Porankowy INSTAGRAM

19 lutego 2009

sylabus

Rzecz dziś będzie o sylabusie, przez który porankowe panny przez dwa wieczory matki nie widziały, Porankowy Tata miał niezły ubaw, a doktorat nie zyskał na objętości.
Niewtajemniczonym wyjaśnić należy, że sylabus jest to taki zwięzły opis przedmiotu prowadzonego na uczelni wyższej, który to opis ma być pomocny studentowi w zrozumieniu "co, po co, dlaczego i jak", przynajmniej tak powinno być w teorii. Prócz informacji podstawowych, tj. nazwa przedmiotu, rodzaj zajęć, liczba punktów ECTS, nazwisko prowadzącego itp., zawiera m. in. informacje o treściach zajęć, ich celach oraz o zalecanej literaturze. Dość ciekawie ów twór zwany sylabusem opisany jest tutaj oraz tutaj. Warto dodać, że Porankowa Mama jest jak najbardziej zwolennikiem sylabusów, pod warunkiem, że są one opracowywane nie dlatego, że trzeba, ale dlatego, że widzi się w ich istnieniu sens. Porankowa Mama widzi, choć doświadczenia ostatnich dni każą jej się zastanawiać, czy przypadkiem "Inny" nie widzi tego sensu aż za dużo...
Kim jest "Inny"? Cóż, trudno rzec. To ktoś (lub grupa ktosiów), kto uznał, że połączenie dwóch systemów komputerowych obsługi studenta na uczelni Porankowej Mamy wymaga uzupełnienia informacji o nowe sylabusy.
W czym przejawia się owo za duże widzenie sensu? Właśnie w tych sylabusach, a raczej w tym, jakie informacje trzeba w nich umieścić.
Nieszczęsny sylabus składa się z dwóch części. Pierwsza, informacyjna nie wzbudza większych emocji - podstawowe informacje, treści zajęć (czyli, o czym będzie mowa na poszczególnych zajęciach), efekty kształcenia (czyli, spis złudzeń prowadzącego, co do tego, co będzie umiał student po zajęciach) i literatura (czyli, spis tego, co inni napisali na temat zajęć, a do czego żaden student nigdy nie zajrzy). Emocje wzbudza część druga, którą elegancko opatrzono tytułem: nakład pracy studenta.
W części tej prowadzący przedmiot musi określić (tu cytaty z komentarza do sylabusa):
poprzez jakie działania ten efekt kształcenia (uczenia się) zostanie zrealizowany.
a także podać...
ile godzin średnio zdolny student musi poświęcić na poszczególne czynności.
O ile konieczność podania pierwszej informacji jest jak najbardziej zrozumiała (choć przypisywanie do każdego celu takich czynności, jak: wykład, lektura, osobista refleksja, dyskusja, praca w grupie itp. wcale nie jest zadaniem łatwym), o tyle szacowanie nakładu pracy średnio zdolnego studenta to już szczyt komizmu. Szczególnie, jeśli dodamy do tego komentarz-słowo wstępu:
(w ramach nakładu pracy należy uwzględnić uczestniczenie w zajęciach,
przygotowywanie się do zaliczenia, egzaminu, przygotowywanie prac, czytanie literatury itd.)
- Ile czasu może zająć studentowi przeczytanie artykułu, który ma 10 stron? - zapytała samą siebie Porankowa Mama, po czym dodała w duchu, opierając się na swoich doświadczeniach, że jeśli mowa o współczesnym studencie i o czytaniu ze zrozumieniem tekstów, które ona poleca, to zapewne tydzień.
W poniedziałek Porankowa Mama oszacowała nakład pracy studenta uwzględniając to, co zamierza robić na zajęciach i zakładając, że student będzie w tych zajęciach brał aktywny udział. We wtorek ją jednak olśniło, że oczekuje się od niej także uwzględnienia tego, ile czasu zajmie studentowi nabycie poszczególnych umiejętności, które chciałaby, żeby ów student posiadał. No ale jak tu obliczyć, ile czasu powinien przeznaczyć taki delikwent na myślenie, na osobistą refleksję, na zgłębianie literatury? Przecież te formy aktywności powinny być przez niego podejmowane stale, no, może z przerwą sen... I w sumie, po co w ogóle szacować czas potrzebny na przygotowanie się do zaliczenia? Przecież w paradoksalnej rzeczywistości akademickiej, jeśli się poda, że przewidywany czas uczenia się to trzy godziny, student gotów jest po tych trzech godzinach zamknąć zeszyt i oczekiwać, że otrzyma ocenę bardzo dobrą...
Zadaniu szacowania czasu pracy nie pomagał też fakt, że Porankowa Mama miała do rozdysponowania łącznie tylko 90 godzin - przedmiot, który prowadzi wyceniono bowiem na 3 punkty ECTS, a 1 taki punkt to około 25-30 godzin pracy studenta...

Minione dni Porankowa Mama spędziła więc na układaniu puzzli, nie wiedząc za bardzo, po co komu część "nakład pracy studenta", okraszając to układanie dziwnymi pytaniami i niekiedy przekleństwami i żałując zarazem, że takich sylabusów nie kazano pisać wcześniej. Bo gdyby pisano je wcześniej, miałaby wreszcie wytłumaczenie dla głupoty, z którą się styka przyjmując, że ma do czynienia ze studentami, którzy sztywno trzymali się wytycznych, co do nakładu pracy... A tak, jak wytłumaczyć sytuację, gdy student podyplomówki (z mgr przed nazwiskiem) cytuje myśl J. Korczaka podając, że pochodzi z książki "Ibidem" ("Jest pani pewna, że to taki tytuł książki?" - pyta Porankowa Mama, "Tak było w przypisie w tekście źródłowym, który pani dała" - odpowiada "student").

3 komentarze:

  1. Cóż, ja tam się nie znam, ale pewnie, jakby posumować godziny wynikające z eceteesów na cały semestr, to by się okazało, że nie ma kiedy spać... A może na odwrót, wyszłoby, że można studiować na raz na 4 kierunkach? Aż mnie korci, żeby to policzyć u mnie na matmie. Policzysz, Marto, w wolnej chwili, jak to jest u Was?

    A co do Ibidema, to ja też parę jego książek cytowałem w magisterce... ROTFL!

    OdpowiedzUsuń
  2. jasne że policzę, może uda mi się jutro na zajęciach? Moja miłość do uczelni przeminęła z wiatrem więc mi zaczyna wisieć, co robię ze studentami ;) a na poważnie, jak znajdę chwilkę to policzę i dam znać.
    A ten Ibidem w Twojej magisterce to mnie zaintrygował... Hmmm...

    OdpowiedzUsuń
  3. E, ale wtopiłem - faktycznie, Ibidem to tytuł;) (podobnie jak op.cit., rzecz jasna). Pamięć zawodzi - wolę nie liczyć, ile lat minęło, jak zakończyłem naukę łaciny... A teraz to stosuję raczej normalne powołania bibliograficzne - nie w przypisach, tylko zebrane na końcu pracy.

    OdpowiedzUsuń