Porankowy INSTAGRAM

13 lipca 2011

sąsiad piętro wyżej

Mieszkanie w bloku ma swoje plusy i minusy. Jednym z nich - zarówno plusem, jak i minusem - są sąsiedzi. Szczęśliwie dla nas, sąsiedzi z naszego piętra to plus. Jeśli jednak pomyślimy o sąsiadach nad nami... Cóż...

Sąsiadów piętro wyżej poznaliśmy nieco z zaskoczenia. Pewnego ranka, jakieś pół roku temu, w naszym mieszkaniu zaczął unosić się zapach świeżego gipsu. Taki charakterystyczny, wilgotny zapach gipsu. Zaczęłyśmy z młodymi wąchać... No i wywąchałyśmy mega wilgotną plamę na suficie u nich w pokoju. Plamę, która na moich oczach robiła się coraz większa i większa.


- Dziewuchy, kapcie na nogi! Lecimy do sąsiadów!
No i pobiegłyśmy piętro wyżej. Po drodze wytłumaczyłam nieco zdezorientowanym dzieciom, że sąsiedzi zalewają wodą ich sufit. Były oburzone - trudno się zresztą dziwić.
Wpierw elegancko zadzwoniłyśmy dzwonkiem. Głucho. "Matko jedyna, a jeśli ta woda się w środku leje bez nadzoru?" - pomyślałam i zaczęłam szukać rozwiązania. Dzwonić do administracji? Na policję? Po strażaków? Ja myślałam, a młode zaczęły walić pięściami do drzwi. Ku mojemu zdziwieniu zza tych drzwi dobiegł nagle jakiś szelest.
- Walcie mocniej! - rozkazałam. Drzwi się otworzyły. Ledwo zdążyłam rzucić okiem na sąsiada, Gloria Starsza wypaliła:
- Leje pan wodą na mój sufit!
A młodsza wyciągnęła palec, pogroziła nim i wrzasnęła:
- NIE WOLNO!
Sąsiad zrobił wielkie oczy i spojrzał przerażony na mnie. Nie wiem, czy wiele zobaczył, bo sądząc po wyglądzie i zachowaniu, albo był po nieprzespanej nocy, albo własnie spał, albo był w stanie "po spożyciu" jakiegoś zakazanego ziela.
- Sąsiad wybaczy najście. Mieszkamy piętro niżej i śmiemy przypuszczać, że nas sąsiad zalewa - rzekłam i w duchu dodałam "mam nadzieję, że sąsiad rozumie, co mówię!". - Na suficie u dzieci pojawiła się właśnie wielka, mokra plama.
- NIE WOLNO! - dodała Gloria Młodsza.
- Nieeee... - wydusił z siebie powoli sąsiad.
- Człowieku, mam wodę na suficie. Woda leci od Was. Zapytam prosto: czy Ty masz wodę na podłodze?
- Nieeee...
Jak Boga kocham, różne przypadki już widziałam, ale ten przeszedł moje oczekiwania. Na szczęście, nim krew mnie zalała, sąsiad nieco zaskoczył, bo rzekł po chwili namysłu: ale wczoraj nam faktycznie pralka w nocy wylała i miałem wody po kostki... Ale wytarłem!
BINGO!
- Czyli teraz nic się nie leje, tak?
- Nieee...
- A ty wynajmujesz czy jesteś właścicielem tego mieszkania?
Oczy sąsiada zrobiły się jeszcze większe, złapał się za nieuczesaną głowę i wszystko stało się jasne...
- Ok, to słuchaj pan. Tu masz mój numer i nazwisko. Jak się obudzisz, zadzwoń i podaj mi namiary na właściciela. A ja mojego męża przyślę za kilka godzin, jak z pracy wróci...

I tak poznałam sąsiada. Tego właściwego - rzeczywiście mieszkającego. STUDENTA.
Potem poznałam jego współlokatorkę. Dziewczyna byłaby fajna, gdyby z uporem maniaka nie mówiła do nas per Pani/Pan. Zaproponowaliśmy przejście na ty... Nie dało się.

Po incydencie z pralką sąsiedzi byli jak do rany przyłóż. Zero zalań, zero hałasu. Aż do maja - śmiemy podejrzewać, że nastąpiła wtedy zmiana warty i to już inni sąsiedzi niż ci, których poznaliśmy - gdy nagle zaczęli urządzać całonocne imprezy ze śpiewem i grą na gitarze. Trzeba przyznać, że repertuar mieli całkiem przyjemny dla ucha. Klasyka rocka - polskiego i zagranicznego. Trochę staroci filmowych (Dirty Dancing! Uwierzycie?!) Nasze klimaty. Dzieciakom nie przeszkadzało, o dziwo. Ani razu się nie obudziły...
Potem był incydent z lejącym się piwem, o którym chyba już pisałam.
A potem... Potem sąsiad nabył gitarę elektryczną z piecykiem... To ja powtórzę raz jeszcze, gdyby drodzy Czytelnicy nie załapali: GITARA, WZMACNIACZ, BLOK, LATO, OTWARTE OKNA.

I ponownie, skłamałabym, gdybym stwierdziła, że to granie nam bardzo przeszkadza. Fakt, jest natrętne, jest głośne. No ale zdarza się, że sąsiadowi dany cover wyjdzie (ostatnio namiętnie ćwiczy "Nothing else matters" Metallici) i miło tego posłuchać.
Dzisiaj jednak przeszedł samego siebie...

Glorie wypadły na balkon z radością, gdy tylko usłyszały pierwsze brzdęki gitarowe. Potańczyły chwilkę, pośpiewały i nagle Starsza woła:
- Mama! Coś mi na głowę spadło!
Lecę więc do dziecka mając czarne wizje przed oczami. Młoda, cała i zdrowa, pokazuje palcem na parapet i rzecze:
- O, tu teraz leży. Wyleciało z tego okna - pokazuje na okno sąsiada/gitarzysty - i mnie w głowę uderzyło. Co to jest?
No i wierzcie mi, że mnie zamurowało... Bo są pewne granice...


Zastanawiam się, czy oddać sąsiadowi zgubę, czy nie?

No, to tyle w temacie sąsiad.

Dziecku powiedziałam, że to papierek od cukierka. Truskawkami pachniało...

2 komentarze:

  1. upłakałam sie jak norka wlasnie...nie mam siły nawet komentiwac, ale notka genialna:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja bym przesłała, jakimś liścikiem z notką. Taką ni to uprzejmą, ni to ironiczną. Co by go też zamurowało... ;D

    OdpowiedzUsuń