Porankowy INSTAGRAM

16 sierpnia 2007

rzecz o słoiczkach, czyli bądź tu mądry

Nasza rewelacyjna pani doktor - pediatra, a już niedługo i lekarz rodzinny (pozdrawiamy ciepło!) - stwierdziła podczas ostatniej wizyty prawie 6 tygodni temu, że nic nie stoi na przeszkodzie, by Porankowa Panienka zaczęła spożywać względnie normalne jedzenie. Zasugerowała, by początkowo wprowadzić soczki, następnie owoce i warzywa, potem warzywa z mięsem, a na końcu kaszki. Zaznaczyła też, że najlepiej, by dziecię wystartowało od spożywania dań słoiczkowych, żeby mieć pewność, że są to dania przygotowane z dobrych produktów, a jeśli pojawi się alergia, by mieć pewność, że to alergia na dane warzywo/owoc, a nie na chemię w nim zawartą.
Plan wydawał się łatwy. Porankowa rodzina zaopatrzyła się więc w małe słoiczki z marchewką, jabłuszkiem oraz buteleczki z sokiem jabłkowym. Juniorka zajadała ze smakiem nie wykazując objawów alergii. Do menu wprowadzono więc dania dwuskładnikowe: jabłko z marchewką, marchewkę z ziemniakami, a jak nie było negatywnego odzewu na ziemniaki, dziecię dostało ziemniaki z dynią, marchewkę z ziemniakami i dynią itd... No ale jak długo można się żywić marchewką, ziemniakami i jabłkiem (pomijam tu kwestię soczków i kaszek, bo rzecz dziś o słoiczkach)? Porankowa Panienka dostała zatem kurczaka, indyka, cielęcinkę i królika - wszystko w wydaniu słoiczkowym, oczywiście - które jej bardzo zasmakowały, tak że teraz nie che już jeść samych warzyw...
Wracając jednak do meritum, Porankowa Mama obserwując żarłoczność swojego dziecka i z radością odnotowując, że nie widać alergii na jedzenie, a także dbając o finanse rodziny, postanowiła wbrew zaleceniom lekarza gotować czasem obiadki samodzielnie. Porankowa Panienka zjada je z chęcią, Porankowa Mama jest zadowolona i ogólnie wszyscy są szczęśliwi. W czym więc rzecz?
Otóż od czasu do czasu, porankowi rodzice - chcąc sprawić dziecku przyjemność i dorzucić nowy smak - wybierają się na słoiczkowe zakupy. Wydawać by się mogło, że wybór jest duży i łatwo można kupić danie odpowiadające wiekowi i gustom młodego smakosza. Wydawać by się mogło, ale tak nie jest. I jak zwykle wszystkiemu winna Porankowa Mama i jej nałóg czytania etykietek.
Gdyby jednak Porankowa Mama etykietek nie czytała, a Porankowa Panienka nie daj Boże na coś się uczuliła, nikt nie wiedziałby, co jest alergenem. Któż bowiem, kupując marchewkę ze słodką kukurydzą, podejrzewa, że danie to zawiera zielony groszek? Albo że marchewka z ziemniakami to przede wszystkim ryż? Albo że zupka jarzynowa polskiej produkcji robiona jest na bazie soi i zawiera cebulę?
Ze słoiczkami jest problem jeszcze jeden. Każda firma ma inną rozmiarówkę. I tak, dla dzieci w okolicach 5-6 miesiąca życia słoiczki obiadowe zawierają z reguły 190g posiłku. Ale spotkać też można słoiczki 125g. I skąd mamy wiedzieć, ile powinna zjeść nasza mała baba? Kupujemy te większe...
Wczoraj zaś słoiczek z delikatnym rosołkiem z cielęciny z ryżem (bo w końcu Porankowa Panienka ów ryż jada i jak dotąd nic jej po nim nie jest) wprawił Porankową Mamę w zadziwienie innego typu. Ładnie wyglądający rosołek po przelaniu do miseczki do złudzenia przypominał konsystencją krupnik. Porankowa Mama zwątpiła i sprawdziła jeszcze raz, jakie jest wskazanie producenta, co do wieku odbiorcy dania. Na słoiczku wyraźnie widniał napis: od 5 miesiąca. Porankowa Mama zerknęła na zawartość miseczki, zerknęła na dwa zęby Porankowej Panienki i jakoś nie umiała sobie wyobrazić, że tymi dwoma jedynkami można pogryźć cały ryż i kawałki warzyw. Pech chciał, że Juniorka załapała, iż pełna miska oznacza jedzenie i głośno wyraziła swoje zainteresowanie w tej materii. Porankowa Mama eksperymentalnie nabrała rosołokrupnik na łyżeczkę i wsunęła w otwartą paszczę niemowlaka czekając z pewną taką nieśmiałością aż obiad wyląduje na jej twarzy. Porankowa Panienka wpierw się otrząsnęła, ale po chwili przełknęła porcję zupki i rozdziawiła buzię oczekując dalszego jedzenia. Pochłonęła słoiczek w 10 minut i wydawało się, że wszystko jest w porządku.
Wieczorem nie mogła jednak zasnąć. O 2:00 obudziła się z płaczem i pieluchą załadowaną po brzegi. Do 5:00 rzucała się w łóżeczku walcząc z odbijającą się zawartością żołądka. Rano załadowała po raz kolejny pieluchę oddając światu rosołek w niezmienionej postaci. Od tej pory jest dość niespokojna i marudna, nie chce spać (a powinna już zaczynać swoją drugą drzemkę dzienną) ani jeść. Porankowa Mama zwala winę na słoiczek, a raczej na jego konsystencję i domaga się informacji, co takiego było w zawartości zupki, o czym producent zapomniał wspomnieć?

Z nowości dodamy jeszcze, że od wczoraj Porankowa Panienka samodzielnie wstaje bez pomocy osób trzecich, choć z pomocą swojego leżaczko-bujaczka... Nadchodzą ciężkie czasy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz