
Informacja o Narodowym Dniu Życia nasunęła jednakże pewną refleksję: otóż, wbrew pozorom, jest jeszcze jedna grupa kobiet-matek, która jest obiektem zaskakujących ataków społeczeństwa. Do tej grupy należy Porankowa Mama. A mowa o kobietach, które po studiach zdecydowały się zarówno na zostanie matkami jak i słuchaczkami studiów doktoranckich a docelowo pracownikami naukowymi. Szczególnie zaś mowa o tych spośród nich, które zdecydowały się na posiadanie więcej niż jednego dziecka...
Kobieta naukowiec/matka traktowana jest jak dziwoląg. Zarzuca jej się, że nie potrafi zrozumieć, na czym polega istota pracy naukowej, że jest nieodpowiedzialna, głupia (bo jak to, w XXI wieku nie potrafi kontrolować swojej płodności?!). Do momentu aż nie ukończy studiów doktoranckich i nie zacznie sensownie zarabiać (bo powiedzmy sobie szczerze, doktorant ma masę obowiązków, zero przywilejów, o prawach nie wspomnimy, dostaje jałmużnę, która nie starcza na nic i jeszcze powinien być wdzięczny, że mu ktoś dał możliwość rozwoju naukowego), dyskryminacja takiej kobiety odbija się też na jej mężu. Przykład: nie tak dawno pewna pani z otwartego funduszu emerytalnego przyszła zaprezentować ofertę swojej firmy porankowym rodzicom. Namolnie usiłowała namówić ich na jakieś ekstra pakiety usług związane z inwestycjami na giełdzie itp. Gdy usłyszała, że w porankowym domu na normalnym etacie pracuje tylko Porankowy Tata, a Porankowa Mama jest słuchaczką studiów doktoranckich, obrzuciła Porankową Mamę spojrzeniem, którego opisywać tu nie będziemy oraz zwróciła się do Porankowego Taty tymi słowami: Kiedy pana żona zamierza rozpocząć normalną pracę i zarabiać na swoje utrzymanie? Nic tylko dosadnie mówiąc, dać w mordę.
W chwili, gdy taka kobieta - przyszły pracownik nauki zachodzi w pierwszą ciążę, życzliwi z jej otoczenia zaczynają zadawać pytania: teraz to chyba zrezygnujesz z tej pracy na uczelni, co? A gdy odpowiedź jest odmowna, patrzą z politowaniem i mówią: no nie wiem, jak ty dasz radę... Paradoksalnie, im bardziej taka kobieta daje radę, tym bardziej agresywne staje się otoczenie. Docinki zaczynają dotyczyć jej ambicji, wykształcenia... Nie daj Bóg, by do tego wszystkiego dziecko "pani magister-przyszłej pani doktor" okazało się być inteligentne, bystre i zdrowe...
Gdy na horyzoncie pojawia się dziecko numer dwa, atakujące otoczenie radośnie zaciera ręce, bo wreszcie kobieta dostała za swoje: wpadła i teraz będzie musiała zrezygnować z tego, co chciała osiągnąć. Nikt nie bierze pod uwagę, że dziecko mogło być zaplanowane, szczególnie zaś, gdy różnica wieku między potomstwem wynosi 1,5 roku (jak to będzie miało miejsce w przypadku porankowej rodziny). Gdy do tego dziecko numer 2 pojawi się przed ukończeniem pisania pracy doktorskiej, nikt nawet nie nastawia się na to, że owa kobieta w ogóle pracę obroni. Można więc jej dowalić z grubej rury, że podjęła bardzo złą decyzję i właściwie powinna teraz rozważyć, co jest dla niej ważne: kariera czy dzieci. Bo jeśli kariera to zdecydowanie należy już teraz podjąć starania o to, by małżonek zrezygnował z pracy i przejął opiekę nad dziećmi. A jeśli dzieci, to cóż... nie nadaje się na naukowca. "Bo przecież nie da się robić kariery naukowej i być matką równocześnie".
Porankowa Mama dobrnęła póki co do etapu opisanego powyżej. Przeżyła opisane ataki, przetrawiła kąśliwe uwagi i nadal uparcie powtarza, że nie zamierza rezygnować z kariery naukowej, a co więcej, nie zamierza - o ile warunki na to pozwolą - pozostać matką wyłącznie dwójki dzieci. Zawsze marzyło jej się bycie profesorem akademickim i matką pięciorga (przy czym zaznaczam: nie chodzi tu o bycie matką pięciorga tylko na papierze i spędzaniu całych dni na tysiącu uczelni, podczas gdy dziećmi zajmują się nianie lub co gorsze, mąż, który zrezygnował z pracy). I jest to wykonalne, trzeba tylko być dobrze zorganizowanym i mieć w głębokim poważaniu tych, którzy myślą inaczej.
Bliższe informacje o Narodowym Dniu Życia: http://www.dzienzycia.pl/new/index.php?rok=2008