Porankowy INSTAGRAM

24 listopada 2010

polityczna niedziela

Parafrazując Lemura: mamy dowody osobiste i nie zawahaliśmy się ich użyć w minioną niedzielę!

Tak, możecie być z nas dumni - należymy do tej części społeczeństwa, która w niedzielę stoczyła walkę z trzema kartami wyborczymi. Dosłownie walkę, bo rozmiary kart przekroczyły nasze oczekiwania, podobnie jak liczba komitetów wyborczych i nazwisk, które na tych kartach były wydrukowane. I właśnie z powodu tych komitetów i nazwisk mam „kaca moralnego”. Bo trudno powiedzieć, że wybieraliśmy w pełni świadomie. Z powodu marnej kampanii wyborczej w naszym rejonie, zmuszeni byliśmy wybierać według klucza „ugrupowanie X, a reszta to wynik przypadku”. I nie jesteśmy z tego dumni.

Najmniejszy problem mieliśmy z wyborem prezydenta miasta. Kandydaci debatowali w telewizji, wypowiadali się w lokalnym radio, niektórzy spoglądali na nas z olbrzymich plakatów wyborczych. Trzech z nich pojawiło się nawet na ulotkach w naszej skrzynce pocztowej (choć tylko jeden wyraźnie „rzucił się w oczy”)! Normalnie, kampania pełną gębą. Spośród bodajże sześciu panów, którzy ubiegali się o prezydencki fotel, czterech z nich udało nam się „poznać” dzięki kampanii wyborczej. I spośród tych czterech w pełni świadomie wybraliśmy tego jednego.

Gorzej z wyborem kandydata na radnego w Radzie Miasta... Matko jedyna, karta wyborcza nas przygniotła, dosłownie. Zaskoczyło nas, że aż tylu kandydatów z tylu - niekiedy dziwnie brzmiących - ugrupowań ma ambicje zasiąść w fotelu sali sesyjnej. Zaskoczyło, bo większość z nazwisk na listach była nam zupełnie obca.
Jasne, można nam zarzucić, że nie spędzaliśmy godzin przed komputerem usiłując wydedukować nazwiska kandydatów. Ale czy na tym powinna polegać kampania, by wyborca musiał się gimnastykować, żeby w ogóle dowiedzieć się, kto jest kandydatem? Nie mówiąc o tym, że znalezienie programu wyborczego kandydatów graniczy z cudem. I ponownie: jasne, kandydat startujący z ugrupowania X podpisuje się pod programem ugrupowania X, ale przecież my nie głosujemy tylko na ugrupowanie. Wyborca głosuje na konkretnego Iksińskiego i ma prawo wiedzieć, czym Iksiński różni się od Ygrekowskiego - nie tylko w odniesieniu do wyglądu czy biografii (na marginesie: ludzie, jak można poważnie traktować kandydata, który w kilku miejscach ulotki przywołuje swoją żonę używając zdrobnienia jej imienia - przykładowo, zamiast Martyna nazywa ją Martynka, bądź co chwila powołuje się na autorytet własnego ojca?).
W trakcie trwania kampanii nasza skrzynka pocztowa była zarzucona ulotkami wyborczymi, to fakt. Problem w tym, że były to głównie ulotki wciąż tych samych kandydatów (nie wszystkich, warto podkreślić), wyłącznie z dwóch wiodących w kraju ugrupowań.
W tygodniu poprzedzającym wybory w skrzynce znalazł się okazały biuletyn wyborczy jednego z nich. Sęk w tym, że promował kandydatów, którzy... nie startowali w naszym okręgu wyborczym (o okręgach wyborczych nawet nie zacznę się rozpisywać, bo to była... masakra ;)
Jakim cudem udało się nam zatem wybrać kandydata? Wstyd się przyznać... Po pierwsze, spoglądała na mnie z ulotki miła i zabawna twarz. Przypomniała mi krasnoludka z błyskiem w oku. Poważnie. I to mnie urzekło.
Po drugie, kandydat zamieścił na ulotce program wyborczy, który nie ograniczał się do stwierdzeń „zwiększę wydatki na...”, czy „zainteresuję się...”. Ja też chciałabym zwiększyć wydatki na budowę metra i mogę zainteresować się historią Tybetu. Jestem wiarygodna?
Po trzecie, w króciutkim biogramie kandydat przedstawił kompetencje, które pozwalają przyjąć, że będzie wiedział, jak się zabrać za pewne sprawy.
Niestety, na wiedzy trzeba poprzestać, bo kandydat się nie dostał do Rady. Szkoda!

No i wybory do Sejmiku... Podsumujmy je tak: przyszedł wyborca na strzelnicę, wycelował dubeltówkę w ugrupowanie i strzelił. ANI JEDEN kandydat do Sejmiku nie raczył się nam, jako wyborcom, zaprezentować - zero ulotki, zero plakatu, zero jakiejkolwiek innej aktywności. Pozostawmy bez komentarza.

Wyniki wyborów są już powszechnie znane. W naszym mieście niewiele się zmieniło, choć zaskoczeniem dla obecnego prezydenta jest zapewne to, że 5 grudnia będzie musiał stanąć do wyścigu po raz drugi. Nie przeszedł w pierwszej turze. Z kolei w sali sesyjnej Urzędu Miasta zasiądzie wielu „sprawdzonych” już radnych. Trudno się dziwić - ludzie wybierają tych, których znają. Nawet, jeśli nie do końca akceptują ich poczynania. Nie jesteśmy społeczeństwem lubiącym ryzyko, a nie każdy ma tyle samozaparcia, co my i będzie poszukiwał informacji na własną rękę.

W obliczu kaca moralnego, jedno nas tylko cieszy: Porankowe Glorie, mimo młodego wieku, są bardziej świadome społecznie niż niejeden wyborca posiadający dowód. Uczestniczyły we wszystkich wyborach, które miały miejsce od chwili ich urodzenia. A niedzielne popołudnie spędziły dokładnie odgrywając scenki z lokalu wyborczego.
Teraz tylko trzeba popracować nad szczegółami, żeby nie było wpadek typu (z pełnym szacunkiem dla przytaczanych nazwisk i Urzędu):
- Mama, my głosujemy na prezydenta Kaczyńskiego?
- Nie kochanie, przecież wiesz, że prezydentem jest pan Komorowski.
- A faktycznie. Kaczyński to ten, co latał. Ale sobie nie polata, bo spadł, prawda?
I w takich chwilach rodzicowi-wykształciuchowi opadają ręce...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz