Porankowy INSTAGRAM

4 września 2013

ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Zgubiliśmy wakacje. Poważnie. Mam mętne wyobrażenie o tym, że gdzieś, kiedyś, być może miałam możliwość wyspania się, a poranna kawa nie była pita w locie i przelocie między pokojami.
Czwartego września marzę o wakacjach...
Gloria Starsza podbija szkołę podstawową. Plan zajęć (proszę wybaczyć niecenzuralne słowa) o kant d... roztrzaskać, bo trzykrotnie rozpoczyna zajęcia w godzinach popołudniowych (np. 12:40) i kończy o 16:05. Coś za coś. Klasa póki co liczy sobie 18 osób, więc narzekać nie mam prawa... Jutro akurat idzie na 8:00, a że spać jej się nie chciało, przewiduję poranną walkę.
Gloria Młodsza realizuje się w przedszkolnej zerówce. Jeszcze nie wie, że nie będzie zajęć dodatkowych, bo rządzący postanowili bubel prawny strzelić... Dzięki temu, dzisiaj spędziłam upojne godziny na zebraniu w przedszkolu... Widocznie moja aktywna postawa "matki oburzonej" została zauważona, bo wybrano mnie na przewodniczącą rady rodziców w jej grupie... Ślubny mnie zastrzeli ;)

O mojej pracy nie wspomnę.

Ale pierwszy tydzień prawie za nami, nie? Jeszcze tylko 10 miesięcy....

29 sierpnia 2013

przerwa wakacyjna

już niedługo się kończy, ale:

wszystko jasne?
kolacja uszykowana na powitanie Taty po ostatnim dyżurze przed urlopem
własnoręcznie pieczone bułki

wakacje "przed" urlopem można streścić tak:


ech, co więcej dodać?

6 sierpnia 2013

pies

... to stworzenie, którego nie rozumiem. W przeciwieństwie do Glorii Starszej, która niczym Dolittle ze zwierzętami rozmawia. Gdyby nie to, że ma w planie zostać stylistką mody, wróżyłabym jej karierę weterynarza.
W każdym razie pies, a raczej dwa małe, włochate psy, spędzają mi sen z powiek. Rodzina wyjechała i zostałam z pękiem kluczy i prośbą o wyprowadzenie psów na spacer. Pech chce, Ślubny - mistrz wyprowadzania psów - we wskazanej godzinie przejąć smyczy nie może. Do dzieła, zatem!

Nakremowane kremem przeciwsłonecznym i odziane w kapelusze Glorie z entuzjazmem dorównującym moim obawom ruszyły po rodzinne psy. Włochate mordy od drzwi się ucieszyły na nasz widok. Gloria Starsza, dziecię doskonale zorientowane, chwyciła smycze, pogłaskała psiaki, wydała dwie komendy i psiaki odziane w obroże stały gotowe do wyjścia. Uff, damy radę, pomyślałam.
Ale na schodach zaczęły się pierwsze.... schody.
Dwoje radosnych dzieci, dwa radosne psy, dwie mega długie smycze i dwa piętra do pokonania. W połowie drogi smycze się skrzyżowały, psy przebiegły dookoła i - zupełnie jak w głupiej komedii - Glorie stały zaplątane na klatce schodowej.
Wyszłyśmy. Psy zrobiły trzy kroki i... usiadły. Popatrzyliśmy sobie w oczy, ale komunikacja między nami zerowa.
- Słuchaj pies, mam cię wyprowadzić na spacer. Jest gorąco, wiem. Tam jest cień. Bądź łaskaw ruszyć łapy, przejść pod drzewo i siknąć - rzekłam.
- Mama... - Gloria obrzuciła mnie spojrzeniem nieco zaskoczonym - ale ty wiesz, że to jest pies? Pies nie rozumie takich długich zdań.
- Tak? To sama z nim pogadaj - odfuknęłam. - Masz lepszy pomysł?
Gloria spojrzała psy w oczy, wyprostowała się, wykonała jakiś ruch i oto pies maszerował dumnie przy jej nodze. Młodsza ruch powtórzyła, drugi pies szedł obok niej.

Ufff, damy radę.

40 minut spacerowałyśmy pod drzewami. Trzy kroki i psy leżały, siedziały, stały...
- Bo do psa trzeba mieć cierpliwość, mama - rzekła Starsza, po czym ryknęła do psów: Pies, bądź łaskaw sikać, bo ja tu się usmażę jak jajko na patelni!
Już się miałam odezwać, że to zdanie nie różni się niczym od mojego przemówienia do psa i z cierpliwością nie ma nic wspólnego, ale patrzę, a psy... psy potulnie nasikały.

Poważnie, pies to stworzenie, którego nie rozumiem. A moje własne dziecię to stworzenie, którego zaczynam się bać.

Jutro powtórka z rozrywki.

Zdecydowanie wolę nasze żaby.

22 lipca 2013

dowód

Pomysł był prosty: po wyczerpującym psychicznie trudnym czasie w historii rodziny, pakujemy się wszyscy do auta, jedziemy do Berlina i spędzamy piękne chwile w swoim towarzystwie wdychając powietrze, którym oddychali przodkowie. Banalnie proste, gdy się jest członkiem UE.
- Czekaj no, jakie "wszyscy"? Dzieciaki też?
- Ano...
O matko, do ciebie. Dzieciaki. Dwie zielonookie, niepełnoletnie istoty. UE, granica bez granicy... dokumenty!
- Eeee... ale my tak nie możemy ich wsadzić do auta i myknąć poza granicę kraju.
- Jak to, przecież to Unia?
- Unia Unią, ale one są małoletnie!

No żesz, małoletnie. Jakie mamy opcje?
Paszport. W lipcu? Trzeba być samobójcą. Odpada. Kolejka jak na Kasprowy. Szwagierka trzy podejścia robiła zanim się dobiła do okienka. Numerek upoważniający do stania w kolejce, kolejka upoważniająca do kolejnej kolejki... I jeszcze jakieś koszty.
Unia Europejska otwiera nam jednak furtkę. Dowód osobisty. To jest wyjście!

- Siedź prosto, broda w górę. Włosy za ucho. Tak trzymaj. Uśmiech... Nie, nie szczerz zębów. Nie mrugaj!

Ufff... Mamy zdjęcie o wymiarach 35x45.

- Wzrost. Młoda, pod ścianę mierzyć się! Ile? 133cm... No dobra... Druga? 113cm... To się nie dziwię, że spodnie za krótkie.

- Oczy. Że co? Zielone, piwne, brązowe, nieokreślone, wielokolorowe... Zielone.
- Ale ja nie mam zielonych! Ja mam zielono-brązowe! Takie z obwódką. Patrz.
- Zielone wpisuję.
- Ale ja się nie zgadzam! NIE MAM ZIELONYCH!

I godzina z głowy... Całe szczęście, że łzy uwydatniają kolor oczu. Zielone jak byk. No i dzięki za Google, gdzie można każde oko zobaczyć.

Zostają zielone.

Matko, ale upał. Spać się chce.

(dwie godziny później)

No i cholera, mamy godzinę zanim zamkną urząd. Usnęło nam się! Ubierać się, czesać, buzie myć. Okulary, kapelusze, krem.

Jedziemy. Docieramy. Numerek E - udało się. Już wchodzimy? To się nazywa tempo. Stanowisko nr 10 i 20. Ty na lewo, ja na prawo. Mąż z córką przy drugim okienku. Żona z córką przy drugim okienku. Wymiana, podpis, zgoda, numer dowodu.

- A szanowna Pani to z jakiego powodu dowód osobisty chce otrzymać? - zwraca się sympatyczna urzędniczka do świeżo upieczonej pięciolatki.
- Eee... bo wyjeżdżam. I nic nie widzę spod tej lady!

- Zapraszamy za trzy tygodnie. Gratuluję!

I w ten oto sposób Gloria Starsza lat 6,5 i Gloria Młodsza lat 5 w sierpniu otrzymają swoje pierwsze dowody osobiste...






1 lipca 2013

nareszcie...

... kto zgadnie?
Kwiaciarnia w domu, wąż zmalał, podwieczorek na wesoło...

 
 
Tak, to są... WAKACJE!

Aktualnie trwamy w fazie "detoks" - śpimy i się wybudzić nie możemy.
Ale zdjęcia już zgrane, pomysły się kłębią, podłoga odkurzona...


24 maja 2013

różowo nam... było

- Młoda, wypychaj te zęby jęzorem, bo trzeba będzie o aparacie myśleć - rzekłam patrząc na wielki, biały, stały ząb młodej, który postanowił ustawić się nieco inaczej niż reszta uzębienia.
- To fajnie! - radośnie skomentowała młoda. - Ale ja chcę taki fioletowy, bo z różu już wyrosłam.
- No... - zawtórowała sepleniąc młodsza. - Ja tez! Wolę zielony!
- Poważnie? A kieckę na imprezkę w jakim kolorze chcesz?
- Luzową! I z taką duza falbaną!

"Bo z różu już wyrosłam"? To jak ja długo w tych papierkach siedzę, że mi gdzieś uciekł "etap różowy"?

Papierki, papierki... Miesiące maj i czerwiec to czas, gdy system edukacji działa wbrew zaleceniom ekologów i produkuje masę - w dużej mierze zbędnej - dokumentacji na papierze. A że ja w tym systemie siedzę (i jeszcze, kurka, jakiś stopień awansu robię!) od kilku tygodni poza papierem, kieliszkiem wina i zegarem mało co widzę...

28 kwietnia 2013

rozpusta

W domu, w którym mieszkają dzieci, po Wielkanocy snują się dzikie zające. Bezpańskie, niechciane, znienawidzone, często nadgryzione, czekoladowe... Widok tak smutny, że aż boli.



Co zrobić ze sforą zajęczą, gdy już sama myśl o zjedzeniu czekoladowego zająca powoduje skręt zębów i mdłości? Przerobić. Uwolnić zająca od męki, pokruszyć i przerobić na pyszne, pachnące muffinki.

Voila! Oto nasza sfora ze zdjęcia powyżej w wersji "po-wielkanocnej"


Rozpusta! Istna rozpusta!

Jak dotąd najlepszy przepis na muffinki (wersja podstawowa) znaleziony został TUTAJ dzięki uprzejmości Śfagra.
Palce lizać!

18 kwietnia 2013

przedwczesny Blog Day 2013

- Jeszcze dwa tygodnie temu był tu śnieg - rzekłam patrząc przez moje świeżo umyte okno kuchenne.
- No, i mróz trzaskał... - dorzucił Ślubny (jeszcze żyw ;)
- A dziś pogoda iście sierpniowa... W kwietniu!

Były już takie kwietnie. 8 lat temu podczas naszego ślubu i 5 lat temu, gdy roczna Gloria Starsza fikała w wózku bosymi stopami.
Dziś na termometrze kuchennym zaokiennym +26 - odnotować dla potomnych! Pogoda rzeczywiście iście sierpniowa, a jak o sierpniu mowa, myślami pokrążyłam wokół odkryć blogowych. I doszłam do wniosku, że są takie trzy, które warto odnotować dla potomnych (ach ci potomni, roboty będą mieli po uszy kopiąc w naszych notatkach). Wszystkie anglojęzyczne i właściwie każdy z innej beczki.

1. dopracowany do perfekcji, że aż boli, pełen dobrych pomysłów i prześlicznych sów, które trzeba jednak wyszukać spośród miliarda informacji bardzo osobistych, które autorka uznała za warte upublicznienia; blog-vlog (połączony z kanałem na youtube) dla osób, które chcą posłuchać native speakera; autorka chętnie wchodzi w interakcje z odbiorcami, często urządza konkursy z nagrodami... voila, poznajcie OrganizedJen!

2. Erin, matka trójki dzieci dzieli się swoimi sposobami na dobrą organizację i dekorację domu - kolorowy, niesamowicie optymistyczny, pełen dobrych emocji, zdjęć i informacji blog o wdzięcznej nazwie The Sunny Side Up

3. i na koniec: cudo zdobywające nowych zwolenników w zawrotnym tempie, urocze, prawdziwe (oddaje charakter Autorki - wiem, co mówię, bo znam), pełne dobrej energii i cudnych zdjęć, wciągające, pachnące Italią i innymi zakątkami świata, odkrywające przed człowiekiem uroki podróżowania, zawierające masę przydatnych informacji dla osób planujących wojaże - blog, który z powodzeniem mógłby zostać wydany jako książka (choć dopiero zaczął swoją działalność) - przed państwem NullFull



14 kwietnia 2013

powiedzonka

Żeby nie umknęło, cytuję dziewczę lat prawie 5:

- Mama! Kła mi się uchrympała!
- Co ci się stało?
- Kła - ta kła, widzisz? mi się u-ch-r-y-m-p-a-ł-a. Nie ma kawałka, widzisz? - powiedziane zostało w wyszczerzu ukazującym górne zęby...

- E, bo ty jesteś taki symulatyk - rzekła do siostry, którą bolała głowa. - Symulatykujesz jak Jasiu, który mówił, że mu (i tu nie zrozumiałam, bo napchała sobie makaronu maczanego w bolońskim do buzi, a potem zapomniała, co chciała powiedzieć).

Cytuję też Ślubnego:
- Nie idę z wami trzema na raz na rower, bo mi wystarczy stresów, jak idę z nimi dwiema. Tobą to jak trzecim dzieckiem będę musiał się stresować.

Potem coś było o ewentualnym sprzedaniu roweru.

Taa...

Jakby ktoś widział, że wynoszę zwinięty dywan i kupuję butelkę wybielacza to się proszę nie dziwić.

Żartuję oczywiście, żeby nie było!

11 kwietnia 2013

na jutro proszę przynieść...

... dwadzieścia metrów kabla. Nie, żartuję. To tekst używany często przez mojego brata...

Ale na poważnie, na jutro proszę przynieść:
- 2 figurki z czekolady lub masy cukrowej,
- 2 puste butelki po wodzie mineralnej 1,5l,
- rękawiczki,
- pojedynczą skarpetkę w paski,
- składniki do przygotowania wiosennej kanapki (po 3 plasterki sera, szynki, dwie gałązki szczypiorku na dziecko, reszta według uznania),
- 5-10 wydmuszek,
- kilogram mąki (sic! 25 sztuk dzieci po kilogram mąki każde?!),
- 5/7/12/23 zł na bilet,
- kolorowe czasopismo,
- polewy do mazurka (dowolność wyboru),
- garść: rodzynek, orzechów, kolorowych cukierków, migdałów itp.,
- guziki różnego kształtu, koloru i wielkości,
- białe rajstopy,
- karton po jajkach,
- jajko na Śmigus-Dyngus,
- włoszczyznę,
- różnego typu przyprawy,
- trochę proszku do prania,
- styropianowe jajko, gwiazdkę, aniołka...
- kamienie, kasztany, liście, patyczki, wykałaczki, watę, patyczki do uszu...
- wysuszone plastry pomarańczy, cytryny, limonki...
- składniki do ciasta marchewkowego wg załączonej listy,
-...

Proszę się nie dziwić, że z amokiem w oczach rzucam się w stronę Ślubnego, który - jak na zwolnionym kadrze - kieruje podarte dziecięce bawełniane rajstopki w stronę kosza na śmieci. Nigdy nie wiesz, kiedy w późnej godzinie wieczornej znajdziesz w dziecięcym plecaku karteczkę:
"Na jutro proszę przynieść stopkę od dziecięcej bawełnianej zielonej rajstopki"
Bycie rodzicem dziecka edukowanego to poważne wyzwanie...

A na marginesie:
Wiosna, panie sierżancie, co?

Wracamy...

sposób, by nie zwariować

Ze snu zimowego wyrwało nas głośne "aaaa... psik, uhu, aha, ehe...". Znak to, że alergia nadciąga. A jeśli alergia, to znaczy, że wiosna. Tylko co tu robi ten śnieg za oknem? A, topnieje już... Bo tu nagle 15 stopni na plusie...

Cholerne pyłki...

A... psik. Uhu, aha, ehe...

Młoda lat sześć skończone, świeżo zapisana do szkoły (o tym w kolejnym poście), postanowiła swoje młodsze lata szkolne rozpocząć od informacji "nie zaprzeczysz, że jestem twoim dzieckiem, bo przekazałaś mi w genach alergię". Chyba. Czeka nas kolejna wizyta u alergologa... Ten poprzedni, lat temu ze trzy, wyraźnie stwierdził: "Teraz nic nie wyszło, ale to nie znaczy, że pewnego dnia córka nie okaże się alergikiem. To może przyjść z wiekiem". Z wiekiem... Dziecko mi dorasta?!
Póki co banicja z przedszkola za dudniący kaszel z głębi pięt. Pediatra nic nie stwierdziła po licznych oględzinach i badaniach. Po lekach antyhistaminowych + anytastmatycznych dziecko przesypia noc, nie kaszle, nie psika... Tylko jakieś takie pełne energii jest od tego siedzenia w domu... I cholera ją bierze (moja krew w końcu...)

A w domu od tygodnia siedzi, bo tyle zajęło dojście do tego, że to pewnie alergiczne... A ja razem z nią w tym domu siedę... I ja też pełna energii jestem i cholera mnie bierze...

Obejrzałyśmy wszystkie dotychczasowe odcinki 3 serii "Top Model" (cicho być!), gotujemy, sprzątamy, gramy w różne gry, pierzemy, szyjemy, gramy na FB w dziwaczne gry, robimy lemoniadę, oglądamy cudneych "Fineasza i Ferba", piszemy maile, oglądamy zdjęcia...

Wiosna, ach to ty?

25 lutego 2013

religijne rozmowy rodem z Kiepskich

Zanim zacytuję dialogi wieczorne, uprzejmie wyjaśniam, że jesteśmy rodziną wierzącą i praktykującą. To tak, żeby nie było, że robimy sobie jaja z katolicyzmu. A zatem...

Dialog z Glorią Młodszą:
- Młoda, którą bluzkę ubierasz jutro? Taka może być? - pokazuję jej bluzkę z miśkiem.
- Nie - odpowiada stanowczo dziecię.
- A ta? - pokazuję następną.
- Hmmm... - Gloria myśli.
- Ty nie myśl, bo jest późno. Decyduj się - ponaglam.
- Hmmm... 
- Młoda, tempo - znów ponaglam, a dziecię warczy ze złości.
- Żałuję za me złości - mówi pod nosem. - Żałuję za me złości dla twej miłości.
- Młoda, to nie jest odpowiedź. Idziesz w tej bluzce. Zdecydowałam za ciebie.
- NIE, nie idę - warczy młoda. - I żałuję za me złości jedynie dla twej miłości. Bo teraz się złoszczę! - rispostuje dziecię.


Dialog z Glorią Starszą:
- Mama, chodź tu szybko! - woła Starsza z łózka. - Jezusa widzę!
- Że co?
- Jezusa widzę. Tam jest - pokazuje na ślady i cienie na suficie. - Wczoraj go tu nie było. Skąd się wziął?
- To nie Jezus - woła z kuchni Ślubny. - Nie widzisz, że to matka boska ... (tu pada nasze nazwisko)? Sam ją malowałem!

I tu szczęka i ręce opadają, a oczy się zamykają. Jak się pozbieram i skończę szaleńczy bieg przez miesiąc luty to skrobnę o:
- Walentynkach w towarzystwie Pomelo (tego słonia, nie owocu),
- zimie, która nas zatokowo rozłożyła,
- zapisach do szkoły i drzwiach otwartych,
- naszym nowym oknie, które się okazało o 30cm za małe niż wykuta dziura w ścianie...



31 stycznia 2013

zwiastun wiosny

Mottem ostatnich tygodni jest u nas: Mama, nogi mnie bolą.
Nogi bolą rano. Bolą wieczorem. Bolą, gdy trzeba sprzątać. Bolą, gdy trzeba gdzieś iść. Bolą, gdy trzeba coś podnieść z podłogi.
NIE bolą, gdy się chce tańczyć. Ale po tańcu bolą, że aż wstać z ziemi dziecko nie może.
Nie jest to wina butów - sprawdzone. Choć fakt, że Gloria Młodsza butów nie odrzepia (jest takie słowo?) tylko zdejmuje zapięte, trochę tu też zadziałał.
- Mama,nogi mnie bolą...
- Gdzie dokładnie?
- W kolankach...
Smarujemy kolana maścią od lekarza. Masujemy. Nie pomaga.
Wczoraj odkryliśmy przyczynę.

- Mama, te rajstopki są za krótkie.
- ??? Dalej, pod ścianę - nie, nie rozstrzelam dziecka za za krótkie rajstopki! - mierzymy się.

No i voila! W ciągu stycznia dziecię urosło trochę ponad 1cm. Aktualnie 110cm w wieku 4,5 lat. Nogi jak modelka. Mają prawo boleć, prawda?

Po długiej przerwie dzieci rosną. Znak to, że wiosna idzie!
Tą optymistyczną myślą kończymy styczeń.


29 stycznia 2013

sześć

Dziś będzie poważnie, bo sprawa jest poważna - sześć lat to przecież poważny wiek.
Sześć. Tyle lat skończyła w sobotę Porankowa Gloria Starsza.
Upiekliśmy szósty tort w jej życiu. Tym razem, zgodnie z życzeniem Jubilatki, bez żaby, ale za to z galaretką w środku, lentilkami na wierzchu i posypką ze złotych gwiazdek.
Zdmuchnięta została szósta świeczka.


Czwarty ząb wisi na włosku. Piąty się rusza. Dwa kolejne właśnie się wybiły.
Bilans sześciolatka już umówiony.
Rozpoczynamy akcję "Witaj Szkoło" (tak, jesteśmy z opcji "szkoła NIE oznacza zabrania dzieciństwa") i w kalendarzu mamy zaznaczoną datę zgłoszenia Glorii do I klasy. Szkołę wybraliśmy, czekamy na drzwi otwarte i zastanawiamy się, czy trzeba zgłosić w rejonie rezygnację z ich usług...

Sześć. Matko, to poważna sprawa!
Choć jeszcze bardziej poważnie brzmi: rozpoczęła siódmy rok życia.
I pomyśleć, że dopiero wczoraj się rodziła!



27 stycznia 2013

Pani Misiowa


Halo! Halo! Już jestem! Halo!

No, tu jesteś, kochanieńki. Jestem. Jak to kto? JA. Misiowa. Pani Misiowa. Rezerwacja sprzed tygodnia, apartament jednoosobowy z widokiem na drzewo. A, recepcja nie tutaj? Wybacz, takie mało czytelne opisy na drzwiach macie. Gdzie zatem mam się udać? Zakładka na górze? Drzwi z napisem WOJAŻE? Mijałam je przed chwilą.

Dziękuję ci, dobry człowieku.

No weźmie ktoś moje walizki? Kuferek też.


Idę!

Halo! Halo!

24 stycznia 2013

Efekt Obamy

Za wielką wodą żyje taki jeden pan, o którym głośno w mediach z wielu powodów. Pan zwie się Barack Obama, jest 44 prezydentem Stanów Zjednoczonych i właśnie rozpoczął swoją drugą kadencję urzędowania.
W wielkim mieście na ulicy o malowniczej nazwie żyje taka jedna Gloria, która za dwa dni kończy 6 rok życia. O Glorii nie jest jeszcze głośno w mediach. Jeszcze.

Cztery lata temu, gdy wspomniany prezydent Obama mylił się w słowach przysięgi, a Aretha Franklin szokowała swoim kapeluszem, Gloria (wówczas lat prawie 2) w białym szlafroku przeżuwała radośnie kolację. Gdy w Stanach Zjednoczonych radosnym gestem Obama machał do tłumu, Gloria odpowiedziała mu wrzaskiem. Dosłownie. Dziecko porzuciło przeżuwanie na rzecz wrzasku tak okropnego, że sąsiedzi z parteru też to chyba słyszeli. W ten oto sposób, Obama rozpoczął pierwszą rundę bycia prezydentem, a Gloria rozpoczęła swoją przygodę w krainie chorób. Pierwsza gorączka 39, pierwszy antybiotyk, pierwsza wizyta w trybie pilnym u lekarza.

Gdy jakiś czas później Gloria ponownie wylądowała na ostrym dyżurze, smętna lekarka rzuciła w moją stronę smętne spojrzenie i zapytała: "dziecko kiedyś już miało taką przypadłość?". No ba! Miało!
- Tak, kiedy Obama składał przysięgę - rzekłam z wrodzonym sobie urokiem.
- To znaczy kiedy? - Lekarka spojrzała na mnie spode łba.
- Jak to kiedy? A jak długo Obama jest prezydentem? Nie wie pani?
Ignorantka, phi!
Nigdy więcej do tej pani nie poszliśmy.

Cztery lata później, gdy Beyonce na Kapitolu śpiewała z playbacku, pan Clinton mierzył wzrokiem Kelly Clarkson, a prasa skupiona była na tym, w co są ubrane pierwsze córki i pierwsza dama (jak te czasy się zmieniają!), Gloria rzekła z odziedziczonym po matce urokiem: "brzuch mnie boli" i postanowiła podgrzać termometr do 38,5.
Następnego dnia wylądowała na kolejnej dawce antybiotyku z powodu powtórnego zapalenia gardła (jakby ktoś nie wiedział, choroby gardła u dzieci wychodzą przez brzuch).

Efekt Obamy?
Panie prezydencie, starczy!




19 stycznia 2013

zima zaskoczyła drogowców, a nas zaskoczyła choroba

Za oknem dziś piękna zima. -10, śniegu tyle, że jazda na sankach i lepienie bałwana stają się realne. Auta stoją w korku, kierowcy psioczą. Zima zaskoczyła kierowców! Znowu.
Nie wierzyliśmy, że taka zima jest jeszcze możliwa. Tym bardziej załamuje nas, że z dzisiejszej zimy nie możemy skorzystać. Możemy tylko podziwiać przez okno...
Bo nas zaskoczyła choroba. Znowu. Tak, tak. Wszyscy dookoła smarkają. Wszyscy dookoła pokasłują. Tylko nie każdy dookoła ma przy tym na okrągło 38 gorączki, duszący kaszel i fontannę z oczu i nosa.
Kwitniemy z Młodszą w domu. Gloria pierwszy raz w życiu przespała wczoraj cały dzień. I noc. W mojej głowie huczą dzwonki, przed oczami lata karuzela (żeby nie było, u mnie lekarka zdiagnozowała ZAPALENIE OSKRZELI! ZNOWU!). W ruch poszły wszystkie zapasy chusteczek i papieru toaletowego.

No to co, ferie są, prawda? Dzięki Bogu za to, że wychowano mnie na książkach "Chore dziecko chce się bawić"... Tyle, że nikt nie wspomniał o tym, co robić, gdy matka też ledwo się na nogach trzyma...

[tu będę fotki z naszej twórczości jak uda mi się ogarnąć aparat]

14 stycznia 2013

przygoda z morałem

Supermarket. Stoimy przy lodówce. Młode oglądają jogurty. Nagle do Młodszej podchodzi kobieta. Włos rozwichrzony, oczy rozbiegane. Chwyta delikatnie dziecko za kaptur i szepcze:
- ... mi się? (przynajmniej tyle usłyszałam).
Matka przyjmuje postawę bojową, gotową do ataku. Kobieta mówi głośniej:
- ... zgubiłaś mi się? (znowu słyszę tylko fragment).
- Na miłość boską - myślę - psychiczna! Myśli, że to jej dziecko. - dopadam do młodej, nie chcąc robić szumu odwracam jej uwagę w stronę budyniu, a kobietę mierzę wzrokiem.
- Bo tak pomyślałam... - mówi cicho kobieta w moją stronę, patrząc rozbieganymi oczyma - bo tam siedzi...
- Co siedzi? Czego pani chce od mojego dziecka? - pytam bojowo, choć zaintrygowana, bo czuję nosem, że coś tu nie gra.
- Miś. Siedzi tam - i pokazuje palcem w stronę alejki z sokami.
Miś... Miś? M I Ś?
- Młoda, masz misia przy sobie? - przecież dziecko z przedszkola wyszło z Misiakiem przytulanką.
Młoda w ryk. W ręce zamiast misia trzyma jogurt.
- Móóóój MIIIIIISSSSIIIIUUUUUU. Zgubiłam.
- Bo tam siedzi... - mówi kobieta pomówiona o chorobę psychiczną.

Pluszowa cholera siedziała dumnie na skrzynce z sokami i oglądała nosem karton.

Morał taki, że zanim dasz komuś w mordę, posłuchaj dobrze, co mówi.
Kropka.

10 stycznia 2013

zakamarkowy plecaczek - przemyślenia

Kilka dni temu rozpisałam się na temat zakamarkowego plecaka, który Glorie otrzymały w przedszkolu. Dowodząca Żelkożercami skomentowała wpis i dała mi do myślenia, co owocuje tym, że odpowiedź na komentarz rozrosła się do rozmiarów posta.

Komentarz był taki:
A my uwielbiamy NUSIĘ i IGORA (to tak jakbyś miała wątpliwości, po co tyle książek sie wydaje ;))) IGORA uwielbiam potworrrrrnie. Za najtrafniejsze opisanie dziecięcych zabaw: swoista dramaturgia, nagłe zwroty akcji, nieprzewidywalność i "pokręcona logika" dziecięcego świata. Uwielbiam za to bardziej niż za główny temat: walka ze stereotypami różowej dziewczynki i chłopca piłkarza. Uwielbiam. 
Miło było spotkać, choćby wirtualnie, chwilowych posiadaczy zakamarkowego plecaczka. Słyszałam o akcji, ale teraz mam konkret.
No i mi zatrybiło. Od końca.
Wpierw pomyślałam o zakamarkowym plecaczku. Mało o nim napisałam, ale poważnie, tęsknię za nim. Nie za akcją jako taką, ale za samym plecaczkiem. Pomysł, wykonanie - rewelacja! Zakamarki powinny takie plecaki sprzedawać. Moje oko wyobraźni już widzi plecaczek wiszący dumnie na haczyku w korytarzu i czekający na wizytę w bibliotece. Idealnie by się nadawał do przenoszenia książek do i z biblioteki oraz do przechowywania pożyczonych książek już przeczytanych, czekających na oddanie. No i jakże inteligentnie ograniczałby liczbę książek, które Glorie pożyczają z naszej osiedlowej filii... (Ja wiem, że jest regulamin, że są ograniczenia itd, ale co zrobić jak my takie urocze i do zagryzienia jesteśmy - pisałam kiedyś, że przytargałam ponad 6,5 kg książek?

