Porankowy INSTAGRAM

28 października 2010

czerwony autobus

Pan Bóg kazał się dzielić. Jest to jedno z pierwszych prawideł rządzących naszym światem, które do perfekcji opanowała Gloria Starsza - szczególnie w sytuacji, gdy dostrzega niesprawiedliwość społeczną przejawiającą się w tym, że jej siostra ma coś, czego ona nie ma.
- Ulka, Pan Bóg kazał się dzielić, ja nie mam. Proszę, daj mi kawałek (ciastka, czekoladki, cukierka, ciastoliny, misia czy innej zabawki). O dziwo, dziecię zawsze dostaje to, czego chce...

Ostatnio przyszło nam ćwiczyć to dzielenie się w kontakcie z innymi. I muszę przyznać, że z dzieci mogę być dumna.
Nasze drzwi wejściowe mają chyba jakieś niewidoczne oznakowanie nakazujące potrzebującym pukać właśnie do nas. I to nie byle jakim potrzebującym.
- Dzień dobry, czy mogłaby mi pani pomóc? Mam w domu dwumiesięczne bliźniaki. Potrzebuję dla nich jedzenia - uśmiechnęła się smutno kobieta stojąca za drzwiami. Znana mi z widzenia, tak na marginesie.
- Dwumiesięczne to jeszcze mało jedzą. Nie wiem, czy mam w domu coś takiego.
- Potrzebuję Nutramigen 1 (to rodzaj mleka w proszku - przyp. aut.)). Bo one są uczulone.
Pani zdecydowanie i wyłącznie była zainteresowana pozyskaniem Nutramigenu.

Kilka dni później do drzwi zapukała kolejna pani. Tym razem w towarzystwie... dziecka - chłopca, na oko 5 lat. Pani również bardzo uprzejmie, nie narzucając się poprosiła o jedzenie.
- Jasne, niech pomyślę, co mogę pani dać - odparłam analizując zapasy domowe.
- Tylko musi być bezglutenowe i mieć dużo węglowodanów - dorzuciła pani.
- ??? - w duchu, poważnie, po raz pierwszy w życiu zaklęłam na myśl o pomocy potrzebującym i sama siebie pytałam, czy na drzwiach mam napisane "sklep z żywnością specjalistyczną"...
- A proszę pani, a czy ma pani jakąś zabawkę - cicho zapytał chłopiec i wlepił swoje oczy w moje dzieci. - Jakieś autko...
- Nie wiem kochanie, czy mamy autko w domu. Widzisz, że tu są dwie dziewczynki. Ale poszukam. Może jakiś misiek się znajdzie, co? - pluszaki zalegające w siatce "na wydanie" zaczęły z radości podskakiwać w szafie.
- On nie może, on jest uczulony na roztocza - zgasiła radość pani za drzwiami.

I wtedy moje dzieci przeszły same siebie, bo Gloria Młodsza poleciała do pokoju i wygrzebała spod góry klocków czerwony drewniany autobus. Gloria Starsza autobus przejęła i pokazały chłopcu.
- Chcesz?
- Tak! - i chłopiec odjechał autobusem w siną dal zanim zdążyłam mrugnąć okiem.
- Pan Bóg kazał się dzielić, prawda? - zapytała czterolatka, po czym dodała - ale on mi to zaraz odda, prawda?
I potem mieliśmy pięć minut lamentu nad czerwonym autobusem, który okazał się nagle wyjątkowo ważny. Ale po pięciu minutach dziecko doszło do wniosku, że chłopiec się będzie z autobusu cieszył. I przeszło nad tym do porządku dziennego.

Jak Boga kocham, jak zobaczę gdzieś taki sam czerwony autobus to go kupię. Na pamiątkę.

A drzwi póki co przestałam otwierać. Bo boję się, że pewnego dnia zobaczę za nimi kolejkę ludzi z potrzebami wszelakimi... W tej chwili mnie to przerasta...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz