowy, na bitej śmietanie, dokładnie taki jak 5 lat temu o północy.
Ech, i tylko brak na palcu Porankowej Mamy obrączki, którą małżonek zmuszony był ciąć o 7 rano obcęgami do metalu na oczach zdziwionych córek. Ale to już inna historia.


11 kwietnia 2010

żałoba narodowa


a miał być radosny post po długiej ciszy...

13 lutego 2010

artystycznie

KROWA (autor: Porankowa Panienka)
***

WYCIECZKA komentarz: na rysunku Ela i Babcia są ubrane w stroje zimowe, więc nie widać szczegółów postaci, niebieskie kreseczki na ziemi to piórko ptaka (autor: Porankowa Panienka)
***

ZAKŁADKA własnoręcznie podpisana
***