Potem pomyślałam o tym, że Zakamarki genialnie rozegrały sprawę doboru książek. Taka Nusia i taki Igor. Nie dam sobie powiedzieć, są kontrowersyjni. Tylko może ta kontrowersja wynika z tego, że są totalnie inni i należy na nich spojrzeć przez inne szkiełko?
Weźmy Igora. Dramaturgia? Owszem. Nagłe zwroty akcji? Też. O pokazywaniu pokręconej logiki dziecięcego świata nie pomyślałam, uczciwie przyznaję. I tu leży pies pogrzebany. Im bardziej myślę, tym bardziej mam wrażenie, że to książka pisana do dorosłego czytelnika, wołająca z okładki "skoro tego nie widzisz, niech słowa uderzą ci prosto w twarz - może zobaczysz". Książka walczy z szablonowym podejściem do dziecka. Tyle tylko, że dzieciom tego tłumaczyć nie trzeba.
Jeśli zaś chodzi o Nusię, pomyślałam, że nadal nie kumam. A potem pomyślałam, że w tym, że nie kumam, ale ciągle o tym myślę, objawił się geniusz Zakamarków. Trzeba będzie dopaść inną opowieść o Nusi i przeczytać.

A potem pomyślałam, że bycie matką na pełen etat i pracując w tym-sam-wiesz-jakim-systemie na pełen etat (plus obowiązkowe godziny dodatkowe) spowodowało, że stałam się rozmemłanym czytelnikiem. Zakamarki przemówiły do mnie nie tym kanałem, co trzeba (gdzież moje cięte spojrzenie i zrozumienie dla Innego? gdzież umiejętność doszukania się warstw jak u Ogra?). Do torebki wrzucam regularnie kolejne tomy przygód Agaty Rodzynek, bo na niczym innym nie mogę się skupić.  W bibliotece nie szukam już tego, co wartościowe, ale tego, co łyknę "dla relaksu". Pocieszam się jedynie, że i tak wyrabiam normę czytelniczą za siebie i resztę naszego bloku. I tu pomyślałam, że zaczęłam patrzeć na ilość a nie jakość, co mnie dobiło.

Więc nalałam sobie kieliszek wina i gdybam. A wszystko przez czerwony plecaczek z Zakamarków i kilka linijek komentarza. Widzicie geniusz idei plecaczka?

9 stycznia 2013

kreatywnie

Jakiś czas temu, dziecię prawie-że-nastoletnie w konsekwencji swojego totalnie-nastoletniego-zachowania miało posiedzieć w pokoju i pomyśleć. Pomyśleć nad sobą.
Dziecię polecenie wykonało. I doszło do wniosku, że jest nadzwyczaj kreatywne i w swoim towarzystwie się nie nudzi.
Dziecię pomyślało i oto co z tego myślenia wyszło:

 
Rośnie nam Ania z Zielonego Wzgórza wersja 2.0? 

7 stycznia 2013

kolędowanie

Mieliśmy w planie udział w Orszaku Trzech Króli. Jak to jednak z planami bywa, czasem je trzeba zmieniać w imię "wyższej konieczności".

Wprawdzie na Orszak nie dotarliśmy, ale za to kolędowanie zaliczyliśmy, aż miło. Dzięki uprzejmości obu Glori, nawet gwiazda kolędników w domu zawitała i jest niesamowitym urozmaiceniem wieczornych występów przed spaniem. Na liście porankowych przebojów króluje obecnie Hej, w dzień narodzenia!

Gwiazdę dziewczyny wykonały na warsztatach plastycznych. Trzeba przyznać, że wracając z nią do domu budziły zainteresowanie na ulicy...


Razem z gwiazdą pojawiły się w domu urocze anioły (śmiesznie proste do wykonania - wystarczy trochę papieru i folii aluminiowej). Anioły są tak urocze, że zajęły honorowe miejsce na choince.


Brak nam tylko takich prawdziwych kolędników, nawet tych, którzy pukają do drzwi... W tym roku pojawili się u nas raz i niestety nie wyglądali tak, jak kolędnicy zerkający z naszego stolika w korytarzu:

  
Pierwszy raz zdarzyło się, że Ślubny spojrzał na przybyłych i zamknął im drzwi przed nosem. No bo jak nie zamknąć drzwi, gdy na progu stoi grupka kolesiów chichoczących pod nosem i zawodzących Przybieżeli pasterze do Betlejem wyciągając przy tym rękę po kasę "na potrzeby alkoholowe"... 

4 stycznia 2013

książkowe zakamarki

Nasze przedszkole bierze udział w ciekawym projekcie Wydawnictwa Zakamarki. Każdy przedszkolak otrzymuje na tydzień czerwony plecak z sześcioma książkami. Zadanie jest takie: przeczytać sześć książek, przedyskutować ich treść, wybrać najciekawszą, przygotować pracę plastyczną dotyczącą tej najciekawszej pozycji oraz przygotować krótką prezentację jednej książki dla koleżanek i kolegów z grupy przedszkolnej. Po tygodniu plecak wraca do przedszkola i otrzymuje go kolejne dziecko.

Czerwony plecak przywędrował do nas tuż przed Bożym Narodzeniem. 

 
W plecaku znaleźliśmy:

Przeczytaliśmy. Pooglądaliśmy. Znowu czytaliśmy. I zdecydowano, że:
Gloria Starsza zdecydowanie jest zwolenniczką książki o Albercie (cóż za piękne lustro!) oraz historyjki o Pomelo.
Gloria Młodsza zakumplowała się z Mamą Mu.
Ślubny uznał, że "Nusia i wilki" to najbardziej "rąbnięta" książka jaką czytał (wszak przedszkolaki na pytanie "co autor miał na myśli" odpowiedzą, że dokładnie to, co napisał, a nie będą szukać filozoficznych przesłań, prawda? Zatem książka, rozumiana wprost, jest najbardziej antypedagogiczną książką, którą czytał - po zapoznaniu się, przytakuję.)
A mnie zaskoczyła opowieść "Igor i lalki" - ot, chociażby ten fragment:

Lindebaum Pija, Igor i lalki, Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2009.
Jeden czerwony plecak, a cała rodzina jest zaangażowana w kulturalne dyskusje o książkach. Tak proste, a jakże genialne!

Jeśli ktoś ma kartę IKEA Family i po drodze mu do Poznania, Zakamarki oferują 15% zniżkę na swoje książki. Myślę, że warto. Chociażby po nieśmiertelne kontynuacje "Dzieci z Bullerbyn".

2 stycznia 2013

tryb "slow motion"


Chciałoby się rzec, że nasz blog od początku Adwentu idzie w bardzo ślimaczym tempie. Jakby wczoraj Adwent się zaczął, człowiek okiem nie mrugnął, a tu już i po Adwencie, po Bożym Narodzeniu, po Sylwestrze... Ba, nawet pierwszy dzień Nowego Roku minął!

Czasem tak się dzieje, gdy życie nam zza rogu wyskakuje z nowinami, które ścinają człowieka z nóg. Każdy chce wierzyć, że są sprawy, które dotyczą wszystkich innych tylko nie nas. Przykra prawda, że ci inni często okazują się być nami. 

Niemniej, u nas i Adwent był, i Boże Narodzenie było, i Sylwester był. Choć wszystko w wersji slow motion, takiej totalnie oderwanej od rzeczywistości. Ale to dzięki trybowi slow motion okazało się, że w naszym domu wypracowaliśmy już tradycje, bez których nasze dzieci nie wyobrażają sobie grudniowego funkcjonowania.


grudniowe spacery z aparatem


Międzynarodowy Festiwal Rzeźby Lodowej
 
 


pierniczenie z sąsiadami


widać, że dzieci były w kinie na Rudolfie Czerwononosym, prawda?

ręczna produkcja uszek z grzybami


* dorosła tradycja: czerwone wino i koktajl ala Nigella Lawson (ten z owocami i sokiem z liczi) przy dekorowaniu domu 
 

Można mieć tylko nadzieję, że do tradycji nie przejdzie samotne picie wystrzałowej oranżady Picollo w towarzystwie dzieci o północy w Sylwestra...

1 stycznia 2013

Witajcie!

Do Nowego Roku 2014 pozostało już tylko 364 dni i kilkanaście godzin.

Tego roku, który mamy teraz, miało przecież nie być, prawda? Ach, ci Majowie. Taka klapa. Nic jednak straconego, bo już znaleźli się tacy, którzy zapowiadają kolejny koniec świata - za jakieś sześć lat. Przynajmniej podstawówkę Glorii Starszej przeżyjemy we względnym spokoju...

A więc 2013. Już sam zapis wygląda kosmicznie.
Północ spędzona w towarzystwie córek, w gustownych szlafrokach i z wiśniowym szamponem Piccolo w ręce, podczas gdy Ślubny dzielnie ratował jakiegoś psiaka będąc na dyżurze w pracy. Fajerwerki za oknem nawet ładne były, choć wyjątkowo szybko się skończyły. Niecałe pół godziny i cisza.

I tej ciszy sobie i Wam życzymy. Ciszy, która świadczy o tym, że życie nie wyskoczyło zza rogu z kolejną zaskakującą niespodzianką. My nasz limit zaskoczeń i niespodzianek wyczerpaliśmy w minionym roku. A zatem:

Drogi Nowy Roku 2013, wiedz, że Porankowa Rodzina wyjechała na bezludną wyspę i będzie nieosiągalna przez kolejne 364 dni. Żartuję. Byliśmy, jesteśmy i będziemy. Tylko czasem nie będziemy otwierać drzwi ani odbierać telefonów...
Do Nowego Roku 2014 pozostało już tylko...