Porankowy INSTAGRAM

10 kwietnia 2011

operacja przedszkole

Zbliża się wielkimi krokami ten dzień, gdy w samo południe rodzice trzylatków będą nerwowo podskakiwać przed drzwiami przedszkoli usiłując dostrzec swoje nazwisko na liście przyjętych.
 Tak... Pewnego dnia - wbrew sobie i swoim przekonaniom - doszłam do wniosku, że koniec tego dobrego i dzieci MUSZĄ iść do przedszkola. Bo zwariuję. Z początkiem nowego roku rozpoczęliśmy więc operację PRZEDSZKOLE. Skomplikowaną, świadomą, wieloetapową, nerwową operację.

Etap I. Pierwsze strzyżenie - rozpoznanie terenu
a)      Niczym detektyw Eve Dallas, wydałam polecenie wyszukiwarce: „Goguś, wyszukaj przedszkola w mieście P., dzielnica X”. Kilka sekund i voila, lista gotowa. Hmmm... Kto by przypuszczał, że tyle placówek jest w naszej dzielnicy? Trzeba zawęzić poszukiwania. Przez głowę przelatuje lista pytań: jak daleko jest za daleko? Kto będzie odbierał Porankowe Glorie w razie przysłowiowego W? O której trzeba będzie wstać, żeby Glorie dotarły do przedszkola na czas? Poważnie, wybór przedszkola to nie takie proste zadanie. Trzeba wziąć pod uwagę wszystkie uwarunkowania rodzinne. Kolejne polecenie zatem: „Goguś, wybierz z listy przedszkola w promieniu X przecznic od miejsca zamieszkania Porankowych Glori”. Taaak... „Goguś, podziel przedszkola na publiczne i niepubliczne”. Już lepiej. Drukuj - lista w ręce. Przerwa na kawę. Matko jedyna! Czy ja zwariowałam?
b)      Intuicjo działaj! Patrzę na listę potencjalnych kandydatów na przedszkola moich dzieci i dokonuję wstępnej selekcji. Czy droga w TĄ stronę będzie drogą, którą będzie nam się chciało chodzić? Jaki jest dojazd alternatywny do i z przedszkola? Jakie są atrakcje w okolicy? Czy okolica jest bezpieczna i w miarę znajoma dzieciom? Prawie sprawdzam statystyki policyjne... Nie, aż tak mi nie odbiło. No dobra: „Goguś, wskaż przedszkola, które mają swoją stronę www”. Tak, to zdecydowanie najlepsze kryterium - pokaż mi swoją stronę www, a powiem ci, kim jesteś...
c)      Lista została stanowczo okrojona. Czas na „wizję lokalną”. Rzucam więc hasło: dzieciaki na spacer!

Etap II. Drugie strzyżenie - drzwi otwarte
a)      Na liście zostały cztery przedszkola, choć tak na prawdę dzieciaki wybrały już to jedno jedyne. Piękne, kolorowe, na ulicy o uroczo brzmiącej nazwie. „Goguś, znajdź termin drzwi otwartych w przedszkolu X, Y, Z i ... (kurcze, alfabet się skończył ;)”. Daty wpisane do kalendarza.
b)      Na pierwsze drzwi otwarte zaspaliśmy. Poważnie. Jak nie ma nic do roboty, dzieci budzą się o świcie. A jak Porankowy Tata akurat tego dnia ma specjalnie dzień wolny, mamy plany i o 9:30 powinniśmy się stawić na progu przedszkola... No cóż... NIE WYROBILIŚMY SIĘ NA 9:30! Ale jak to mówią, nic nie dzieje się bez przyczyny...
c)      Drzwi otwarte w „przedszkolu marzeń”. Dotarliśmy na czas.

Na uliczce przed przedszkolem tłumy. Wchodzimy do środka. „Matko, czy ja śnię?” - pytam siebie w duchu. Porankowy Tata robi wielkie oczy.

Miła pani wręcza dzieciom (punkt dla przedszkola) identyfikatory i wskazuje stolik, przy którym można wpisać na nich swoje imię. Pokazuje nam też miejsce, w którym można się przebrać w kapcie. Porankowe Glorie zauroczone siadają przy stoliczkach - Gloria Starsza samodzielnie wpisuje swoje imię i przykleja serduszka. Rozglądam się dookoła - przy pozostałych stoliczkach siedzą rodzice i mocują się z pisakami, naklejkami i identyfikatorami.

Pani Dyrektor zaprasza nas do zwiedzania przedszkola. Drzwi otwarte pełną gębą - wejdź, człowieku i oglądaj, co chcesz. Masz pytanie - pytaj. Zajrzyj do każdego kąta. Pozwól dziecku się pobawić czym chce. Zrobiliśmy więc pierwszy obchód - rodzinnie. Gloria Młodsza zakochała się w łazienkach - skorzystała z każdego małego sedesu, który znalazła i umyła ręce w każdej umywalce. Panie przedszkolanki przeżyły szok, gdy dostrzegły, że obie Glorie są w pełni samodzielne i potrafią same skorzystać z toalety i umyć ręce, a my za nimi nie biegamy z torbą z pieluchami (sic!).

Po kwadransie Glorie uznały, że jesteśmy zbędni i zajęły się swoimi sprawami, czyli zawładnęły stolikiem do prac plastycznych. Wykorzystałam moment i jak „Szpieg Szagówa” zrobiłam obchód na własną rękę.

Po pierwsze, rzuciłam swoje pedagogiczne oko na sprzęt i „myśl pedagogiczną”. Nie mam się w sumie do czego przyczepić (choć, jeśli w jakimkolwiek przedszkolu teczka mojego dziecka zostanie opatrzona naklejką: Elżunia lub Urszulka - wyjdę z siebie!).

Po drugie, panie przedszkolanki. Tak, cóż... W takich okolicznościach też bym miała braki w energii. Na wszelkie pytania odpowiadały jednak zbornie.

Po trzecie, rzut w stronę dyrekcji... Przez dłuższą chwilę przysłuchiwałam się rozmowie pani dyrektor z matkami. Pierwsza zła wiadomość - przedszkole w nowym roku może przyjąć maksymalnie 20 trzylatków... Uuuuu... Mamusia w futerku wyszczerzyła zęby i rzuciła „Mam firmę taką a taką, jestem przekonana, że uda nam się dojść do porozumienia. Chętnie przekażę potrzebne materiały dla CAŁEGO przedszkola”... Uuuuu... Ostro i wprost. Czy ja śnię??? Zrezygnowałam z przysłuchiwania się rozmowie, gdy mamusie w szpilkach i futerkach zaczęły się przerzucać informacjami, która dostaje ile alimentów i która ma gorszą sytuację finansową... Dopadłam więc panią wicedyrektor i ucięłam sobie pogawędkę. O programie wychowawczym. O ochronie danych osobowych. O upublicznianiu wizerunku dziecka za zgodą i bez zgody rodzica. Duuużżżżyyyy plus dla przedszkola w każdej kategorii. Także za cierpliwość względem matki-neurotyczki.

No i po czwarte, przegląd towarzystwa. Jakby na to nie spojrzeć, przedszkole to przestrzeń społeczna złożona z dzieci i ich rodziców. A zatem... Czy młode znajdą tu koleżanki i kolegów, z którymi będą chciały się spotykać poza przedszkolem? Czy jako rodzice odnajdziemy tu jakieś „bratnie dusze”? Bo powiedzmy sobie szczerze, do normalnych nie należymy ;) Odpowiedź na powyższe pytania była mało zadowalająca... Jakoś nie widzę moich Glori w towarzystwie Nataszki, Nikusia, Vaneski czy Wiktorki (pisownia oryginalna wzięta z identyfikatorów - czy każdy rodzic MUSI zdrabniać imię dziecka?). Nie widzę też nas w towarzystwie tych mamuś i tatusiów, których tam spotkaliśmy... No ale...

W drodze do domu zapytałam Glorie, czy im się podobało w przedszkolu. Przytaknęły. Zapytałam Ślubnego, czy mu się podobało. Przytaknął. Zapytałam, czy idziemy na kolejne drzwi otwarte do innego przedszkola. Usłyszałam od dzieci: a po co? Będziemy chodzić tutaj.

Etap III. Trzecie strzyżenie - wybór finalistów i wbijanie gwoździ do trumien przegranych
a)      Klamka zapadła. Przynajmniej jeśli chodzi o przedszkole pierwszego wyboru. Rodzina o innych przedszkolach słyszeć nie chce, a przecież trzeba coś wpisać jako alternatywę. Bądźmy realistami. Zostałam sama na placu boju. „Komputer, znajdź wszystkie wyniki dla hasła: przedszkole nr 00 w mieście P”. Ooo, ciekawe. Tu was mam! Niezabezpieczona galeria internetowa. Zdjęcia dzieci z danego przedszkola podane na tacy oszołomom sieciowym. Na tym punkcie jestem przeczulona. Wiem o przypadkach, gdy rodzic znajduje „śmieszną” fotkę swojej pociechy wykorzystaną w Demotywatorach. No i proszę! Kolejna ogólnodostępna galeria z drzwi otwartych w innym przedszkolu i moja sąsiadka z dzieckiem na zdjęciu. Lecę więc drzwi obok i pytam: „Sąsiadka, wiesz, że jesteś w internecie na zdjęciu?”. Widzę jak jej oczy robią się coraz większe. Oj, paskudnie. Pokazuję jej zdjęcie. Przy okazji zaczynam się mu dokładnie przyglądać. Sflaczałe baloniki sylwestrowe na ścianie, odrapane i uszkodzone (sic!) stoliki, lalka bez ręki (sic!)... Matko, bycie pedagogiem, który jest dzieckiem pedagogów jest koszmarne. Normalny rodzic pewnie na to by nie spojrzał... Dla mnie to ważne.
b)      Mam okazję zobaczyć jedno z potencjalnych przedszkoli od środka w „sytuacji naturalnej” - poproszono mnie - ciotkę - o odbiór dziecka. Wierzcie mi, nie chcecie wiedzieć, jaki jest poziom zabezpieczeń w niektórych placówkach... Przedszkole skreślone z listy...

Po dwóch miesiącach wybraliśmy. 1 marca o 8:00 podania wylądowały w sekretariacie przedszkola marzeń. Do 20 kwietnia w południe mamy spokój. Potem czeka nas (albo i nie) przygotowanie do akcji PRZEDSZKOLAK.

Powinni robić szkolenia i wydawać licencję na bycie rodzicem, bo to sztuka wymagająca nadludzkich umiejętności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz