Porankowy INSTAGRAM

29 lipca 2009

atak

Gdy się ma dzieci, nigdy nie da się przewidzieć, jak przebiegnie dzień. Nawet ten najbardziej zaplanowany. Ot, chociażby miniony poniedziałek.
Porankowe Panny umówiły się na zabawy w ogrodzie z kumpelami. Kumpele mieszkają niedaleko, spacerkiem kwadransik, w sam raz na przedpołudniowe wyjście. Nauczone doświadczeniem obie mamy (zarówno porankowa jak i kumpelowa) już dzień wcześniej potwierdzały odwiedziny upewniając się, czy rzeczywiście spotkanie wypali. Wypalić miało. Nawet w poniedziałek od rana wszystko wskazywało na to, że harce w ogrodzie się odbędą.
Gdy porankowe baby w poniedziałek o 10 ubierały buty do wyjścia, zadzwonił telefon. Kumpelowa mama poinformowała, że zamiast w stronę ogrodu zamierza udać się z dzieckiem w stronę lekarza - 38 stopni temperatury. Taaa... No zdarza się. No nic. Życzymy zdrowia.
Porankowej Panience dało się wytłumaczyć, że kumpela się rozchorowała, że źle się czuje, że odwiedzić w ogrodzie jej dziś nie można. Gorzej z Porankową Panieneczką. Dziecko stało pod drzwiami w butach i w żaden sposób nie można było jej od tych drzwi odciągnąć. Miał być spacer i zmiana planów w rachubę nie wchodziła. Porankowa Panieneczka ma charakterek... i zajdzie wysoko ze swoją umiejętnością egzekwowania tego, co jej się należy.
Cóż było robić. Torba z łopatkami i foremkami pod wózek, zapas picia do torby, mokra szmatka do rąk w siateczkę i na plac zabaw - porankowe baby wybyły w stronę piaskownicy.
Zabawa jednak nie trwała długo. Kilka machnięć łopatką, dwa zjazdy ze zjeżdżalni i kilka podskoków na huśtawce później Porankowa Panienka zaczęła odganiać się od osy. Odganiała się tak skutecznie, że ów latający natręt postanowił wykonać manewr taktyczny i dziabnął biedne dziecko w brew. Szczerze mówiąc, może by i nie dziabnął, gdyby nie przeklęta czapka z daszkiem, o który to daszek osa się odbiła, gdy Porankowa Panienka machnęła ręką...
W chwilach takich jak ta, człowiek dowiaduje się wiele o sobie. I o innych... Porankowa Mama dowiedziała się o sobie, że jest ekstra, super, cool opanowaną matką, której nic nie ruszy. Zimna kalkulacja: ślad na brwi jest - ok (chwała Panu, że to tylko brew, a nie usta, szyja, gardło, buzia), dziecko nie puchnie - to dobrze, oko otwiera - super, nie dusi się, nie histeryzuje, nie mdleje - kamień z serca. Plasterek (taki pro forma, na życzenie ofiary, bo to symbolicznie pomaga), woda, usiąść i chwilę poczekać, aż matka zgarnie zabawki (na marginesie, już po założeniu plasterka Porankowa Panienka zaczęła się znowu bawić). Proste? Jasne.
Ale... jak powiedziano wcześniej, w takich chwilach dowiadujemy się wiele o otaczających nas ludziach... Wszystko by było dobrze, gdyby nie zbiorowa "histeria" piaskownicowych mamuś i babć. Babsztyle te - oczywiście w dobrej wierze - zaczęły nad Porankową Panienką biadolić. I zaczęły prześcigać się w dobrych radach. Że trzeba dziecku podać Vibowit (sic!), że trzeba dziecko położyć z nogami do góry, że trzeba karetkę zawołać (poważnie!). No i że jak Porankowa Mama może być tak znieczulona na krzywdę dziecka, które przecież cierpi...
Jak Porankowa Panienka usłyszała hasła: karetka i cierpienie, jak zaczęto nad nią się użalać to nagle uznała, że jej strasznie źle. Że oka otworzyć nie może, że umiera, że musi szybko do "pani doktol", że musi szybko lekarstwo ("Panadol, mamusiu! Szybko!"), że nie ma siły nogą ruszyć i ona musi w wózku do domu jechać... No a do tego płacz, histeria i udawane omdlewanie... Tego tylko trzeba było piasownicowym babsztylom...
No nic. Gdy porankowe baby do domu dojechały (dzięki uprzejmości porankowego wujka, który się nagle objawił po drodze, odbyło się to ekspresowo), poszkodowanej zaaplikowano wapno, środek antyhistaminowy na wszelki wypadek, bo faktycznie powolutku oko trochę puchło i okład z lodu. Fenistilem posmarować nie pozwoliła. Minuta, pięć, dziesięć... Porankowa Panienka całkiem przytomna i radosna, z okiem zapuchniętym siadła na tapczanie i pyta:
- Co mnie uglyzło?
- Osa, dziecko.
- A jaka? Pokaż w książce.
- Proszę. Taka - Porankowa Mama wręczyła dziecku leksykon owadów.
- Ale któla? Jak się nazywa?
Taaaak, i tu 2,5 letnie dziecko udowodniło, że jest córką swego ojca. Nie wystarcza jej informacja: osa. Musi wiedzieć: jaka osa. Kurcze, dachowa czy pospolita? Bo leśna raczej nie... Saksońska też odpada. Raczej... Porankowa Mama tkwiła nad leksykonem usiłując zidentyfikować napastnika.
- Nie znasz się. Taty zapytam.
Nic dodać, nic ująć. W takich chwilach człowiek dowiaduje się wielu rzeczy o sobie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz