Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekomendujemy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekomendujemy. Pokaż wszystkie posty

20 sierpnia 2017

Lokalna planszówka

REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

Poznań - miasto know how, miasto z mrożonką w logo, miasto koziołków, siedziba KKS Lech, miasto ze Starym Browarem i Starym Marychem, miasto od rogali świętomarcińskich... Wymieniać można długo, barwnie, z emocjami i bez. Niezależnie od tego, co kojarzy się z Poznaniem, trzeba przyznać, że to miasto, w którym nudzić się nie można. 

Nawet jeśli ktoś nie lubi lub nie może wychodzić z domu, ma szansę przeżyć barwne przygody w poznańskiej przestrzeni. Jak? Zadbało o to Wydawnictwo Miejskie, które wydało dwie gry planszowe. Pierwsza, POSNANIA - budujemy miasto miała premierę w 2011 roku. Druga, ŁAMACZE SZYFRÓW (nie pomylić z grą internetową czy grą miejską! chodzi o planszówkę!) została wydana w 2016 roku. Jesteśmy dumnymi posiadaczami obu gier, choć przyznam, że trzeba się było mocno nagimnastykować, by je dostać w cenach niższych od katalogowych...

Dziś będzie o pierwszej z gier. POSNANIA - budujemy miasto przy pierwszym kontakcie powala wielkością pudełka. 46,5 x 31,5 x 9,5 cm - zmierzyłam, bo nie dawało mi to spokoju. Po otwarciu pudła okazuje się jednak, że wymiary te są potrzebne do schowania ogromnej planszy. Reszta rekwizytów, pięknie wykonanych, nie zajmuje już tyle miejsca, choć do tego, by zagrać w grę potrzeba dość dużego stołu lub wręcz podłogi.




Rozgrywka toczy się na dwóch planszach. Jedna z nich to pole budowy, na drugiej dzięki rzutowi kostką i przesunięciu figury o określoną liczbę pól określane są działania, które gracz wykonuje. A w grze chodzi przede wszystkim o to, by jak najmądrzej wydawać pozyskiwane denary i dzięki nim rozbudowywać miasto od powstania pierwszej osady na Ostowie Tumskim aż po wybudowanie Ratusza. Ten, kto okaże się największym darczyńcą, wygrywa. Mamy do wyboru cztery postacie: biskupa, kupca, rycerza i księcia. Ponoć w pierwszej, promocyjnej rozgrywce wygrał biskup, którym grał o. Jan Góra! U nas podział jest zazwyczaj stały - jedna Gloria jest księciem, druga - rycerzem, a mnie przypada funkcja kupca i "trzymacza banku".


Miasto budujemy zgodnie z planem historycznym. To jest największy atut tej gry - nie jest ona dziełem przypadku, ale trzyma się wiernie faktów i pozwala śledzić prawdziwy rozwój Poznania. Ten edukacyjny wymiar przydał się nam szczególnie, gdy Gloria Starsza uczyła się historii w klasie IV. Gród, podgrodzie, osady, znaczenie rzeki, wysp... Voila! Dodam, że do gry dołączono też krótki rys historyczny, bardzo pomocny w zrozumieniu tego, co się dzieje na planszy.

Rozgrywka odbywa się etapowo, gdzie każdy etap to inny okres rozwoju miasta, od roku 966 aż do 1560. Każda epoka oznaczona jest odpowiednim kolorem kafelków. Dzięki temu można łatwo grę przerwać i wrócić do niej później - wystarczy zapisać, na jakim okresie skończono rundę. Można też ustalić, że gra toczy się np. do roku 1253, co pozwala znacząco skrócić czas zabawy.



Reguły gry są napisane na tyle jasno, że dzieciaki szybko je załapią. Nasze dziewczyny grały w nią pierwszy raz gdy miały 6 i 5 lat. Dla starszych graczy przewidziano wersję zaawansowaną obfitującą w wydarzenia specjalne, w tym zdradę stanu czy sabotaż.

Po wielu rozgrywkach mogę polecić uzupełnienie zestawu o pojemniki na denary dla każdego z graczy i banku. Ponieważ zazwyczaj gram z dziewczynami, świetnie sprawdziły się pudełka od kucyków Filly i różowa skrzynka Winx. Dzięki temu po stole nie fruwają monety i sakiewki.


Gracze przyzwyczajeni do gier trzymających w napięciu, pełnych zwrotów akcji czy też konieczności główkowania mogą być nieco zawiedzeni Posnanią. Jeśli jednak przyjmiemy, że grę opracowano w celu promocji miasta nadając jej walor edukacyjny, uważam, że jest to rewelacyjna pozycja. Niestety, trudno dostępna, ale przy odrobienie szczęścia można na nią trafić w internecie.

A jeśli macie ochotę na zagadki, zwroty akcji i główkowanie - rzućcie okiem na drugą propozycję Wydawnictwa Miejskiego. Jeszcze rozkminiamy Łamaczy Szyfrów, ale już teraz wiem, że to będzie dobra rozrywka.

17 sierpnia 2017

wakacyjne wojaże: Park Grzybowy w Piłce

REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

Tegoroczne wakacje spędzaliśmy podróżując "po okolicy", czyli zwiedzając Pojezierze Sierakowsko-Międzychodzkie i Puszczę Notecką. Las, woda, urokliwe miasteczka i wsie, a pośród tego perełki, o których istnieniu nie wiedzieliśmy.
Jednym z naszych tegorocznych odkryć jest poważnie brzmiący PARK GRZYBOWY.

Przez zupełny przypadek, jadąc przez wioskę Piłka w gminie Drawsko, rzucił się w me oczy drogowskaz: Park Grzybowy 500m. Nigdy wcześniej o jakimkolwiek Parku Grzybowym nie słyszałam. Zaczęliśmy snuć domysły: specjalna polana do zbierania grzybów? Park z alejkami i pomnikami grzybów? Wygooglowałam miejsce po powrocie do naszej kwatery. Voila: PARK GRZYBOWY. Ścieżka edukacyjno-przyrodnicza w Piłce. Pierwszy w Polsce park tematyczny poświęcony grzybom. Jak się okazało, jest to ciekawa inicjatywa, dofinansowana z funduszy unijnych, dzięki której można poznać najczęściej występujące w Polsce grzyby.

Przy pierwszej możliwej okazji ruszyliśmy w stronę Piłki w poszukiwaniu grzybów.

Park jest umiejscowiony w lesie w sąsiedztwie Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Piłce, nieopodal kościoła pw. NMP Wniebowziętej. Wejście jest bezpłatne. 


Jak na obiekt edukacyjny przystało na całej długości ścieżki rozmieszczono liczne tablice informacyjne, na których każdy znajdzie coś, co go zainteresuje. 




Tablice są nadal w idealnym stanie, czytelne, kolorowe, choć Park istnieje od 2013 roku (paranoja, że zwracam uwagę na takie rzeczy...). Nie one są jednak sednem tego Parku. Sednem są OLBRZYMIE REALISTYCZNE GRZYBY. Mówiąc olbrzymie mam na myśli takie, że moja skromna osoba wzrostu 171cm ze spokojem stanęła wyprostowana pod borowikiem (jak się okazało sam grzyb ma 3m wysokości!), a Gloria Młodsza kurkę miała tuż pod pachą.

Grzyby zachwyciły Ślubnego, który z uznaniem spostrzegł, że nie są wykonane na odczepnego z blachy ani z tandetnego plastiku, lecz solidnie, z pełnym profesjonalizmem i dbałością o szczegóły z żywicy poliestrowej i włókna szklanego. A do tego umiejscowiono je w naturalnym środowisku, wkomponowując w okoliczne drzewa.




Przy każdym grzybie znajduje się tabliczka opisującą dany okaz.


A jeśli dobrze się rozejrzeć, w okolicy dostrzec można równie okazałe modele zwierząt leśnych: jelenia, sarny i dzika.


Pośród drzew umieszczono także liczne stoliki i ławki, a dla dzieci także grzybowe domki i plac zabaw.



Jedynym mankamentem Parku - choć to absolutnie nie jest wina twórcy czy zarządzających - była masakryczna liczba komarów, która przywitała nas tuż po przekroczeniu bramu Parku. Zamiast myśleć o pierwszym wrażeniu nasze myśli skupiły się na jak najszybszym wykorzystaniu pochowanego w plecaku zapasu sprayu na komary. Tych komarów jednak nic nie odstraszało. Dzielnie kroczyłam więc z aparatem po ścieżce, przebierając nogami i podskakując (zapamiętać: komara podskakiwanie nie odstrasza). Zdjęcia rodzinne robiliśmy w biegu, a placu zabaw i reszty zwierząt nie dałam rady obfotografować.

Mimo to gorąco polecamy to miejsce jako pomysł na krótki wypad w czasie pobytu nad jednym z licznych okolicznych jezior. Jeśli kogoś nie interesuje element edukacyjny, niech wykorzysta Park do zrobienia rewelacyjnych fotek. Dobrze wykadrowane zdjęcie może skutecznie zaskoczyć znajomych, gdy wyślecie je im podpisując "Wiedziałeś jakie grzyby tu rosną? Żałuj, że Cię tu nie ma!" (hehehe, to moja mroczna strona się odzywa).

4 sierpnia 2015

Alchemia

REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

Wyobraź sobie, że jesteś wszechmocny. Wyobraź sobie, że masz do dyspozycji cztery żywioły: wodę, ogień, powietrze i ziemię. Wyobraź sobie, że możesz stworzyć cały świat łącząc tylko dwa elementy - początkowo żywioły, potem żywioły i to, co z nich powstanie i tak dalej. Ale zawsze tylko dwa. Wyobraź sobie, że takich kombinacji jest (póki co) 550. A wszystko zaczyna się tylko od czterech elementów. Trudne, prawda?

A teraz wyobraź sobie, że to nie jest opis filmu fantasy, ale rzeczywista, bardzo prosta w pomyśle, genialna w wykonaniu i całkowicie darmowa gra/aplikacja. To cudo, pomysłu Jakuba Kozioła* zwie się LITTLE ALCHEMY i dostępne jest zarówno na PC, jak i na androidzie ze sklepu Google.


Trafiłam na grę przypadkiem. Przepadłam na cały wieczór, dobiłam do 400 elementów, a potem dopadły do niej dzieciaki. Wyzerowałam osiągnięcia. Musiałam przenieść się z tabletu na komórkę, a z komórki na PC... I od początku... Teraz we trzy siedzimy i główkujemy.
- Mama, kurka, jak zrobić krowę? - woła Starsza.
- A masz życie?
- Nie...
- To przepadłaś! Najpierw stwórz życie.
- Mam! - krzyczy Młodsza. - Powiem Ci, ale jak mi powiesz, skąd masz drzewo...
Ślubny patrz na nas kręcąc głową.

Grafika jest banalnie prosta przez co nie przeszkadza w grze. Autorzy zapewnili duże pole do manipulowania pierwiastkami i czytelny, alfabetycznie ułożony panel boczny. Opcje przewidują podkreślenie lub ukrycie na panelu elementów końcowych (takich, z których nic więcej nie da się zrobić). Elementy mieszamy ze sobą w bardzo prosty sposób - wyciągając z panelu i nakładając na siebie. Jeśli da się połączyć - pojawia się nowy element. Jeśli nie - gracz nadal widzi dwa nałożone na siebie elementy. Gra dostępna jest w kilku wersjach językowych.



W tej grze liczy się przede wszystkim wyobraźnia, bo nie wszystkie połączenia są adekwatne naukowo. Trzeba pogłówkować. Ziemia i ziemia? Ciśnienie! Ptak i metal? Samolot! Przepisu na czas Wam nie zdradzę :) Ale czas jest istotnym czynnikiem w tej małej alchemii. Układanka doprowadza do ułożenia nawet tak wymyślnych rzeczy, jak ninja czy jedi. Można wyjść poza granice naszej planety i zacząć tworzyć kosmos.
Na początku gry - przy pierwszym podejściu - stworzyłam istny kryminał. Bardzo szybko na panelu pojawił się pistolet, zwłoki czy zombie. Potem nagle wyskoczył alkohol, a zaraz za nim pijak... Przy drugim podejściu z łatwością stworzyłam życie, ale do pistoletu nijak dojść nie mogę... Za to młode jakoś bez problemu szybko wytworzyły napój gazowany i kawior, które nawet nie przeszły mi przez myśl, gdy ja grałam. Te 550 elementów to tylko pozornie ograniczona liczba. Rozrywka zapewniona na długie godziny!

Gra jest często update-owana. Jeśli jednak zdarzy się, że autorzy nie przewidzieli kombinacji dwóch elementów, które graczowi wpadły do głowy w czasie kombinowania, gra ma rozbudowaną stronę online oraz profil na FB i przewiduje sugerowanie nowych rozwiązań przez graczy tutaj. Z kolei, jeśli gracz jest leniwy i niecierpliwy, w sieci można znaleźć podpowiedzi, co z czym mieszać, żeby wyszło to, co chcemy. Dla każdego coś miłego!

REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

* Na stronie internetowej wyszczególniono wszystkich twórców gry:

Jakub Koziol (Design, UI) Łukasz Nawrot (Code) Ewa Koziol (Graphics) Marcin Bychawski (Code, Tools) Kamil Kubiak (QA) 

4 grudnia 2014

Księga Ludensona

Są takie książki, które człowiek czyta niezależnie od miejsca i czasu, bo są tak wciągające, że oderwać się nie może. Czyta więc w autobusie, w kawiarni, czekając w kolejce na poczcie albo na przystanku. Nasza niedawna wyprawa do biblioteki zaowocowała zdobyciem takiej właśnie książki. Przypadkiem. Poszłyśmy po kolejny tom uwielbianej przez nas Ingeborg, świni z obwisłym brzuchem (sic! notka się pisze). Już miałyśmy wychodzić z biblioteki, ale jak to zwykle bywa, zagadałyśmy się z panią bibliotekarką. Od słowa do słowa, pani nagle rzecz tak:
- A czytałyście kobiety Księgę Ludensona?
- Nie kojarzę - rzekła Gloria Starsza, a Młodsza pokiwała znacząco głową.
- No to koniecznie musicie przeczytać! Właśnie wróciła na półkę - i pani bibliotekarką ruszyła w stronę regału. Wyjęła z niego małą, czerwoną książeczkę w twardej oprawie, na okładce której widniało sześć głów, w tym jednak dość włochata. - Cudowna książka łącząca skandynawskie mity z polską scenerią. Spodoba się wam!

Jeśli chodzi o mitologię skandynawską to w naszym domu specem od tego jest Ślubny. Olbrzymy, Odyn, Freja, Asgard, trole - to pojęcia, które nie są obce Ślubnemu i Glorie o tym wiedzą. Postanowiłyśmy więc spróbować - nawet za cenę opowieści o Ingeborg, świni z obwisłym brzuchem. Szczególnie, że tytuł się nam spodobał - Księga Ludensona... Brzmi tajemniczo, prawda? Jesteśmy aktualnie na 15 rozdziale. Niech to wam trochę nakreśli sytuację. Nie znamy zakończenia, ale już polecamy, bo książka jest magiczna! 274 strony autorstwa Zofii Staneckiej z ilustracjami Marianny Oklejak, które zaczynają się tak:

Jesienią 1806 roku nad Olandią przetoczył się sztorm. Morze uderzało z hukiem o brzeg, latarnie morskie gasły, statki gubiły drogę, a wiatr zawodził i niósł ze sobą zniszczenie. Wdarł się do zamku Bornholm, gdzie jedną iskrę rozniecił w pożar, który strawił wszystko. Powyrywał skrzydła wiatrakom i porozrzucał je po całej wyspie razem z gruzem z wypalonego zamku. W Lesie Trolli drzewa pod jego uderzeniami gięły się do samej ziemi, a odarte z mchu głazy toczyły się pomiędzy pniami jak gigantyczne kulki do gry. 
Stanecka Z. (2013). Księga Ludensona. Wilga. Grupa Wydawnicza Foksal, s. 7

Akcja toczy się kilkutorowo. Mamy rodzinę Osmołowskich - czworo dzieci, mama i pluszowy piesek - która spędza wakacje w Jastrzębiej Górze w pensjonacie "Jaskółka". Mamy Mariannę Gosz, która na czas wakacji opiekuje się biblioteką w tejże Jastrzębiej Górze. Mamy Stefana Jetteckiego, zbira, dyrektora objazdowego cyrku, który przewija nam się przez książkę w brudnym, białym garniturze. Mamy wreszcie Ludensona... Trolla, który czeka na swoją mamę... I mamy pluszowego pieska, który zgubił się w opuszczonym pokoju...

Póki co przez książkę przewija się zagadka, groza, upalna pogoda, skrzypiąca podłoga i tajemnica. Jettecki w brudnym garniturze czai się wśród mirabelek, Mania idzie odzyskać pieska mając w kieszeni kanapkę z pasztetem, Marianna śpi sama w obcym łóżku (sic!) w piżamie w rozbrykane owieczki (sic!), a Ludenson zastanawia się, jak długo można cierpliwie czekać na mamę i doskwiera mu głód. Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że każdy z bohaterów jest już powiązany z tytułową Księgą Ludensona - Mania pożyczyła ją z biblioteki od Marianny, Jettecki chce ją dostać, mama Ludensona wyruszyła z nią w nieznane, a pozostałe dzieciaki ją przeklinają, bo nie da się jej otworzyć.

Bardzo pozytywne opinie na temat książki można znaleźć TU i TU i TU. My z kolei polecamy ją już dziś, mimo że jeszcze jej nie skończyliśmy. Ale skoro sięgamy po nią nawet wtedy, gdy książek nie należy czytać (tzn. przy kolacji....) i młode przeżuwając kanapki słuchają z zaciekawieniem, co się dzieje... I skoro Ślubny woła z pokoju "czemu przerwałaś czytanie?"...

Jeśli i wy jesteście ciekawi przygód dzieciaków Osmołowskich, zajrzyjcie koniecznie na stronę tutaj - książka została pierwotnie opublikowana w odcinkach na stronie przecienekikropka.pl , a następnie zmodyfikowana, uzupełniona i zilustrowana pracami Marianny Oklejak i wydana przez wydawnictwo Wilga.

Porankowa Rodzina zdecydowanie przybija porankową łapkę i szczerze poleca!

16 listopada 2014

czekolada w wersji max

Naszła nas ochota na czekoladę. Dużo czekolady. I udało nam się wreszcie położyć temu kres. Upiekliśmy brownie wg przepisu MasterChefa.
Najpierw przepis zobaczyliśmy w telewizji - drużyna czerwonych serwowała w samolocie deser: pięknie czekoladowe ciasto z sosem karmelowym z dodatkiem soli. Gloria młodsza wpadła w zachwyt. Zapragnęła takie brownie zjeść w domu.

Kupiliśmy więc dwie tabliczki gorzkiej czekolady 70%. Zapach, który rozszedł się w domu, gdy rozpuszczaliśmy czekoladę z masłem w kąpieli wodnej był powalający. Potem ubiliśmy jajka z cukrem. Dodaliśmy masę czekoladową, przesialiśmy mąkę i do pieca... W 20 minut cudownie czekoladowa woń wypełniła dom. Potem rozpuściliśmy cukier w odrobinie wody. Bulgoczącą masę potraktowaliśmy odrobiną masła i zalaliśmy zagęszczonym niesłodzonym mlekiem (nie mieliśmy śmietany). Jeśli pamiętacie smak cukierków Werther's Original, wyobraźcie sobie, że otaczają was zewsząd - tak właśnie smakuje i pachnie sos karmelowy. Na koniec odrobina soli. Kawałek ciasta na talerz, duża łyżka sosu i człowiek się poddaje.


Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę się wzdrygać na myśl o czekoladzie. Ogrom czekolady w smaku i zapachu, wyciągnięty dodatkowo przez słony karmel zaspokoił potrzebę czekolady przynajmniej do Bożego Narodzenia. Pierwszy raz zdarzyło się, by nam ciasto zostało na blaszce. I wcale nie dlatego, że jest mało smaczne. Paradoksalnie, jest tak pyszne, że aż nie da się zjeść.
Polecamy!

23 października 2014

Piranie - gra karciana Reinera Knizia

Nie jesteśmy wielkimi znawcami gier - tak komputerowych, jak i planszowych, karcianych czy wszelkich innych. Owszem, gramy w różne gry, gdy mamy ochotę. Zdarza się, że wypożyczymy grę z biblioteki (nasza biblioteka daje nam taką możliwość). Mamy swoje ulubione gry i gry, które mają w naszej rodzinie pewne tradycje. Nie wiemy, co jest aktualnie na topie i nie znamy rankingu gier, o autorach nie wspomnę. Wybierając grę kierujemy się przede wszystkim intuicją. Ten nieco przydługawy wstęp piszę po to, by wyjaśnić, dlaczego z pełną ignorancją podeszłam do gry kupionej przypadkiem, intuicyjnie jako "pamiątka z podróży" w sklepiku w Oceanarium w Stralsundzie.

Z różnych przyczyn miniony weekend spędziłam na bałtyckim wybrzeżu, zwiedzając zarówno Świnoujście, jak i Greifswald czy Stralsund - urokliwe miasteczka niemieckiego wybrzeża. W Stralsundzie "zaliczyłam" Oceanarium - dumę miasta. W sklepiku z pamiątkami w owym Oceanarium szukałam drobiazgu, który mogłabym przywieźć dziewczynom - czegoś, co nie zostałoby rzucone w kąt, a w jakiś sposób wiązało się z rybami i klimatem morskim. Tak trafiłam na małe pudełko - gra karciana Piranie autorstwa Reinera Knizia.


Teraz już wiem, że trafiłam na grę, której jeszcze nie ma w Polsce (a jeśli jest, to mało kto o niej słyszał i praktycznie nie można jej dostać). Wiem też, że trafiłam na grę bardzo znanego twórcy gier, Reinera Knizia, autora m. in. Pędzących Żółwi (o których słyszałam, ale jeszcze nie grałam). Ale wtedy, w Stralsundzie, nie wiedziałam. Przeczytałam opis na pudełku, rzuciłam pedagogicznym okiem i uznałam, że gra będzie ciekawym i bardzo poręcznym (małe, lekkie pudełko) dodatkiem w arsenale pomysłów na nudę.

Piranie to małe pudełko zawierające 53 dobrej jakości karty z narysowanymi rybami - ryby są w różnych kolorach i różnych wielkościach. Na kilku kartach narysowane są piranie - także w różnych kolorach.


Celem gry jest pozbycie się wszystkich kart trzymanych w ręce wykładając karty na stos znajdujący się na stole. Reguła wykładania jest taka: 1) wykładamy kartę, na której przynajmniej jedna ryba ma taki sam kolor jak jedna z ryb na wierzchniej karcie na stosie, 2) na wykładanej karcie ryba musi być większa niż ryba na karcie na stosie (w myśl hasła: większa ryba zjada mniejszą rybę), 3) karta z piraniami może zostać wyłożona na dowolną kartę z zastrzeżeniem, że kolor piranii nie jest taki sam jak którakolwiek z ryb na wierzchniej karcie na stosie, 4) jeśli wierzchnią kartą na stosie są piranie, karta wykładana musi mieć ryby w innym kolorze niż piranie. Każdorazowo wykładając kartę trzeba jeszcze głośno nazwać kolor ryby, która zjada mniejszą rybę. I jeszcze jedno, tu nie gra się "po kolei", gracze wykładają karty "kto pierwszy ten lepszy", co zapewnia dużą dynamikę gry i niejako podkręca atmosferę i napięcie.


W praktyce gra jest mniej skomplikowana niż jej opis. Wymaga od graczy ogromnej koncentracji uwagi i super sprawności rąk - karty w ręce są trzymane w stosie i trzeba je po kolei odwracać, by zobaczyć narysowane na nich ryby. Nazywanie koloru jest także dużym utrudnieniem, bo gracz skupiając się nad wielkością ryb i ich kolorem często nie skupia się nad nazwaniem tego koloru. Grze towarzyszą okrzyki: "piranie", "świeże rybki" (u nas wykrzykiwane w oryginale "frische fische").

Jak wspomniałam, kupując Piranie nie miałam pojęcia, kim jest Reiner Knizia. Po kilkunastu rundach rozgrywek z dzieciakami i Ślubnym (nie wiem, kto ma większy ubaw), zdążyłam już zarejestrować się na forum Board Game Geek (tylko tam znalazłam sensowne info o grze Piranie i innych grach pana Knizia (na stronie jest też instrukcja gry w języku angielskim). Trzeba przyznać, że facet ma pomysł. Gra jest niby prosta i mało wymagająca, ale to tylko pozory.

Jeśli więc traficie gdzieś na Piranie - śmiało kupujcie. Ja będę polować na inne gry pana Knizia.

7 października 2014

Wielkopolski Quest 3: Wokół klasztoru w Owińskach

REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

Pewna słoneczna, wrześniowa sobota rano. Po trzytygodniowym wyścigu z czasem, pierwszy wolny weekend w komplecie i jeden plan: spać. Ale co potem? Przecież spać nie można cały dzień...
Szybka decyzja i kierunek wyprawy obrany: Owińska. Wieś nieopodal Poznania, znana już w Europie z faktu posiadania parku orientacji przestrzennej - wszak to właśnie w Owińskach jest Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych . Tak blisko, a nas nigdy tam nie było.

Podaliśmy adres naszemu Goostawowi (mapy Google plus lokaj Gustaw i wyszedł nam Goostaw), trochę zabłądziliśmy, gdy Goostaw zapatrzył się na drogę, której nie ma, ale dotarliśmy w końcu na miejsce. Pierwsze, co nas mile zaskoczyło: na planie miasta pojawia się wyraźna informacja o queście! Piątka dla ludzi od PR gminy! Tyle tylko, że... papierową ulotkę questu można pobrać w Urzędzie Miasta Czerwonak... A to sobota, popołudnie... Cóż było robić, Glaxy Note i rysik do ręki i elektroniczną ulotkę wypełnialiśmy szpanując tym, że mamy gadżet rodem z XXI wieku.
Owińska to wieś w województwie wielkopolskim, położona w odległości zaledwie 8 km od Poznania. Quest „Wokół klasztoru” pozwala uczestnikowi zabawy na poznanie dziejów tego niezwykłego miejsca, przez pięć wieków związanego z zakonem cysterek. Sprowadzone przez księcia Przemysła I i jego brata – Bolesława Pobożnego, siostry zakonne zrobiły wiele dobrego dla Owińsk. By poznać niektóre z ich tajemnic, należy rozwiązać zagadki oraz wykonać specjalne zadania. Prawidłowe rozwiązanie doprowadzi wędrowców do skrzyni ze skarbem!
(źródło: http://regionwielkopolska.pl/turystyka/gry-terenowe/wielkopolskie-questywokol-klasztoruowinska.html )

Quest rozpoczyna się przy niepozornie wyglądającej bramie znajdującej się tuż przy głównej drodze z Poznania. I już na początku zaczyna się dobra zabawa, bo trzeba określić, w którą stronę iść - a opcje są trzy... I tu kolejne zaskoczenie: okazuje się, że jesteśmy w miejscu, gdzie biegnie fragment wielkopolskiej drogi św. Jakuba - tej z Gniezna przez Poznań do Głogowa! Udaje nam się jednak namierzyć właściwą drogę i ruszamy na naszą wyprawę...

Muszę przyznać, że gdyby nie quest, z pewnością nie zwrócilibyśmy uwagi na wioskę i jakiś tam rozpadający się kościół ukryty między zabudowaniami gospodarczymi... A już z pewnością nie zwrócilibyśmy uwagi na sposób ułożenia cegieł w ścianie kościoła... Nie przyszłoby nam też do głowy pchać się na łąkę za cmentarzem i kroczyć w wysokich trawach (uwaga! quest wymaga dobrej znajomości drzew!). W efekcie, nie odkrylibyśmy tak niesamowitych i tajemniczych miejsc, jak te, które uwieczniliśmy na zdjęciach:




to jest Dąb Bartek - ale nie ten Bartek, który przychodzi nam na myśl, choć także pomnik przyrody...
Trzeba przyznać, że niektóre polecenia questu były trudne lub podchwytliwe. Chociażby pytanie, które wymagało policzenia okien na tej oto ścianie:


Dziewczyny miały ubaw po pachy, gdy każda odpowiedź, którą podawały, okazywała się nie pasować do kratek umieszczonych w ulotce... Więcej nie zdradzam, bo a nuż ktoś się skusi i będzie chciał quest przejść?

Samo odnalezienie skarbu to także niezły wyczyn. I tu nie będę zdradzać szczegółów, by nie psuć zabawy, powiem tylko tyle, że czasem najtrudniej zobaczyć to, co jest bardzo oczywiste i najbardziej na widoku :) gdy już do skrzyneczki z pieczęcią dotarliśmy, spotkało nas kolejne miłe zaskoczenie - za szybą w budce strażniczej przy parku orientacji przestrzennej stała wyblakła ulotka naszego questu! Zapytałam panów strażników, czy moglibyśmy ją dostać, na co panowie się ożywili i zaoferowali kilka ulotek "bo tu leżą i nikt ich nie chce". Wzięliśmy, uzupełniliśmy, przybiliśmy pieczęcie i wypełniliśmy dołączone kupony, które gwarantują naszym dziewczynom otrzymanie przesyłki od organizatorów. A potem ruszyliśmy na podbój parku, gdzie znaleźliśmy takie cuda:



Tu od razu jedna uwaga dla chcących odwiedzić park - ponieważ jest to park należący niejako do ośrodka dla dzieci niewidomych i służy on wychowankom dla celów edukacyjnych, nie jest dostępny dla zwiedzających w dowolnym momencie. W regulaminie są wyraźnie określone godziny, gdy można z niego skorzystać. Co ciekawe, ponieważ jest to park współfinansowany z funduszy unijnych i konieczne jest wpisanie się na listę odwiedzających.

Muszę przyznać, że quest w Owińskach był dla nas niesamowitym zaskoczeniem. Nie był monotonny, nie był nudny, wymagał nie tylko odwagi i podejmowania decyzji, ale także wiedzy i sprawności fizycznej (spróbujcie kicać przez łąkę pełną "pułapek"). Dopuszczał możliwość błędu (genialne posunięcie: odpowiedź pasuje do kratek, ale okazuje się błędna!), dostarczył ciekawych wiadomości i spowodował, że nasze sobotnie popołudnie było bardzo aktywne i wartościowe. A przy tym poznaliśmy piękny kawałek Polski.


REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

27 września 2014

Festiwal Kino Dzieci: "Svein i szczur"

Światła zgasły i na ekranie pojawił się chłopiec siedzący na sedesie. Zbliżenie na szczura o imieniu Halvorsen, kilka słów wprowadzenia i zbliżenie do wnętrza sedesu. Potem... potem, moi drodzy, naszym oczom ukazała się kupa płynącą przez kanały. Plusk. Tak zaczął się norweski film "Svein i szczur" Magnusa Martensa prezentowany w ramach dziś rozpoczętego festiwalu filmowego Kino Dzieci.

Na stronie festiwalu film reklamowany jest słowami: Ekranizacja niezwykle popularnej norweskiej książki o przygodach Sveina i jego szczura o imieniu Halvorsen. Pełna akcji i przygód opowieść o tym, że warto liczyć na pomoc przyjaciół i wspólnie z nimi stawiać czoła kłopotom, problemom czy uprzedzeniom, nawet wtedy gdy dotyczą tylko… szczura.

"Svein i szczur" to film opowiadający nie tylko o przyjaźni między chłopcem a szczurem. To film poruszający ważny temat odpowiedzialności za drugie stworzenie. To także film o tolerancji i o tym, że każdy ma prawo wyboru.

Książki nie znam i powiem szczerze, że gdybym miała po nią sięgnąć widząc początek filmu, pewnie bym tego nie zrobiła, Początek filmu wzbudził bowiem we mnie różne emocje. Nie należy jednak oceniać książki po okładce i filmu po pierwszym kadrze. Nauczona doświadczeniem (pamiętacie zakamarkowy plecaczek i książki skandynawskie, które stały się przyczynkiem do żywej dyskusji na blogu?) podeszłam do zagadnienia z otwartym umysłem i bez uprzedzeń. I... okazało się, że film był uroczo mądry i zaskakująco ciekawy. Godzina prawdziwego skupienia na twarzach dziesiątek dzieci (w tym dwóch Glorii i prawie całej klasy Starszej z nich) i opiekunów. Obgryzane skórki, gdy Halvorsen wykonywał popisowe numery na konkursie dla zwierząt czy Svein skradał się przez szpitalne korytarze. Radość mieszana ze smutkiem, śmiech z obrzydzeniem. I fantastyczni młodzi aktorzy, nie wspominając o ślicznym Halvorsenie.

Po filmie organizatorzy zaprosili na bezpłatne warsztaty plastyczne. Szkoda, że zaczęły się od stwierdzenia: "Obejrzeliście film? Ja go jeszcze nie widziałam"... Filozoficzne pogaduchy zostawiono rodzicom, a dzieci dostały kartkę papieru i kredki i rysowały, co chciały, zupełnie z dala od filmu... Mam nadzieję, że pozostałe wydarzenia towarzyszące pokazom filmowym (np. panel dyskusyjny: Co kręci dzieci? Co kręcić dzieciom? – o czym opowiada kultura dla dzieci) będą ciekawsze i bardziej związane z tematem.

Jeśli mieszkacie w jednym z 15 miast, które biorą udział w festiwalu, skorzystajcie z okazji, żeby zobaczyć dobre, wartościowe kino dla dzieci. Szczególnie, że bilety nie są drogie (ok. 10zł), a pokazy odbywają się raczej w kinach studyjnych, a nie multipleksach.

UWAGA: W poście wyrażam swoje własne opinie, nie jest pisany na zlecenie i nie jest w jakikolwiek sposób sponsorowany przez organizacje zewnętrzne.

ps. Muszę oddać sprawiedliwość: wygooglowałam film "Svein i szczur" i okazało się, że "polska" telewizja emitowała go w tym roku i ma go jeszcze w planach - jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć, a nie może dotrzeć na seans do kina, Filmbox Family ma go w programie na 6 października. Na ipla.tv można go obejrzeć za 4.90


22 sierpnia 2014

Jura Park Solec Kujawski

REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!

Dinozaury w naszych wyjazdowych planach pojawiały się od ponad roku. Tak wyszło, że dopiero teraz mogliśmy nasz plan zrealizować i rzeczywiście ruszyć w stronę wybranego parku rozrywki oferującego spotkanie oko w oko ze "straszliwymi jaszczurami". 
Decyzja o tym, do którego parku skierować nasze kroki nie była jednak łatwa. Okazuje się bowiem, że dinozaury to dość powszechne zjawisko w naszym kraju. Dinoparki ziejące atrakcjami czekają na klientów prawie w każdym lesie, a oferta, którą proponują, jest wprost odurzająca. 
Po dokładnym rozeznaniu, kilku dyskusjach na "fejsbuku" i przeczytaniu wielu komentarzy na forach internetowych, nasz wybór padł na Jura Park w Solcu Kujawskim - park oddalony od naszego miejsca zamieszkania o 160 km, co oznaczało ponad dwuipółgodzinną jazdę w jedną stronę. Zgodnie jednak stwierdzamy, że było warto! I nie tylko dlatego, że przy okazji zahaczyliśmy o Gniezno i - w drodze powrotnej - o Bydgoszcz. Jura Park to park stworzony i prowadzony przez ludzi z pasją i to widać! Ale po kolei.

Jura Park wita nas piękną, stylizowaną na kamienną, bramą, która nie pozostawia wątpliwości, do czego prowadzi. Stojący przed nią dinozaur daje przedsmak tego, co nas czeka, gdy już wejdziemy na teren parku. 

Brama Jura Parku - widok od strony parku rozrywki.

Podczas gdy Glorie zajęte były fotografowaniem się z owym stworem, my zajęliśmy się zakupem biletów. I tu pierwszy duży plus Jura Parku: bilet rodzinny w cenie 85zł obejmuje WSZYSTKIE atrakcje na terenie obiektu. W cenie biletu mamy zatem zarówno ścieżkę edukacyjną, jak i: seans w kinie 5D, wejście do Muzeum, małego ogrodu botanicznego w formie ogrodu zimowego, korzystanie z placu zabaw (zjeżdżalnie, siatki-pająki do przechodzenia, huśtawki oraz karuzele, jazda autami elektrycznymi, mały roller-coaster, basen z piłkami, trampolinę, dmuchany zamek). Poza sklepami z pamiątkami, punktami z gastronomią i stojącymi automatami (takie, z których wylatują plastikowe piłeczki z zabaweczką w środku) nie trzeba za nic więcej płacić. Toaleta, bardzo czysta i pachnąca, także jest bezpłatna. Jeśli ktoś jest posiadaczem karty lojalnościowej Premium Club ze Statoil czy karty rabatowej FunPass, warto ją ze sobą zabrać - park oferuje rabaty. I co ważne, płatność w kasie możliwa jest przy użyciu karty płatniczej.
Bilet otrzymujemy w formie zapinanej na ręce papieropodobnej bransoletki, co Glorie przyjęły z dużym zadowoleniem. Dumnie machały ręką przechodząc przez bramę, a gdy już minęły panią bileterkę zgodnie westchnęły "WOW" rozglądając się po głównym dziedzińcu. Wygląda bowiem imponująco. I zabawnie, szczególnie, gdy spojrzymy w stronę postoju dinowózków, które można wypożyczyć dla malucha (niestety tu pojawia się opłata 5zł + kaucja zwrotna 20zł), by przewieźć go po terenie parku.


Pierwsze kroki, zgodnie z instrukcją pani kasjerki, skierowaliśmy do kina 5D celem rezerwacji miejsc na seans filmowy. Trochę nas przeraziło, że zostaliśmy wpisani na seans "za dwie godziny i 15 minut". Nie przewidzieliśmy, że czas ten minie nam bardzo szybko i nie będziemy musieli wynajdywać zajęć, by doczekać do danej godziny. 

Ścieżka dydaktyczna parku jest wytyczona w lesie, wśród drzew. W słoneczne, upalne dni jest więc zapewniony cień. Wprawdzie z obu stron dostęp do dinozaurów ograniczają drewniane barierki, przez które nie wolno przechodzić, z dużym zadowoleniem zauważyliśmy, że co jakiś czas pojawia się tabliczka informująca, że do danego dinozaura można podejść i zrobić sobie zdjęcie w jego towarzystwie.



Kręta dróżka ścieżki edukacyjnej prowadzi przez okresy geologiczne elegancko wyodrębnione symbolicznymi bramkami, co w dziecięcej głowie nadaje wreszcie sens tunelowi czasu z bajki "Dinopociąg" i zwiększa szanse na to, by zapamiętać kolejność występowania dinozaurów. Zaskoczyło nas to, że choć bardzo wyraźnie wskazany jest początek ścieżki i kierunek zwiedzania, wielu odwiedzających wybierało odwiedziny "pod prąd"...
Jeśli chodzi o stwory, są wykonane z dużą starannością. W niektórych przypadkach Ślubny zwrócił uwagę na mało dynamiczny sposób przedstawienia (grupa dinozaurów, gdzie wszystkie stanowią jakby jeden odlew, w takiej samej pozie). Każdy z nich jest jednak szczegółowo opisany na tablicach informacyjnych stojących przy ścieżce. Liczne ryciny, opis w trzech językach (polski, angielski i niemiecki), dane dotyczące diety, wagi, występowania, a także rozłożone wśród traw kamienie z tropami dinozaurów itp. - wszystko to spełniło nasze naukowe oczekiwania. Powiedzmy sobie szczerze, że kryterium edukacyjne było dla nas dość istotne. Zależało nam nie tylko na tym, by móc obejrzeć zwierzę o dziwnej nazwie "dla zabawy". Ważne było także to, by móc się dowiedzieć o nim czegoś więcej - a jeśli to więcej oznacza, coś, czego jeszcze nie wiemy, tym lepiej. 
Jak się okazało Gloria Starsza była najbardziej zainteresowana dietą dinozaurów - chodziła od tabliczki do tabliczki i odszukiwała odpowiednie napisy. Biorąc pod uwagę, że dopiero co skończyła pierwszą klasę i od niedawna jest w pełni czytata i pisata, było to dla niej dość intensywne ćwiczenie. Z kolei Gloria Młodsza z zainteresowaniem wyszukiwała drobiazgi takie jak kolor czy faktura. Krążyła wśród dinozaurów z aparatem na szyi robiąc zdjęcia makro. Dzięki temu, będąc już w domu, mogliśmy zajrzeć do paszczy dinozaura, zwrócić uwagę na dokładnie nałożony na oko kolor tęczówki, czy zerknąć pod ogon i podziwiać (sic!) jego odbyt. Warto czasem spojrzeć na świat oczami dziecka...


Zaskoczeniem dla nas było, że tuż na końcu ścieżki, zaraz za tablicą informującą o wielkim katakliźmie i wymieraniu gadów, zza drzew wyłoniły się nagle... wielkie owady. Wielki pasikonik, wielka biedronka, wielka mucha... Pasowały do wystroju jak pięść do nosa i wprowadziły trochę zamieszania w dziecięcej głowie.
- Nie wiedziałam, że kiedyś były takie wielkie pasikoniki... - rzekła Gloria Młodsza. My też nie.



Aż trudno uwierzyć, że przejście ścieżką zajęło nam dwie godziny. W sam raz na dotarcie do kina 5D. Przy wejściu otrzymaliśmy okulary i udało nam się zająć cztery fotele w drugim rzędzie - tu uwaga: warto przybyć trochę wcześniej na seans, by móc wybrać miejsce - rodzina wchodząca za nami nie mogła już siedzieć razem...
Krótka reklama Jura Parków (zdecydowanie planujemy wyjazd pod Opole!) i zaczyna się film - oto znajdujemy się w pokoju pełnym zabawek, które ożywają. Pędzimy samolotem wśród półek, obok tańczących lalek, bałwanków, piłkarzyków, przez tunele, w górę i w dół... A fotele wyginają się pod nami, podskakują, wiatr nam wieje w twarz, PADA ŚNIEG, pryska woda! REWELACJA! Gdy już jesteśmy pewni, że to koniec... zaczyna się drugi film. Tym razem bardziej naukowy niż rozrywkowy, o początku świata i o tym, jak się zmieniał, skąd się wzięły pierwsze organizmy, jak wyginęły dinozaury itd. Gdyby nie nasze ograniczenie czasowe i odległościowe, chętnie zapisałabym się na kolejny seans (co jest możliwe!).
Atrakcji na tym nie koniec. Po kinie zwiedziliśmy Muzeum Ziemi. Pięknie przygotowane, malutkie, ale za to z prawdziwymi eksponatami, rekonstrukcją szkieletu dinozaura, rekonstrukcją mamuta i różnymi drobiazgami, które zachwyciły nawet 6-latkę. Wydawało się nam, że dokładnie obejrzeliśmy każdy eksponat - a jednak. Pani w sklepie z pamiątkami (biżuteria prześliczna!) odpytała dziewczyny z tego, co widziały (kobieta zdecydowanie znała się na rzeczy i nie była pracownikiem Jura Parku z przypadku) i namówiła do powrotu do sali muzealnej w celu odszukania kawałka drewna z Madagaskaru, które liczy sobie 250 milionów lat. Co ciekawe, drewna tego można było dotknąć! Kolejny duży plus dla Jura Parku!

Obkupieni w drobiazgi ruszyliśmy na ostatnią część naszej wyprawy - plac zabaw.


Każda z atrakcji dostępna była wielokrotnie - wystarczyło ustawić się w kolejce (nas kolejki ominęły) i jeśli tyko było wolne miejsce, korzystać. Rewelacyjnie bawiliśmy się (my dorośli też!) na karuzeli i na kolejce górskiej. Plac zabaw i gofry (4,5zł za gofra z cukrem, pozostałe opcje 7-10zł) i lody to było idealne zwieńczenie naszej całodniowej - ponad 5 godzin w Jura Parku! - wyprawy.

   
W drodze powrotnej zgodnie stwierdziliśmy, że wyprawa do Jura Parku w Solcu Kujawskim jest warta swojej ceny. Park jest przygotowany profesjonalnie pod każdym względem i nie odbiega od europejskich standardów. Warto podkreślić, że jest to park dynamicznie się rozwijający. W maju tego roku uruchomiono coś na kształt arboretum, pod koniec sierpnia będzie odsłonięty zegar słoneczny. W Jura Parku widać pasję, widać pomysł i widać chęci do realizacji marzeń. Każdy, niezależnie od wieku, znajdzie tu dla siebie coś wartego uwagi.
Żałujemy tylko, że nie skorzystaliśmy z Restauracji Jaskiniowej znajdującej się na terenie - ale jako poznańskie pyry przyjechaliśmy z własną "restauracją na Kółkach" i zanim weszliśmy do parku, najedliśmy się po brzegi. Następnym razem...


REKOMENDACJA: Przybijamy porankową łapkę i zdecydowanie polecamy!



Ciekawostki "z trasy":

Widać, że jesteśmy "ludźmi z miasta" - krowy na łące stanowiły dla nas ogromną atrakcję!
Na trasie Poznań-Gniezno-Solec Kujawski - nazwa miejscowości, której nie da się przeczytać "w locie".
Daisypath Christmas tickers