Porankowy INSTAGRAM

18 kwietnia 2011

reguły gry

Zawitałyśmy we trzy na plac zabaw. Taki plac nieco na uboczu, dość obszerny jeśli chodzi o teren, otoczony wysokim płotem z siatki, bo - de facto - znajduje się na terenie pobliskiej szkoły. Popołudniami na tym placu nie ma zbyt wielu osób, a i rankiem w piaskownicy przesiaduje tylko kilka, wciąż tych samych mam.

Tego dnia po tym placu zabaw krążył jednak pan. Młody. Na moje oko: 25-26 lat maksymalnie. Wydawało się na pierwszy rzut oka, że był sam. Glorie dostały więc na wejściu rozkaz trzymania się blisko, w zasięgu wzroku i ręki - a ja wzięłam osobnika na celownik.
Pierwsze, co zauważyłam: pan był poddenerwowany.
Drugie, co zauważyłam: nieopodal, przy krzaczkach leżał rower. Dziecięcy, tzw. góral.

Pan nerwowo przechadzał się po placu zabaw. Nerwowo, choć wcale nie szybko - ot, tak sobie dreptał z kącika w kącik, z coraz większymi wypiekami na twarzy. Po chwili stało się jasne, że szuka dziecka. Bawili się w chowanego - dziecko się chowa, pan szuka. Na tym naszym obszernym placu zabaw, otoczonym płotem z siatki, placu nieopodal garaży i śmietników...

- Piotrusiu, gdzie jesteś? - zawołał w końcu nieśmiało ów pan. W jego głosie nie było słychać ani stanowczości ani zdenerwowania. Nawet wtedy, gdy zawołał po raz dziesiąty, po tym, jak zajrzał w każdy kąt placu zabaw, za każde drzewo i pod każdy krzak. Nie było słychać ani stanowczości ani zdenerwowania nawet wtedy, gdy zaczął szukać dziecka między garażami, poza terenem placu, a mnie serce podeszło do gardła i przez myśl przebiegły wszystkie dotąd obejrzane seriale sensacyjne o porwanych dzieciach. Zaoferowałyśmy pomoc - my, czyli ja w imieniu swoim i Glori, bo dziewczyny teren placu zabaw i szkoły znają jak własną kieszeń.

Po kwadransie poszukiwań Piotruś się znalazł (a raczej powinnam powiedzieć, że to pan znalazł Piotrusia). Dziecko schowało się za pomnikiem, z drugiej strony szkoły. Było zaskoczone tym, że jego opiekun, gdy go znalazł, bardzo się zdenerwował i na niego nakrzyczał.

I wtedy odczułam dość dobitnie, że bycie zawodowym pedagogiem jest przekleństwem. Musiałam siłą woli powstrzymać się przed tym, żeby do pana-opiekuna nie podejść, nie nawrzeszczeć na niego i nie zrobić mu wykładu o odpowiedzialności i o regułach gry.

Bo, proszę państwa, nawet zwykła zabawa w chowanego, mimo, że jest tylko zabawą, musi być podporządkowana regułom gry zwanej "wychowanie", a reguły tej gry muszą znać i muszą przyjąć nie tylko dzieci, ale przede wszystkim dorośli.

Piotrusia zrobiło mi się żal...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz