Porankowy INSTAGRAM

2 grudnia 2008

tam, gdzie chodników już nie ma...

A to się Porankowe Kobiety urządziły. Wybrały się dosłownie na koniec świata. Same. Pieszo. Ale od początku.
Porankowa Panienka została skierowana przez Porankową Panią Pediatrę do alergologa. Jako że skierowanie to otrzymała pod koniec października, wizyta sponsorowana przez NFZ raczej nie wchodziła w rachubę. Porankowa Mama słyszała bowiem każdorazowo, że "w grudniu, proszę pani, będziemy robić zapisy. Na marzec". Acha. Trzeba było zatem poszukać alergologa prywatnie.
W porankowym mieście jest jedno znane centrum, do którego swego czasu chadzała Porankowa Mama. Osobiste doświadczenia skłoniły ją jednak do tego, by do owego centrum własnego dziecka nie kierować. Znalazła więc inne, położone w sumie nie tak daleko, z - jak to podali na stronie www - dogodnym dojazdem autobusami kilku linii. Zadzwoniła więc, umówiła Porankową Panienkę do alergologa, który jest zarazem pediatrą i w wyznaczonym dniu pojechały.
No właśnie... Tego dnia Porankową Panienkę jakby coś trafiło i spać w dzień nie chciała. Wizyta u lekarza na 16:30 była więc wizytą w czasie, gdy głowa dziecku zaczynała opadać pod ciężarem wrażeń mijającego dnia. Ale cóż było robić. O 15:30 kobiety wyruszyły na wyprawę.
Autobus elegancko przyjechał o czasie. Drugi, na który trzeba się było przesiąść, też nie kazał na siebie czekać. Szkoda tylko, że w nim widok matki z dwulatkiem na nikim nie zrobił wrażenia i ponad kwadrans obie Porankowe Kobiety stały w przejściu... Widziały przynajmniej dokładnie widoki zza okna, a więc - jak miały nadzieję - zobaczą także straż pożarną, obok której miały wysiąść.
I wydawało się, że zobaczyły. Wysiadły. Ulicy, która według planu na stronie www powinna znajdować się w pobliżu, jednak nie zobaczyły. Tubylec, zapytany od drogę, uprzejmie wskazał palcem hen daleko i stwierdził: "za tymi dużymi światłami... jest przystanek". Tak, wysiadły przystanek za szybko.
- Elżbieto, wskakuj - rzekła więc Porankowa Mama podając dziecku ramię.
Szły sobie dobre dziesięć minut i rzeczywiście trafiły na budynek straży pożarnej. Pięć minut przed umówioną wizytą. A straż, jak to straż, dla dziecka jest wielce interesująca. Szczególnie, jak przed budynkiem stoją dwa wozy, a panowie w pełnym umundurowaniu myją je wodą z sikawek... Pięknie.
- Elżbieto, wskakuj. Nie mamy czasu na flirty z panami w mundurze.
- Papa! Ela tam! - rzuciło dziecię na odchodnym i grzecznie zaczęło dreptać.
Po sporym kawałku, któy przeszły, Porankowa Mama zdecydowała, że musi wziąć córkę na rękę, bo ulicy, na której jest "centrum alergologii" nadal nie widać, a czas goni. Do tego, na dworze robiło się coraz ciemniej.

Zziajana, zdyszana, purpurowa z wysiłku noszenia dwulatki, która gabarytowo i wagowo jest jak czterolatka, Porankowa Mama w końcu wpadła do pokoju, w którym znajdowała się rejestracja.
- Dzień dobry, byłyśmy umówione na 16:30 do dr G. (nie mylić ze słynnym doktorem G z telewizji i afery korupcyjnej). Porankowa Elżbieta.
- Czy córka jest osobą dorosła? - zapytała pani z rejestracji.
- (A czy ja wyglądam na matkę dorosłego dziecka, hę) Nie, proszę pani, córka ma niecałe dwa lata i stoi tu - odpowiedziała urażona Porankowa Mama wskazując pod ladę, gdzie szczerzyło się 16 zębów Porankowej Panienki.
- Aaaaa, faktycznie. Pan doktor poprosi do gabinetu nr 3.

(O 16:50 pan doktor poprosił, dziecię radośnie wkroczyło do gabinetu, zrobiło tam porządek, poddało się dobrowolnie wszystkim badaniom (właściwie to rozebrało się i położyło na kozetce już na wejściu), elegancko pokazało język, kazało sobie zdezynfekować ręce i z rozbrajającą szczerością oznajmiło, że doktorowi brakuje włosów. Po pół godzinie kobiety wyszły z wizją konieczności pobrania krwi w celu zrobienia testów... Testy zrobiono, Porankowa Panienka była bardzo dzielna, wyniki będą za tydzień.)

- Elżbieto, idziemy szukać autobusu - oznajmiła Porankowa Mama po uregulowaniu płatności i ubraniu córki.
- yhyyyyym!
I wyszły. I to był błąd. (vv / / v/ / / / / / / . hggr6 - dopisek Porankowej Panienki :D)

Niedaleko centrum alergologii była dość spora ulica, a po niej wyraźnie sunął autobus - co oznacza niewątpliwie kontakt z cywilizacją. Porankowym Kobietom nie chciało się wracać pieszo drogą, którą przyszły - ciemno, zimno i do tego daleko. Postanowiły iść więc w stronę światła mijającego autobusu. Znalazły chodniczek prowadzący z parkingu sklepu, znajdującego się nieopodal, do przejścia dla pieszych - przejścia z sygnalizacją świetlną, żeby nie było. Przeszły. Znalazły się na chodniku i zaczęły iść w stronę domniemanego przystanku autobusowego. Chodnik się jednak skończyło po ok. 50 metrach, a dalej była ciemność i błoto. Ale wytrwale szły przekonane, że jak autobus jest to i przystanek być musi... Po kolejnych 50 metrach Porankowej Panience skończył się prowiant i zaczęły się plątać nogi, a Porankowa Mama zaczęła przeklinać w duchu. W końcu postanowiła zawołać taksówkę..
- Dokąd przysłać? - zapytała pani dyspozytor.
- Dobre pytanie! Na bank na trawnik. Przy takiej dużej ulicy nieopodal centrum alergologii. Nie mam pojęcia, gdzie jestem, proszę pani, a jestem z dwulatkiem. Ciemno tu, zimno tu i w ogóle zadupie! - krzyknęła Porankowa Mama do słuchawki nieco przesadnie się irytując. - Przepraszam. Wyszłyśmy z ulicy D. i skierowałyśmy się w stronę ulicy z autami, widzę salon Skody. Wie pani gdzie jestem?
- Jasne. Taksówka już jedzie.
I chwała Panu! A przystanek był... 300 metrów dalej, gdzie chodników już nie ma i pobocza nie ma, i w ogóle... Kononowicz rządzi!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz